Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narcyza Black. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Narcyza Black. Pokaż wszystkie posty

2019/06/13

Rozdział 57 „Miałeś zostać”

8 komentarzy:
Zakryłam szczelniej głowę kapturem i powoli ruszyłam niezauważona, śledząc samą Narcyzę Malfoy, na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Z drugiej strony ulicy Tonks pokiwała głową i obie trzymałyśmy się na bezpieczną odległość od kobiety. Wiedziałyśmy, że Lucjusz Malfoy jest zwolennikiem Voldemorta, więc miałyśmy nadzieję, że jego żona może nas doprowadzić do Pettigrew, który ukrywał się już długi czas. Powiedziałam Syriuszowi, że muszę udać się do Ministerstwa, bo wiedziałam, jak zareaguje na mój pomysł. Próbowałby wybić mi ten pomysł z głowy, a w najgorszym wypadku postanowiłby, że pójdzie razem ze mną, na co kategorycznie nie mogłam pozwolić. Ostatnio i tak na zbyt wiele się narażał, a ja jako szczęśliwa i oddana żona, musiałam go przed tym chronić. Chciałam z nim stworzyć prawdziwą rodzinę, a Glizdogon był tym, który może nam to umożliwić. Za każdym razem, gdy myślałam o tym przeklętym mężczyźnie, włosy jeżyły mi się na głowie. Miałam ochotę pozbyć się go na zawsze. Narcyza zatrzymała się raptownie, gdy wysoki mężczyzna kroczył w jej stronę. Próbowałam dojrzeć jego twarz, jednak bezskutecznie. Świetnie się maskował. Wytężyłam słuch, mając nadzieję, że chociaż trochę uda mi się usłyszeć z tej rozmowy.
–– Czarny Pan gdzieś zniknął, nie odzywa się do nas od jakiegoś czasu… –– powiedział mężczyzna gardłowym głosem. –– Twój mąż nic nie wie?
–– Czarny Pan nie zwierza mu się z każdej zaplanowanej rzeczy –– odpowiedziała kobieta. –– Nikomu się nie zwierza.
–– A co ze Snape’m? –– Zmarszczyłam czoło, całkowicie zapominając o czarnowłosym mężczyźnie oraz jego roli podwójnego agenta. Byłam zła na siebie, że zamiast wprost z nim porozmawiać, śledziłam Narcyzę, wystawiając się na podwójne niebezpieczeństwo. Nigdy nie miałam dobrych relacji z nim, jednak miałam nadzieję, że ze względu na Lily, pomoże mi. Z drugiej strony gdyby mógł pomóc, zrobiłby to już dawno, prawda?
–– Skąd mam wiedzieć? –– warknęła blondwłosa. –– Muszę już iść. –– Nie czekając na odpowiedź mężczyzny, ominęła go i poszła w swoim kierunku.
–– Powiedz Bellatrix, że wprowadzę jej syna w…
–– Ani mi się waż. –– Kobieta gwałtownie odwróciła się i spojrzałą z jadem w oczach w rozmówcę. –– Trzymaj się od niego z daleka. –– Odwróciła się na pięcie, zostawiając zdziwionego mężczyznę samego. Chwilę później on również zniknął za rogiem.
Tonks chciała kontynuować naszą eskapadę, jednak powstrzymałam ją. Razem udałyśmy się do pobliskiego pubu na Pokątnej, przemyśleć następne kroki.
–– Myślisz, że Snape ci pomoże? –– Tonks uniosła zaskoczona brwi do góry, gdy opowiedziałam jej, że znamy się jeszcze ze szkoły. –– Wie o Syriuszu od dawna. Gdyby mógł pomóc, zrobiłby to. Tak samo jak Dumbledore. –– Uświadomiła mi, a ja złapałam się za głowę, sfrustrowana. Nie miałam pojęcia jak odnaleźć Pettigrew, a wszystkie tropy prowadziły mnie do ślepych uliczek. Obie postanowiłyśmy wrócić do Kwatery Głównej, a gdy to zrobiłyśmy, Syriusz od razu mnie wyczuł.
–– Mów –– powiedział władczo, gdy leżałam na kanapie w salonie. Mężczyzna podszedł, wziął moje nogi i założył na swoje kolana. Lekko złapał kostki, robiąc kółka opuszkami palców, co było dla mnie bardzo przyjemne. –– Gdzie tak naprawdę byłaś? –– dopytywał, od razu mnie rozgryzając. Westchnęłam i opowiedziałam mu prawdę, po czym musiałam wysłuchać jego oburzenia względem swojej osoby. Wywróciłam tylko oczami, słysząc wywody czarnowłosego i przybliżyłam się do niego, składając mu na ustach pocałunek. –– Nie myśl piękna, że mnie tym udobruchasz. –– Ponownie go pocałowałam, tym razem mocniej i dłużej. Mężczyzna położył dłoń na moim policzku, mocniej mnie do siebie przyciskając, a nasze języki tworzyły wspólny taniec. Oderwałam się od niego na moment, zaczerwieniona.
–– Nie powstrzymasz mnie –– powiedziałam szczerze, a mężczyzna skrzywił się lekko. –– Kocham cię i zrobię dla ciebie wszystko. Dla nas.
–– Wiem, kochanie. –– Oparł swoje czoło o moje, wdychając mój zapach. –– Bez ciebie moje życie nie ma sensu.
–– Jesteście słodcy, ale muszę wam niestety przerwać. –– Do pomieszczenia wpadła Emmelina, wyraźnie czymś zaoferowana. –– Chyba wiem, jak wam pomóc –– dodała, a ja oderwałam się od Blacka, stając na równe nogi. –– Nie wiem gdzie ukrywa się Pettigrew, ale jesteśmy coraz bliżej potwierdzenia przed światem czarodziejów, że Voldemort wrócił. Mamy pewien plan, który może nam pomóc w ujawieniu tego…
–– Jaki plan i dlaczego nic o nim nie wiem? –– Syriusz również wstał i wpatrywał się podejrzanie w Emmelinę.
–– Dumbledore poprosił, by na razie było to tajne, wybaczcie. –– Uśmiechnęła się przepraszająco, a ja zmarszczyłam brwi.
–– Kto o nim wie? –– dopytywałam.
–– Ja, Kingsley i Moody. Dziś wyruszam na misję i obiecuję, że jak wrócę, to porozmawiamy. –– Brązowowłosa podeszła do nas i uściskała nas mocno. –– Przecież wiecie, że chcę dla was jak najlepiej.
–– Oczywiście, że tak –– poparłam i posłałam uśmiech kobiecie. Brązowowłosa pomachała nam na odchodne i wyszła z mieszkania. Zastanawiałam się, o co może chodzić i co to jest za plan, o którym nikt prawie nie wie. Poczułam się trochę odtrącona, że Dumbledore nie powiedział mi nic na ten temat, mimo wszystko postanowiłam mu zaufać. Wiedziałam, że siwowłosy zawsze dobrze przemyśla swoje kroki. Syriusz jednak nie był nastawiony tak spokojnie jak ja.
–– Nie dość, że siedzę tu jak kołek od miesięcy, to nawet jeszcze nie mogę poznać planu, który może nam pomóc! –– warczał, a ja położyłam dłoń na jego ramieniu.
–– Kochanie…
–– Dorcas, nie mów, że to jest w porządku! –– Rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.
–– Czy Dumbledore dał ci jakiś powód, byś mu nie ufał? –– zapytałam rzeczowo.
–– Nie o to chodzi…
–– Więc daj spokój. Jak wróci Emmelina, porozmawiamy o tym. –– Dałam mu szybkiego całusa, w tym samym momencie, kiedy do pomieszczenia wszedł Remus. –– Zajmij się nim –– powiedziałam do Lupina, który spojrzał na mnie rozbawiony.
–– Yhym, to żona powinna zajmować się mężem –– odpowiedział, a ja spojrzałam na niego pobłażliwie.
–– Chyba, że mąż nie chce jej słuchać. Ciebie posłucha. –– Puściłam mu oko i wyszłam z pokoju.
W kuchni znalazłam Molly i Tonks, które rozmawiały przyciszonym głosem. Spędziłam z nimi resztę popołudnia, a dopiero później dołączyli do nas Syriusz, Remus i Artur. Niesamowicie miło było spędzić z nimi czas, a tym bardziej obserwować, jak relacja Tonks i Remusa się pogłębia. Na pierwszy rzut oka było widać, że są ze sobą blisko, mimo że Lupin starał się jeszcze przybrać pewne pozory. Widziałam jak Syriusz patrzy z uśmiechem na poczynania przyjaciela. Złapał mnie na rękę pod stołem i ścisnął, kątem oka pokazując na ową dwójkę. Przyglądałam się im ukradkiem i naprawdę musiałam przyznać, że niesamowicie się uzupełniali. Przeciwieństwa się przyciągają, a u nich było to wręcz namacalne. 
Wieczór mijał nam w zastraszającym tempie, dopóki w kuchni nie pojawił się patronus Kingsleya. Czułam, że stało się coś niedobrego.
–– Siedziba Premiera Wielkiej Brytanii. Potrzebujemy pomocy. Natychmiast. –– Ryś czarnoskórego rozpłynął się w powietrzu. Wszyscy na akord wstaliśmy od stołu, a miła atmosfera, jaka jeszcze panowała przed chwilą, całkowicie się rozpłynęła.
–– Molly, zostań w pogotowiu –– poprosił Artur, a kobieta kiwnęła głową, zdenerwowana. Weasley spojrzał na Blacka, który gdyby mógł, zabiłby go spojrzeniem. –– Syriuszu, przecież wiesz…
–– Idę z wami –– powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu.
–– Syriuszu, Downing Street to jedna z najruchliwszych ulic w Londynie. Jak wyobrażasz sobie pojawić się tam niezauważonym? –– warknął Remus, wpatrując się w przyjaciela.
–– Nasi przyjaciele mają kłopoty. Rusz się, Lupin. –– Black wziął płaszcz i nie patrząc na nikogo, wyszedł z pomieszczenia. Remus spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, jednak pokiwałam przecząco głową, wiedząc, że jeśli czarnowłosy się na coś uprze to nikt nie jest w stanie go powstrzymać. Ruszyliśmy za nim, by teleportować się w wyznaczone miejsce, a Molly życzyła nam powodzenia. Wyszliśmy pośpiesznie jedno za drugim i dołączyliśmy do Syriusza, który już na nas czekał. Spojrzałam na niego i kiwnęłam głową. Mężczyzna złapał mnie na chwilę za rękę, by dodać otuchy, a kilka chwil później, wszyscy teleportowaliśmy się w wyznaczone przez Kingsley’a miejsce. Ulica była bardzo ruchliwa, a śpieszący się ludzie, nie zwracali na nas najmniejszej uwagi. Syriusz naciągnął mocniej kaptur na głowę i ruszyliśmy w stronę drzwi. Niepostrzeżenie wyjęłam różdżkę, wypowiadając zaklęcie w stronę ochrony, stojącej obok drzwi. Weszliśmy do środka, a ja ponownie wypowiedziałam zaklęcie, dające nam pewną swobodę w działaniach, mugole nie zwracali na nas uwagi. Ruszyliśmy przed siebie, nasłuchując, gdy Artur pokazał na wejście do Sali Kongresowej. Nasłuchiwaliśmy, gdy nagle z pomieszczenia wydobyły się odgłosy walki. Wparowaliśmy do pokoju, mając różdżki w pogotowiu i dostrzegliśmy parę zamaskowanych postaci oraz Emmeliną i Kingsley’a, odbierających ich ataki. Chronili Moody’ego, z którego nogi obficie leciała krew.
–– Zajmę się nim! –– krzyknęła Tonks, pojawiając się obok Szalonookiego w kilku krokach, a my ruszyliśmy ku reszcie.
–– Brachiabindo! –– wypowiedziałam, a niewidzialne więzy zaczęły unieruchamiać jednego ze Śmierciożerców. Chwilę potem w idealnym czasie uchyliłam się przed zaklęciem, które wycelował we mnie inny Śmierciożerca. Kątem oka zobaczyłam, że inni również rzucili się w wir walki. Odpieraliśmy ataki wrogów, mając przewagę. Uśmiechnęłam się z wyższością, gdy udało mi się powalić kolejnego mężczyznę. Minęło dosłownie kilkanaście minut, gdy zakapturzone postacie zaczęły się wycofywać. Trzymałam różdżkę w pogotowiu, obserwując salę i ławki, które się znajdowały, doszukując się, czy ktoś jeszcze pozostał. Opuściłam lekko różdżkę, oddychając z ulgą, gdy nagle usłyszałam krzyk.
–– Avada Kedavra!
–– Syriusz! –– krzyknęła Vance, a ja odwróciłam się przerażona, patrząc jak Śmierciożerca, którego dobrze znałam, Rabastan Lestrange, celuje w mojego męża. Nim zdążyłam wykonać jakikolwiek ruch, snop zielonego światła pomknął ku czarnowłosemu. Zaczęłam biec w stronę mężczyzny, ale wiedziałam, że jestem za daleko. Strach sparaliżował moje ciało, gdy zaklęcie było już na tyle blisko, że chciało mi się wrzeszczeć.
Gdy zielone światło miało już ugodzić mojego ukochanego w pierś, nagle przed nim pojawiła się brązowowłosa kobieta, a snop zielonego światła trafił prosto w jej serce. Emmelina upadała, a Syriusz złapał ją za ramiona, osuwając się z brązowowłosą na ziemię. Nim zdążyliśmy zareagować, po Lestrange’u została tylko czarna chmara dymu. Powoli zaczęłam podchodzić do owej dwójki, nie wierząc w to, co właśnie się wydarzyło. Tonks ocierała łzy i pochyliła się ku Emmelinie oraz Syriuszowi, który trzymał ją w ramionach. Wpatrywał się w jej ciało, a ja dopiero po chwili podeszłam do nich i upadłam na kolana i czując, jak po policzkach lecą mi krople łez. Kobieta miała martwe, otwarte oczy. Black przymknął jej powieki, pochylając się nad zmarłym ciałem naszej przyjaciółki. Mocno obejmował ją za ramiona, a ja ostrożnie położyłam mu dłoń na ramieniu, sama będąc w rozsypce.
–– Wynośmy się stąd –– zaproponował Moody, a jego głos był łagodny. Po chwili podnieśliśmy się wszyscy, a na samym końcu Syriusz, który podniósł martwe ciało brązowowłosej i poszedł pierwszy w stronę wyjścia. Dołączyliśmy do niego, czując w sercach ból i zdając sobie sprawę, że po raz kolejny w tej wojnie tracimy kogoś ukochanego.

*

Nie wiedziałem, czy jestem stanie iść na pogrzeb Emmeliny Vance. Mojej najlepszej przyjaciółki, podpory i kobiety, która zawsze we mnie wierzyła i stawała za mną murem. Kobiety, która osłoniła mnie własnym ciałem i przez to umarła. Przed oczami miałem ciągle obraz brązowowłosej leżącej martwej w moich ramionach. Wizja, w której miałem się z nią pożegnać, nie istniała w moim umyśle. Nie potrafiłem wyobrazić sobie tego, że już jej nie zobaczę, że nie usiądzie przede mną po to, by mnie zrugać za coś, albo po to, by po prostu się pośmiać i służyć dobrą radą. Poświęciła siebie, bym ja mógł żyć.
–– Musimy iść. –– Do naszej sypialni weszła Dorcas, która również przeżywała śmierć kobiety na swój sposób. Wstałem, wzdychając głośno i złapałem za rękę kobiety, którą wyciągnęła w moją stronę.
–– Emma chciałaby, by jej poświęcenie nie poszło na marne, rozumiesz? –– Ostrzegła mnie, prosząc niemo, bym się nie wychylał. Ustaliliśmy, że nie będę blisko samej uroczystości, a obejrzę wszystko z boku. O jej zabójstwie pisano w czarodziejskich, a nawet mugolskich gazetach, co tylko świadczy o tym, jak bardzo utalentowaną czarownicą była.
Pogrzeb odbywał się w Highgate Cemetery, tam gdzie pochowani są również Angus i Marlena. Zastanawiałem się, jak jeszcze wielu bliskich mi osób będę musiał odwiedzać w tych miejscach i bałem się, że im prawdziwa wojna na dobre się już zacznie, będzie to znaczna ilość czarodziejów i czarownic, jeżeli nic nie zdziałamy.
Dorcas postanowiła zostać ze mną, więc staliśmy z boku, schowani między drzewami i krzewami i oglądaliśmy jak wielu czarodziejów przyszło na pogrzeb naszej przyjaciółki. Było bardzo wystawianie, gdzie przemówił sam Dumbledore. Moja żona oparła głowę o moje ramię, a ja obiecałem sobie, że przestanę narażać życie przy każdej okazji. To moja wina, że Emma nie żyje i nie mogłem pozwolić, by ktoś jeszcze poniósł za to taką karę, a na pewno nie moja ukochana. Pomyślałem również o Hope i Harry’m zdając sobie sprawę, że Voldemort pragnie dostać Pottera w swoje ręce, a ja w jakiś głupi sposób mogłem mu to ułatwić swoją nierozwagą.
–– Dorcas, obiecuję, że to już więcej się nie powtórzy –– wyszeptałem do ukochanej, która spojrzała na mnie pytająco kątem oka. –– Nie pozwolę, by ktoś za mnie ginął. Gdyby nie ja, ona byłaby tutaj.
–– Syriuszu, nie wiesz tego –– odpowiedziała łagodnie, mocniej ściskając moje ramię. –– Emma uratowała ci życie. Doceń to proszę. Nie mogę cię stracić –– dodała. Odwróciłem głowę w jej stronę i pogłaskałem ją po policzku.
–– Nie stracisz, obiecuję.
Po uroczystości zebraliśmy się w Kwaterze Głównej, by wspólnie pożegnać naszą przyjaciółkę. Pojawili się wszyscy członkowie Zakonu Feniksa. Usiedliśmy przy stole, gdzie Molly przygotowała dla nas obiad. Kątem oka spojrzałem na Hestię, która w ogóle się nie odzywała. Widziałem, że śmierć Emmy również mocno na nią wpłynęła, mimo że nie miały zażyłych relacji.
–– Przykro mi moi drodzy, że spotykamy się w takich okolicznościach –– zaczął Dumbledore, trzymając w dłoni kieliszek Ognistej Whiskey. –– Emmelina była oddaną i niesamowicie utalentowaną członkinią Zakonu Feniksa, a także wspaniałą przyjaciółką i czarownicą. Wypijmy proszę za to, by była szczęśliwa, tam, po drugiej stronie. –– Siwowłosy wlał do ust kieliszek, a my poszliśmy za jego przykładem. Usiedliśmy przy stole, zaczynając jeść, mimo że wcale nie miałem na to ochoty. Myślami nadal byłem gdzie indziej i co chwilę spoglądałem w swoją lewą stronę, gdzie zawsze obok mnie siedziała Vance. Wypiłem kolejny kieliszek mocnego trunku i zamknąłem na chwilę oczy, łapiąc się za skronie.
–– Emma zawsze powtarzała, że ból i cierpienie to nieodłączny element życia, który nas kształtuje –– mówił Kingsley, wpatrując się w swój kieliszek. –– Ciekaw jestem, co by powiedziała w tej sytuacji.
–– Powiedziałaby, że jestem idiotą –– wtrąciłem, uśmiechając się lekko pod nosem. –– I żebym przestał użalać się nad sobą.
–– Jest jednak coś, na co czekała wiele lat –– powiedziała Dorcas, a ja zmarszczyłem brwi zaintrygowany. –– Zobaczy się z Willem. –– Gdy brązowowłosa wspomniała o swoim zmarłym bracie, przypomniałem sobie, gdy zwierzyła mi się, że widziała śmierć swojej rodziny. Meadowes zawsze twierdzili, że rodzina jest najważniejsza i przyjęli do niej mnie i właśnie Emmelinę.
–– Wiele mi o nim opowiadała –– dodała Tonks. –– Twój brat był jej największą miłością. Nigdy nie chciała związać się z kimś innym. Zawsze myślała o nim.
–– Meadowes mają w sobie to coś –– skomentowałem i dostrzegłem ciepły wzrok mojej żony. –– Nie da się o nich zapomnieć, jeśli już raz się kogoś z nich pokochało.
Po raz kolejny uświadomiłem sobie, jakie życie jest kruche i jak szybko można je stracić. Miałem obok siebie miłość mojego życia, moją żonę i matkę mojej córki. Przez chwilę zastanawiałem się, czy byłym w stanie ponownie ją stracić i szybko odsunąłem od siebie tą myśl. Gdybym miał ją stracić ponownie, nie przeżyłbym tego. Skoczyłbym za nią w ogień, wiedząc, że postępuje egoistycznie i samolubnie.
Jednak złożyłem obietnicę. Nie tylko Dorcas, nie tylko sobie. Złożyłem również obietnicę mojej córce i Harry’emu, że gdy to wszystko się skończy, w końcu będziemy prawdziwą rodziną i miałem zamiar spełnić tą obietnicę.
           

Od Autorki: Hej kochani! Im bliżej końca, tym coraz bardziej mi smutno. Naprawdę zdążyłam się przyzwyczaić do tej historii i ciekawa jestem, jak to będzie już bez niej… Co sądzicie o rozdziale? Jak zareagowaliście na śmierć Emmy, spodziewaliście się tego? Mi jest przykro. Pozdrawiam i do usłyszenia ;*

2019/05/19

Rozdział 53 „Za zamkniętymi drzwiami”

8 komentarzy:
Remus przyglądał mi się badawczo, a ja chodziłem w tą i z powrotem, mając ochotę coś rozwalić. Nie mogłem pozwolić na to, by Dorcas coś się stało. Nie tym razem. Tak wiele lat żyłem w przeświadczeniu, że brązowowłosa nie żyje i dopiero od niedawna los mnie zaskoczył i uświadomił, że taki szmat czasu byłem w błędzie. Minął tydzień. Zbyt długi tydzień.
–– Zbieraj się –– powiedziałem do Lupina, który wstał i położył mi dłonie na ramionach.
–– Syriuszu, to nie jest dobry pomysł –– zaczął, ale szybko mu przerwałem.
–– Nie pytam cię jaki to pomysł. Idziesz czy nie? –– sprecyzowałem, a brązowowłosy przygadał mi się przez chwilę, po czym westchnął głośno, zirytowany.
–– Pozwól, że powiadomię resztę –– mruknął i chwilę później wyczarował patronusa. –– Dokąd?
–– Dwór Malfoy’ów. Jestem pewny –– odpowiedziałem, a przyjaciel pokiwał głową.  Remus ruszył do wyjścia i raptownie odwrócił się w moją stronę.
–– Nie mamy czasu na kamuflaże. Gdyby coś się działo, przyjmij postać psa, gdy..
–– Lunatyku, przestań. Umiem sobie radzić –– zauważyłem. Wiedziałem, że przyjaciel się martwi, ale nie mieliśmy czasu na takie pogadanki. –– Czas ruszać.
Wyszliśmy pośpiesznie, udając się do miejsca, gdzie mogliśmy się deportować. Remus rozglądał się uważnie na wszystkie strony, a ja nie bacząc na konsekwencję, chciałem jak najszybciej się dostać do Malfoy’ów. Bellatrix nie miała własnego domu, odkąd Ministerstwo przejęło jej posiadłość. Jednym słusznym rozwiązaniem było zatrzymanie się u siostry, Narcyzy. Deportowaliśmy się  na terenie hrabstwa Wiltshire. Remus postanowił poczekać tu na wsparcie, ponieważ posiadłość Malfoy’ów na pewno była bardzo dobrze chroniona. Z daleka widziałem już żywopłot otaczający dom. Nie musieliśmy długo czekać, gdy przed nami pojawił się Kingsley, Tonks, Emmelina oraz Moody.
–– Nie powinno cię tu być, Black –– warknął Szalonooki, ale puściłem jego słowa mimo uszu.
–– Mamy jakiś plan? –– zapytał Kingsley, przypatrując się nam. –– Nie możemy od tak wejść do środka.
–– Z tyłu jest wnęka i wejście do piwnicy. Z piwnicy jest wejście do domu –– poinformowałem mężczyznę, który uniósł pytająco brew do góry.
–– Jestem Blackiem –– odpowiedziałem na jego nieme pytanie. –– Bywałem tu w dzieciństwie.
–– Lupin, Vance i Tonks, zabezpieczajcie tyły. My pójdziemy przodem –– rozkazał Moody, a my wykonaliśmy jego polecenie. Ruszyliśmy do przodu, a kilkanaście minut później doszliśmy od prawej strony do żywopłotu, szukając jakiegoś wejścia.
–– Jak dostaniemy się na teren? –– Emmelina spojrzała od góry do dołu na płot. Było pewne, że chronią je potężne zaklęcia.
–– Odsuńcie się –– powiedział Moody, wyciągając przed siebie swoją laskę. Skupiony, mruczał pod nosem, gdy nagle jeden strzał zrobił w płocie ogromną dziurę. Zmarszczyłem brwi, będąc pod wrażeniem jego talentu.
–– Mnie takich rzeczy nie uczyłeś… –– mruknęła Tonks, a Moody rzucił jej mordercze spojrzenie. Kobieta nic sobie z tego nie zrobiła i jedynie wywróciła oczami. Przechodziliśmy przez dziurę, uważnie lustrując otoczenie. Różdżki trzymaliśmy w pogotowiu, a ja machnąłem ręką w stronę wejścia do piwnicy. Śnieg skrzypiał pod nogami, gdy stanąłem naprzeciwko wejścia i mruknąłem krótkie Alohomora. Drzwi się otworzyły i za pomocą Lumos, oświetliliśmy sobie drogę. Schodziliśmy powoli. Otuliłem się mocniej płaszczem, czując ziąb na dole. Nagle usłyszeliśmy szmery. Moody wyciągnął rękę ku górze, byśmy się zatrzymali, a Kingsley powoli ruszył do przodu, mając różdżkę w pogotowiu.
–– Elena? –– wyszeptał otwierając szerzej oczy, a ja nie bacząc na wszystko, pognałem do przodu. Kobieta podniosła się lekko, a z obfitych ran na jej ciele, sączyła się krew.
–– Syriusz? –– szepnęła ledwie słyszalnie, a ja podbiegłem do wejścia, szarpiąc na kraty. Na nic.
–– Jestem tutaj –– powiedziałem i zbliżyłem się do niej, wyciągając ku niej dłoń. Złapała ją pewnie, a krew na jej ciele, dłoniach raziła mnie w oczy. Pogładziłem jej knykcie, wpatrując się w zmęczone oczy brązowowłosej. –– Wszystko będzie dobrze, zaufaj mi.
–– Ufam ci –– odpowiedziała cicho, a w jej oczach dostrzegłem tak wiele emocji, tak wiele uczuć, których od lat nie widziałem.
Kilka chwil później Kingsley’owi udało się otworzyć celę. Wszedłem do środka, pomagając kobiecie wstać, a następnie uniosłem ją do góry, dostrzegając, jak wiele wysiłku kosztuje ją samo ustanie na nogach. Zacisnąłem mocniej wargi, wściekły, a brązowowłosa mocniej się do mnie przytuliła. Nie miała siły rozmawiać. Kierowaliśmy się ku wyjściu, gdy usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciłem się raptownie i spojrzałem na resztę.
–– Black, zabierz ją stąd. Tonks, osłaniaj ich –– polecił Moody, a kobieta kiwnęła głową i zaczęła pierwsza się wspinać po schodach, a ja szedłem zaraz za nią. Mocno trzymałem brązowowłosą, chcąc uciec z nią jak najdalej. Na zewnątrz panował mrok, a światło różdżki Tonks oświetlało nam drogę. Z tyłu za sobą usłyszeliśmy krzyki i zaklęcia, a ja poczułem nutkę strachu, związaną z obawą o resztę. Meadowes mruknęła coś pod nosem, walcząc ze snem.
–– Będziesz bezpieczna. –– Obiecałem kobiecie. Zbliżaliśmy się do dziury w płocie, gdy nagle koło ucha świsnęło mi zaklęcie. Dorcas przebudziła się gwałtownie i spojrzała na mnie przerażona. Tonks w mgnieniu oka pojawiła się przy nas i zaczęła rzucać zaklęcia w mężczyznę, biegnącego za nami.
–– Biegnij jak najdalej i deportujcie się –– poinformowała mnie Tonks i wymówiła Protego, ochraniając nas przed atakiem. –– Nie damy radę wszyscy.
–– Nie, nie… –– wyszeptała Meadowes, próbując mi się wyrwać. Złapałem ją mocniej, dając znak, by się nie ruszała i zgodziwszy się z Tonks, pobiegłem przez dziurę w żywopłocie, próbując znaleźć się jak najdalej domu. Wiedziałem, że Dorcas potrzebuje lekarza, ale nie mogłem od tak pojawić się w Świętym Mungu. Odwróciłem się po raz ostatni, patrząc na moją kuzynkę i chwilę późnej deportowałem się z głośnym trzaskiem blisko Grimmauld Place 12. Postawiłem lekko Dorcas na ziemi, okrywając się szczelniej kapturem, po czym nie zważając na jej protesty, ponownie wziąłem ją w ramiona i pognałem do domu. Szedłem ciemnym korytarzem, słysząc głosy w kuchni, a gdy wszedłem do środka, moim oczom ukazała się znacząca ilość członków Zakonu Feniksa.
–– Syriusz! –– zawołała Hestia i podeszła do mnie szybko. –– Co z nią? Gdzie jest reszta? –– pytała i spojrzała na stan Meadowes. Skrzywiła się lekko, widząc jej rany, a ja spojrzałem jej prosto w oczy, wiedząc, że wymagam od niej tak wiele.
–– Hestio, zabierz ją do Świętego Munga, proszę –– powiedziałem do blondynki. Kobieta wpatrywała się we mnie chwilę, po czym kiwnęła głową i odwróciła się w stronę Artura.
–– Arturze, pomóż mi proszę. –– Weasley kiwnął twierdząco głową i wziął ją ode mnie na ręce, wychodząc pospiesznie razem z Dorcas i Hestią. Ja byłem gotowy wrócić do posiadłości i pomóc reszcie.
–– Ani mi się waż –– warknęła Molly, widząc moją zaciętą minę. –– Pomyśl o Harrym, pomyśl o swojej córce i pomyśl o Elenie –– powiedziała dobitnie, a ja zacisnąłem dłoń w pięść.
–– Dorcas. Nazywa się Dorcas –– odwarknąłem, wychodząc z pomieszczenia i trzasnąłem za sobą drzwiami. Przez dłuższą chwilę obmyślałem plan powrotu na pole bitwy, ale sam przed sobą nie chciałem się przyznać, że rudowłosa miała rację. Muszę myśleć o rodzinie.

*

Otworzyłam lekko oczy tylko po to, by za chwilę je zamknąć. Światło słoneczne raziło moją twarz, a ból, który promieniował z moich kończyn, dawał mi się we znaki. Uniosłam się lekko do pozycji siedzącej i od razu rozpoznałam salę szpitalną. Przekręciłam głowę w prawo, dostrzegając szklankę z wodą, którą ostrożnie podniosłam i wypiłam całą jej zawartość. Odetchnęłam głęboko, spoglądając na swoje ciało i dostrzegłam, że w wielu miejscach moje rany się zagoiły. Tylko w kilku znajdował się bandaż, a ja nadal nie mogłam uwierzyć w to, że jestem cała. Dziwnym trafem przypomniałam sobie dzień, w którym obudziłam się w Nowym Jorku, nie pamiętając niczego. Teraz pamiętałam wszystko.
Syriusz. Przyszedł po mnie.
Minęło kilka minut, gdy w drzwiach pojawiła się Hestia Jones. Uniosłam brwi zaintrygowana, spodziewając się, że będzie ona ostatnią osobą, która mogłaby tu się pojawić. Blondynka usiadła na krześle obok i posłała mi lekki uśmiech.
–– Dobrze, że już się obudziłaś –– powiedziała, nie spuszczając ze mnie wzroku.
–– Ile czasu byłam nieprzytomna? –– wychrypiałam, patrząc z utęsknieniem za pustą szklankę.
–– Trzy dni –– odpowiedziała i dostrzegła mój wzrok. Wstała i skierowała się na korytarz, by zaraz wrócić z napełnioną szklanką. Podziękowałam jej i ponownie wszystko wypiłam. –– Jak to się stało? –– zapytała. Położyłam się lekko na poduszce i spojrzałam w biały sufit.
–– Wyszłam z Ministerstwa, kierowałam się w stronę Grimmauld Place –– mówiłam, próbując przypomnieć sobie szczegóły. –– Po drodze…

*

Na zewnątrz niemiłosiernie prószył śnieg, a ja postanowiłam urządzić sobie spacer, by jeszcze raz wszystko przemyśleć. Swoje kroki kierowałam do Syriusza i miałam dziwne wrażenie, że wszystkie drogi zawsze prowadzą mnie do niego. Weszłam do parku, by skrócić sobie drogę, gdy dostrzegłam, że od kilku minut, śledzi mnie zakapturzona postać. Zmarszczyłam brwi, skręcając gwałtownie w lewo i zmieniając kurs. Przyspieszyłam, a mężczyzna za mną również przyspieszył. Kilka chwil później zatrzymałam się gwałtownie i odwróciłam do przybysza, trzymając różdżkę mocno w górze. Mężczyzna również we mnie celował.
–– Tym razem nie uciekniesz –– powiedział i odkrył kaptur. Od razu rozpoznałam czarnowłosego.
–– Rudolf Lestrange –– syknęłam i mocniej zacisnęłam place na różdżce. –– Zgubiłeś swoją pomagierkę? –– zakpiłam, a czarnowłosy uśmiechnął się szaleńczo.
–– Bella już na ciebie czeka. –– Uśmiech nie schodził mi z twarzy, a ja przełknęłam głośno ślinę. Byłam gotowa na walkę.
–– Zapłacisz… –– Nie zdążyłam dokończyć zdania, gdy poczułam uderzenie w głowę. Upadłam, a różdżka wypadła mi z rąk. Próbowałam ją odszukać, lecz na marne. Kilka chwil później poczułam kolejne uderzenie i właśnie wtedy straciłam przytomność.

*

Siedziałam na krześle, a ręce miałam przywiązane od tyłu. Metalowe kajdanki wbijały mi się w nadgarstki, powodując ból. Zmęczona fizycznie i psychicznie, wpatrywałam się z jadem w oczach w kobietę, która fundowała mi tortury.
–– Jak otworzyć Księgę Zaklęć? –– zapytała, a ja zacisnęłam wargi w cienką linię. –– Crucio! –– zawyłam z bólu, oddychając ciężko. Po polikach płynęły mi samoistnie łzy. Milczałam. Cały czas milczałam.
–– Bella, wystarczy na dziś. Nic nie powie –– odezwała się Narcyza, siostra Bellatrix. Nie spojrzałam na kobietę, ani nie czułam do niej wdzięczności, choć na pewno bardzo różniła się od swojej siostry.
–– Leta i Charles już są? –– zapytała Lestrange, zmieniając temat.
–– Powinni być w Hogwarcie… –– odpowiedziała niezrozumiale Narcyza. Uniosłam głowę lekko do góry, przysłuchując się ich rozmowie.
–– Mają zadanie do wykonania –– zakomunikowała czarnowłosa, a gdy Malfoy chciała dowiedzieć się więcej, kobieta machnęła ręką i podeszła bliżej mnie. –– Do zobaczenia za parę godzin, Meadowes –– syknęła i uderzyła mnie z całej siły w policzek. Plunęłam krwią i jedyne co słyszałam, to stukot jej wychodzących obcasów.

*

Leżałam na podłodze, a zakrwawionymi dłońmi próbowałam podnieść się, jednak za każdą próbą, otrzymywałam mocniejsze uderzenie. Powoli traciłam nadzieję, że uda mi się stąd wydostać.
–– Jesteś twarda, Meadowes –– mruknął Rudolf i złapał moją twarz. –– Pomyśl. Gdy tylko powiesz nam jak otworzyć Księgę, umrzesz. Bezboleśnie.
–– Nie dowiecie się ode mnie niczego, Lestrange –– odpowiedziałam słaby głosem, wpatrując się jadowicie w czarnowłosego. Z dala oboje usłyszeliśmy krzyki. Mężczyzna rzucił mną na podłogę i wstał, wpatrując się w obie kobiety, które kłóciły się zażarcie.
–– Posuwasz się za daleko, siostro –– warknęła Bellatrix, kierując palec wskazujący ku kobiecie. –– To moje dzieci i ja będę o nich decydowała, rozumiesz?
–– Dzieci, które wychowałam ja, jak swoje własne –– odwarknęła jej Narcyza, a ja po raz pierwszy w życiu usłyszałam, że kobieta postawiła się swojej siostrze. –– Mam prawo również o nich decydować.
–– Nie masz żadnego prawa –– wtrącił Rudolf i podszedł do obu czarownic. –– Ostrzegam cię Narcyzo, ty i Lucjusz jesteście tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że Czarny Pan jest łaskawy. Twoją siostrą jest moja żona, dlatego cię toleruję, ale jeżeli jeszcze raz usłyszę, że rościsz sobie prawa do moich dzieci, zabiję cię –– syknął, a przerażona kobieta zrobiła krok do tyłu. –– Bella, zajmij się Meadowes. Ja mam dzisiaj inne sprawy na głowie –– powiedział, po czym wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.

*

… Lestrange mnie zaskoczył. Pojmał mnie –– dokończyłam, przypominając sobie zdarzenia z dworu Malfoy’ów. Tam się dowiedziałam, że Lestrange mają dzieci, które tak naprawdę nawet nie znają swoich rodziców. Przez lata byli wychowywani przez Narcyzę i Lucjusza Malfoy’ów, a teraz Narcyza ma od tak je oddać swojej szalonej siostrze i szwagrowi. W dodatku miałam dziwne wrażenie, że już gdzieś słyszałam te imiona, jednak nie miałam bladego pojęcia gdzie.
–– Wszyscy żyją, jeśli cię to pocieszy –– powiedziała. –– Emmelina jest poturbowana, ale znajduje się już w Zakonie, odpoczywa.
–– Nie zrozum mnie źle Hestio, ale dlaczego tu jesteś? –– Spojrzałam na kobietę, która wzruszyła ramionami.
–– Syriusz mnie o to poprosił. –– Uniosłam brwi zdziwiona i parsknęłam pod nosem. Ze wszystkich osób wybrał akurat ją. Cały on. –– Wyglądasz jakoś… inaczej. –– Dostrzegła, a ja przełknęłam ślinę. Nikt nie wiedział o tym, że odzyskałam pamięć.
–– Kiedy będę mogła stąd wyjść? –– zapytałam pośpiesznie.
–– Zapewne dzisiaj. –– Przyglądała mi się badawczo. –– Skoro nie jestem już tutaj potrzebna, będę się zbierać. –– Wstała i skierowała się do wyjścia.
–– Hestio, dziękuję. –– Zatrzymała się i odwróciła głowę w moją stronę.
–– Dbaj o niego. –– Kiwnęłam głową, a blondynka wyszła z pomieszczenia. W głowie miałam harmider, a największy ból sprawiała mi myśl na temat mojej rodziny i przyjaciół. Minęło tak wiele lat, a ja dopiero teraz poznałam całą prawdę. Tak bardzo mnie to bolało i tak ogromną wywoływało tęsknotę za ludźmi, którzy byli mi tak bardzo bliscy. Myślałam też o Regulusie. Prawdą jest to, że gdyby nie on i gdyby nie jego zaklęcie zapomnienia, psychicznie bym tego nie przeżyła. Teraz, po latach i po mojej wewnętrznej zmianie, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że dopiero teraz dorosłam do wielu rzeczy. Dorosłam do prawdziwego życia bez huśtawki emocjonalnej, niezdecydowania i strachu.
Jestem z ciebie bardzo dumny i jestem pewny, że świetnie sobie poradzisz. Nazywasz się Dorcas Meadowes i jesteś moją córką. Nie może być inaczej.
Nazywam się Dorcas Meadowes.


Od Autorki: Hej! Jak wam mija weekend? Ja przychodzę z kolejnym rozdziałem i serdecznie zapraszam do wyrażania swoich opinii. Spodziewaliście się, że Charles i Leta są dziećmi Bellatrix i Rudolfa? (wiem, że niektórzy tak, brawo!) Pozdrawiam ;*

2017/04/12

Miniaturka #2 "Kompleks Boga"

12 komentarzy:


Regulus

Siedziałem przy stole na Grimmauld Place 12, gdzie moi rodzice zaprosili na uroczysty obiad brata mojej matki – Cygnusa wraz z żoną, a także Andromedą, Narcyzą i Bellatrix, Dwie ostatnie  przyszły ze swoimi narzeczonymi –Lucjuszem Malfoyem i Rudolfem Lestrange. Oboje zostali Śmierciożercami, tak jak ja i Bellatrix. Od samego początku wysłuchiwałem wychwalania Czarnego Pana, jego idei i sposobów na pozbycie się mugolaków. Nie odzywałem się słowem słuchając rodziny dla której nic się nie liczyło prócz czystości krwi.
– Jestem dumna z mojego syna Regulusa. W tak młodym wieku wie co jest ważne i jaki powinien być prawdziwy Black – mówiła Walburga. – Mam nadzieję, że znajdzie sobie dobrą, czystokrwistą partnerkę i przedłuży nasz wspaniały ród – powiedziała dumnie i spojrzała na mnie. Wykrzywiłem usta na znak uśmiechu i spojrzałem na Bellatrix, która przypatrywała mi się.
Jestem mistrzem w opanowaniu zaklęcia zapomnienia, ale pewnych rzeczy nie mogłem zmodyfikować. Jak tego, że przez parę miesięcy byłem partnerem Dorcas za czasów panowania Clyde’a Greengrassa. Od tego czasu Bella zaczęła mi się przypatrywać, a gdy Clyde zginął, a ja powiedziałem im, że Meadowes od razu porzuciła wszystko co z nami związane, to nie uwierzyła mi do końca. Wiedziałem, że obserwuje mnie i czeka na potwierdzenie, że nadal się z nią widuje.
Nie myliła się.
Mam szczęście, że nikt nie potrafi ukrywać swoich prawdziwych emocji tak jak ja. Jestem zimnym draniem, który potrafi być bezwzględny i nieczuły na cierpienie innych.
– Szkoda, że Twój starszy syn Walburgo okazał się całkowitym niewypałem – rzekł Cygnus popijając czerwone wino.
– Nie wspominaj o nim w tym domu, Cygnusie! – warknęła i kontynuowała – Ja nie mam innego syna prócz Regulusa.
– Cygnusie, nie rozmawiajmy na takie tematy – powiedziała Druella patrząc przepraszająco na moich rodziców. Zakończyła i zmieniła temat rozmowy na Czarnego Pana.
Po skończonym obiedzie ojciec z wujem poszli zapalić cygaro, a matka z ciotką zajęły się rozmową o ślubie Bellatrix i Narcyzy.
– Stworek, posprzątaj to! – krzyknęła Walburga na odchodne, a nasz skrzat domowy pojawił się w mgnieniu oka.
– Tak jest moja pani. Stworek jest dumny, że może służyć szlachetnemu rodowi Blacków! – Skrzat ukłonił się nisko, a ja uśmiechnąłem się do niego po kryjomu. Widząc to w jego oczach zalśniły łzy, znów się skłonił i wziął się za zleconą pracę.
Ja wraz z kuzynkami i ich partnerami udałem się do salonu, gdzie usadowiliśmy się na kanapach, by odpocząć po obiedzie.
– Zdrajcy własnej krwi – warknęła Bellatrix przyglądając się wypalonym miejscą na ogromnym gobelinie z drzewem genealogicznym, który pokrywał całą ścianę.
– Nie mówmy o nich, nie są tego warci – powiedział Rudolf, który rozłożył się na kanapie. – Niedługo zacznie się nasz ostatni rok w Hogwarcie, wiecie co to oznacza? Po skończeniu szkoły wstąpimy na stałe w szeregi Czarnego Pana. – Uśmiechnął się dumnie i spojrzał na Lucjusza, który pokiwał głową na znak zgody.
– Narcyzo, Ty też powinnaś wstąpić w nasze szeregi. – Bella spojrzała na siostrę i uniosła brwi do góry.
– Nie nadaję się do tego Bella, rozmawiałyśmy o tym. Cieszę się, że Ty i mój przyszły mąż to zrobiliście. Jestem z was bardzo dumna. – Posłała jej uśmiech, a czarnowłosa pokiwała na znak zrozumienia.
– Moja narzeczona będzie miała takie życie jakie sobie zamarzy, Bello. – Lucjusz odwrócił się w stronę czarnowłosej.
– Na pewno – odpowiedziała kpiąco. – My z Rudolfem poświęcimy się słudze Czarnemu Panu. Będziemy jego najwierniejszymi zwolennikami – rzekła a oczy zabłyszczały jej ze szczęścia.
– Obyś nie cieszyła się za wcześnie – odparłem przyglądając się jej.
– A co to ma znaczyć? – warknęła w moją stronę.
– To, że takich jak Ty jest wiele i Czarny Pan może wybrać sobie kogokolwiek – zakpiłem nie spuszczając z niej wzroku.
– Jeszcze się zdziwisz, Black – syknęła. – Andromedo, kiedy w końcu znajdziesz sobie godnego narzeczonego? Jesteś starsza od Cyzi, a nadal nie znalazłaś godnego kandydata? – zwróciła się do swojej siostry.
– W odpowiednim czasie – odpowiedziała bawiąc się swoimi włosami. Wiedziałem doskonale, że przebywanie w naszym towarzystwie było dla niej po prostu karą. Jej poglądy zdecydowanie różniły się od poglądów całej rodziny.
– Chyba nie chcesz skończyć jak Twój kuzyn, Syriuszek? – zakpił Rudolf wpatrując się w brązowowłosą.
– To nie Twoja sprawa – warknęła do niego.
– Uspokój się siostro, bo chyba za dużo sobie pozwalasz – wycedziła Bella przybliżając się do dziewczyny. – Spróbuj tylko splamić honor Blacków, a obiecuję Ci, że pożałujesz tego. – Spojrzała jej prosto w oczy, ale Andromeda nie przestraszyła się jej gróźb.
– To moje życie i będę żyła zgodnie ze swoimi przekonaniami, nie waszymi, Bello. – Narcyza przyglądała się całej sytuacji nie wiedząc po której stronie stanąć. Blondwłosa była najmłodsza z rodzeństwa i zawsze stawała po stronie najstarszej siostry. Tak się stało i tym razem.
– Bella ma rację, Andromedo. Pomyśl, może Travers? Albo Avery? Są z Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki i popierają nasze poglądy – zaproponowała Narcyza.
– Kiedy o tym postanowię, na pewno dowiecie się jako pierwsze – zapewniła nie patrząc na nikogo.
A ja wiedziałem. Przyłapałem ją raz z Tedem Tonksem, który był mugolskiego pochodzenia. Przeraziła się i błagała mnie bym zachował to dla siebie. Zgodziłem się nie wiedząc czemu i nie miałem zamiaru nikomu o tym mówić. Równie dobrze mogę kłamać, że nigdy o tym nie wiedziałem. Rodzina nawet nie domyśli się, że mógłbym coś zrobić przeciwko nim. Nie mam już wyboru.
Zostając tutaj skazałem się na los gorszy niż większość może sobie wyobrazić. Wpajane od lat wartości przez moich rodziców miały być pielęgnowane, a skoro Syriusz odwrócił się od wszystkich i uciekł z domu, cały ten bajzel został mi zrzucony na głowę. Musiałem wstąpić do szeregów Czarnego Pana, bo tego oczekiwali ode mnie rodzice. Mój starszy brat uciekając przypieczętował moje stanowisko w tym wszystkim. Nie mogę się wycofać, jeżeli to zrobię czeka mnie pewna śmierć. Już od dawna nie czułem się gotowy udźwignąć to wszystko, ale byłem mistrzem w kamuflowaniu się.
Jedyną osobą, która potrafiła mnie przejrzeć był sam Clyde Greengrass, który teraz gnije na dnie rzeki. W święta, przed jego początkiem nauki w Hogwarcie, odwiedził nas wraz z ojcem i jego partnerką, która okazała się matką Dorcas. Oczywiście nie obyło się bez wychwalań mojej matki na mój temat, a Eva nie pozostała dłużna i tak samo wychwalała swojego pasierba.
Gdy zostałem z Clydem sam na sam zauważyłem, że uśmiecha się do mnie kpiąco. Zwężyłem oczy i czekałem na jego ruch.
– Nie jesteś taki idealny jakim Twoja mamusia Cię opisuje. – Zaśmiał się i spojrzał na mnie wyczekująco. Biła od niego aura prawdziwego zła.
– O czym Ty mówisz? – zapytałem lodowatym głosem.
– Dobrze wiesz  o czym. Mogę się oczywiście mylić, ale swoją lojalność udowodnisz mi w Hogwarcie. Czarny Pan kontaktował się ze mną. Mamy zadanie do wykonania – powiedział dumnie.
– Jakie zadanie? – Zmarszczyłem brwi.
– Dowiesz się w swoim czasie – odparł, a w tym momencie do jadalni wrócili nasi rodzice.
Sprawa była prosta. Musiałem pozbyć się Greengrassa jak najszybciej, póki nikomu nie powiedział o moich prawdziwych rozterkach. Plan klarował się w mojej głowie od dawna, lecz gdy poznałem Dorcas całe moje życie odwróciło się do góry nogami. Brązowowłosa była inna niż wszystkie poznane przeze mnie osoby. Mimo wyłączenia swojego człowieczeństwa potrafiłem w niej dostrzec dobro, które aż było od niej. Potrafiła być twarda, bezwzględna i cyniczna, ale w głębi serca była lojalna, uczuciowa i dobra. Po prostu dobra. Miesiące, które z nią spędziłem były moimi najlepszymi od lat. Zaufałem jej a ona zaufała mi. Było między nami coś, czego nie potrafiłem wyjaśnić. Wiedziałem, że kocha mojego brata i jest z nim związana, ale mimo tego jakaś część mnie pragnęła, żeby brązowowłosa była ze mną nie z nim. Jednak nigdy nie uczyniłem niczego co mogłoby zmienić uczucia Dorcas. Tylko dlatego tego nie zrobiłem, bo zdawałem sobie sprawę jak bardzo moje życie jest niebezpieczne i gdyby choć jedna osoba się o tym dowiedziała to oboje byśmy już nie żyli. Nie mogę narażać jej życia na niebezpieczeństwo, akurat w tym aspekcie mój brat jest dla niej lepszy. Jednak najgorsze jest uczucie niepewności i świadomość, że nie jestem jej obojętny. Dziewczyna nie chce się przyznać przed samą sobą, że czuje coś do mnie, a ja jak na złość nie ułatwiam jej tego. Mieszam jej w głowie, zachowuję się dwuznacznie, nie do końca jak przyjaciel.
– Reg, nie rób tak. Mieszasz mi w głowie – przyznała któregoś razu, gdy siedzieliśmy w naszym tajnym miejscu, a ja wsadziłem jej kosmyk włosów za ucho.
– To takie złe? – zapytałem wpatrując się w jej oczy.
– Przyjaźnimy się. Pamiętaj o tym – szepnęła, lecz widziałem jak jej policzki lekko zaróżowiły się. Uśmiechnąłem się do niej i podniosłem ręce na znak kapitulacji. Zaśmiała się i dała mi kuksańca w bok.
Miło było wracać do tamtych chwil, gdzie było prościej. Teraz od końca roku szkolnego brązowowłosa nie odzywa się do mnie, a ja wiedziałem, że pod koniec roku szkolnego zauważyła u mnie Mroczny Znak. Wtedy jeszcze nie wiedziała co konkretnie to oznacza, ale później Prorok Codzienny rozpisywał się o tym przez długi czas. Musiałem się z nią zobaczyć i wytłumaczyć jej wszystko, a przynajmniej to co mogę jej wytłumaczyć. Miałem nadzieję, że przyjdzie na spotkanie, które zaproponowałem jej zaraz po Uczcie Powitalnej. Pewnie Syriusz już na dobre będzie chciał mnie zabić.
Był koniec roku szkolnego, gdy szedłem samotnie korytarzem kierując się do łazienki. Wychodząc zza rogu zauważyłem mojego brata z Potterem, którzy szli wprost na mnie.
– Co tu robisz? – zapytał mnie Syriusz bacznie mi się przyglądając. – Nie powinieneś być na jakimś egzaminie?
– Myślę, że to nie Twoja sprawa, Syriuszu – odpowiedziałem zgodnie z prawdą nie spuszczając z niego wzroku na co prychnął wykrzywiając usta.
– Ale moją sprawą jest Dorcas. – Przybliżył się do mnie.
– Co Ty nie powiesz – odparłem uśmiechając się kpiąco.
– Ostrzegam Cię. Niech dowiem się o czymkolwiek, a już nic Cię nie uratuje – zagroził i razem z Potterem wyminęli mnie i poszli w swoją stronę.
Arogancki kretyn. Zawsze wydawało mu się, że wszystko mu się należy. Biedny Syriusz Black ma okropną rodzinę i nikt nie ma tak źle jak on. Idiota, który widzi tylko czubek własnego nosa. W młodości byliśmy ze sobą naprawdę zżyci, lecz gdy trafił do Gryffindoru to wszystko się zmieniło. Nie przeczę, że nie zachowywałem się jak dobry brat, ale Syriusz nigdy nie chciał dostrzec we mnie jakieś cząstki.. dobra. Dobra, które dostrzegła Dorcas.
Westchnąłem głośno, a moje rozmyślania przerwał Lucjusz Malfoy.
– Black, zdajesz sobie sprawę, że będziemy musieli jak na razie nie afiszować się z należnością do Śmierciożerców? – spytał.
– Nie jestem idiotą, Malfoy. Wiem o tym – odpowiedziałem dość niegrzecznie. Blondwłosy jest tak irytującym osobnikiem, że zastanawiam się jak w przyszłym życiu Narcyza z nim wytrzyma.
Rudolf Lestrange nie jest lepszy, ale osobiście uważam, że jest mądrzejszy, ale jako obsesyjny fanatyk Czarnego Pana – tak samo jak Bellatrix – nie ma szans na normalne życie. Chociaż przynajmniej on i Bella pasują do siebie idealnie. Zaaranżowane małżeństwo, te same przekonania i zachowania z całkowitym brakiem miłości między tą dwójką.
– Orionie, Walburgo bardzo dziękujemy za zaproszenie na dzisiejszy obiad. Mam nadzieję, że niebawem znów się spotkamy, siostro – rzekł Cygnus żegnając się z rodzicami.
– Cygnus ma rację. Następnym razem spotkamy się u nas – dodała Druella i uściskała moją matkę.
– Oczywiście. Trzymajcie się i pozdrów swojego brata Druello. – Walburga uśmiechnęła się i odprowadziła gości.
– Do zobaczenia w szkole. – Bella pożegnała się kulturalnie, a ja zastanawiałem się jak idealną córkę gra dla rodziców. Pewnie tak samo idealną jak ja dla swoich.
– Do zobaczenia – odpowiedziałem miło i uśmiechnąłem się do wszystkich.
To będzie trudny rok. Co z tego, że dobrze zdałem SUMy skoro do niczego mi się to nie przyda? Był to tylko kolejny powód do tego, by uszczęśliwić matkę, która świata poza mną nie widziała. Życie, które wybrała moja rodzina było wyboiste i pełne cierpienia, nieszczęścia i śmierci, która czyhała na mnie codziennie za rogiem.
Już nic mnie nie uratuje.

Dodatek troszkę wcześniej niż przypuszczałam! Przyznam się, że pokochałam postać Regulusa i jego kreację w moim opowiadaniu. Musiałam aż o nim napisać i tym akcentem całkowicie zamykam Część Pierwszą. Kolejny rozdział już z Części Drugiej postaram się opublikować już niedługo! Bądźcie cierpliwi i dziękuję Wam kochani za to, że jesteście.
PS. Zapraszam do zakładki Part 2: Bohaterowie, która właśnie została opublikowana! Pozdrawiam <3
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline