Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olivier Wilde. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olivier Wilde. Pokaż wszystkie posty

2019/05/03

Rozdział 49 „Co o mnie wiesz?”

8 komentarzy:
Hogsmeade było pogrążone w mroku. Słabe światło latarni oświetlało drogę, która prowadziła do zamku. Zdarzyłam wysłać Patronusa do Dumbledore’a, który ekspresowo odpowiedział na moją wiadomość. Zastanawiałam się czy mężczyzna będzie w stanie mi pomóc, jednak nie znałam drugiego tak potężnego czarodzieja.
Doszłam do ogromnej bramy, która z daleka była chroniona zaklęciami. Gdy podeszłam bliżej, moim oczom ukazał się nie kto inny jak siwowłosy. Uśmiechnął się na powitanie i machnął ręką, by otworzyć bramę.
–– Słyszałam, że nie ma bezpieczniejszego miejsca niż Hogwart –– zagadnęłam dyrektora, który lekko się skłonił. –– Przepraszam, że cię nachodzę o tak późnej porze.
–– Musisz mieć ważny powód, skoro nie zdążyłaś wziąć kąpieli –– odpowiedział beztrosko, a ja spojrzałam na swój strój oraz zakrzepniętą krew. –– Nie przejmuj się. Dam ci czas na chwilę odpoczynku, a potem porozmawiamy.
Dumbledore przygotował dla mnie dosłownie wszystko, nawet ubrania, a widząc mój pytający wzrok machnął ręką. Około godziny zajęło mi doprowadzenie się do porządku – tego fizycznego jak i psychicznego. Musiałam poukładać sobie wszystko w głowie, a świeża rana w sercu, dawała o sobie znać. Gdy weszłam do gabinetu, siwowłosy stał i wpatrywał się w okno.
–– Co cię do mnie sprowadza, moja droga? –– zapytał i odwrócił się do mnie. Usiadłam na pobliskim fotelu i zaczęłam opowiadać wszystkie wydarzenia, które miały miejsce.
–– Dał mi to. –– Wyciągnęłam z kieszeni fiolkę. –– Domniemam, że to wspomnienia.
–– Księga Zaklęć… –– mruknął Dumbledore pod nosem i podrapał się po głowie. –– Nie sądziłem, że takowa istnieje. Myślałem, że to tylko opowieści…
–– Dlaczego ta księga była w posiadaniu mojego ojca?
–– Chciałbym również to wiedzieć. Skoro jest dobrze chroniona, przypuszczam, że tylko ty będziesz potrafiła ją otworzyć. –– Mężczyzna usiadł naprzeciwko mnie. –– Wspomnienia Oliviera Wilde’a są jego wspomnieniami. W tym wypadku one nie powrócą do ciebie. Będziesz po prostu obserwatorem wydarzeń, które miały miejsce w przeszłości. Jesteś na to gotowa?
–– Tak i nie. Zróbmy to –– odpowiedziałam, a siwowłosy kiwnął głową i podszedł do wnęki. Wstałam i również skierowałam się do tego miejsca.
–– To myślodsiewnia –– wytłumaczył. –– Wlej wspomnienie i go dotknij. Będę na ciebie czekał –– poinformował, a ja pokiwałam głową na znak zgody. Zrobiłam jak dyrektor Hogwartu kazał i chwilę później poczułam, jak wszystko wiruje.

*

Znajdowałam się w Hogwarcie. Uczniowie biegali po korytarzach, nie zwracając na mnie uwagi. Zmarszczyłam brwi, zaintrygowana, gdy nagle jakaś dziewczynka biegła prosto na mnie. Cofnęłam się krok do tyłu, jednak nie wpadła na mnie. Dosłownie przebiegła przeze mnie. Zdałam sobie sprawę, że to wspomnienia i jestem tu duchem.
–– Wypracowanie do profesor Sprout? Proszę cię, to błahostka. –– Usłyszałam znajomy głos i odwróciłam się. Olivier Wilde szedł dumny przez korytarz, trzymając torbę, a obok niego szłam ja. Otworzyłam szczerzej oczy ze zdziwienia i podeszłam bliżej owej dwójki.
–– W takim razie mógłbyś napisać i moje –– powiedziałam i wyciągnęłam język do chłopaka. Przyglądałam się scenie, próbując zrozumieć.
–– Kochanie, dla ciebie wszystko –– odpowiedział poważnie, odwrócił się w moją stronę i znienacka mnie pocałował. Oddałam pocałunek, śmiejąc się cicho, a w moich oczach dostrzegłam iskierki szczęścia.
–– Dorcas! –– Krzyk z końca korytarza sprawił, że ja i Olivier, oderwaliśmy się od siebie. –– Przepraszam, nie chciałam wam przeszkadzać. –– Rudowłosa dziewczyna pojawiła się przed nami i uśmiechała przepraszająco.
–– Lily, nie przeszkadzasz. Muszę uciekać, Olivier. –– Pocałowałam chłopaka po raz ostatni i złapałam rudowłosą pod rękę i razem zaczęłyśmy iść, szepcząc cicho. Wilde stał jeszcze przez chwilę, przypatrując się nam, po czym odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę.

*

            Kłóciłam się z Olivierem, a słowa jakie padały z naszych ust, wstrząsnęły mną. Oboje nie hamowaliśmy emocji i wbijaliśmy sobie szpile. Płakałam i miałam trudności z oddychaniem. Na korytarzu byliśmy sami, dopóki nie pojawił się nie kto inny ja Syriusz Black.
–– Coś ty jej zrobił –– warknął Black, podchodząc do mnie.
–– Nie twoja sprawa, Black –– odwarknął Wilde i zacisnął dłoń w pięść.
–– Wybacz, że jesteś tego świadkiem –– powiedziałam słabym głosem i otarłam łzy z policzków. –– Damy sobie radę.
–– On na ciebie nie zasługuje, Meadowes –– odparł czarnowłosy kręcąc głową. Chwilę później odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę.

*

Scena się zmieniła. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia. Znajdowałam się z Bristolu, w moim rodzinnym domu, a przy stole siedziała cała moja rodzina. Podeszłam bliżej, a łzy mimowolnie zaczęły płynąć mi po policzkach. Widziałam szczęśliwą rodzinę, całą w komplecie. Kochali się. Naprawdę się kochali.
–– Tato, wszystko w porządku? –– zapytałam przyciszonym głosem w momencie, gdy Olivier stał waz z moim bratem Willem oraz domyślam się, jego dziewczyną.
–– Kochanie, jesteś z nim szczęśliwa? –– Spojrzał na mnie uważnie, a ja kątem oka dostrzegłam, że Olivier słucha mnie uważnie.
–– Gdyby mi na nim nie zależało, nie chciałabym, by spędzał z nami święta –– zauważyłam. Colin westchnął i pogładził mnie po policzku. Chciał coś powiedzieć, ale odpuścił i pokręcił głową. Obserwując to, wiedziałam, że moja odpowiedź była zaprzeczeniem.
–– Kocham cię, córeczko. –– Pocałował mnie w czoło i uniósł kieliszek, uśmiechając się w stronę wuja Roberta, który kłócił się z wujem Alanem.
–– Colinie, musisz rozwiązać ten spór! –– zawołała ciocia Mia, przysłuchując się braciom.
–– Colin, nie słuchaj jej. Alan po prostu nie może się doczekać, aż weźmie udział w świątecznym karaoke. –– Zarechotał Robert, a Colin roześmiał się wesoło i udał się w stronę braci.
–– Hej, Dorcas. –– Wilde podszedł do mnie i objął mnie w talii. –– Dziękuję za zaproszenie. Mam nadzieję, że to nasze pierwsze i nie ostatnie święta. –– Uśmiechnął się do mnie i odpłaciłam mu tym samym. Mimo to w moich oczach ujrzałam niepewność.

*

–– Mam dość –– powiedziałam i po scenerii dostrzegłam, że z powrotem jesteśmy w Hogwarcie. –– Olivier, pora to zakończyć.
–– Jesteś żałosna –– odpowiedział, a ja wybałuszyłam oczy. –– To z powodu Blacka?
–– Mogłam się domyślić, że będziesz wywracał kota ogonem –– warknęłam rozjuszona. –– Black nie ma nic do tego. Dlaczego o nim rozmawiamy?
–– Wiem, jak na ciebie patrzy.
–– Nie obchodzi mnie to. Wiesz, co będzie najlepszym wyjściem z tej sytuacji? Jak dasz mi spokój. Cześć –– rzekłam i odwróciłam się na pięcie. Za sobą słyszałam wyzwiska Wilde. Przelewał całą swoją złość na mnie. Płakałam i w pewnym momencie zaczęłam biec przez siebie.

*

Byłam w Nowym Jorku, w mieszkaniu Oliviera. Było to wspomnienie z niedawna, bo widać było, że już tutaj mieszkałam. Odwróciłam się w momencie, gdy do mieszkania wparował Wilde, a za nim nie kto inny jak Nott Sr.
–– Ona musi ją gdzieś mieć! –– warknął Nott i złapał Oliviera za kołnierzyk koszuli. –– Musimy odzyskać tą Księgę, rozumiesz to?
–– Przeszukałem jej rzeczy –– odpowiedział Wilde, wyrywając się. –– Dorcas nie ma tej Księgi. Ona nic nie pamięta.
–– Słuchaj, jeżeli ma Księgę i ją otworzy to odzyskanie wspomnień nie będzie dla niej problemem. Ciekawe co powie na to, że znaliście się wcześniej. Jeden, mały krok dzieli mnie przed tym, by powiedzieć Bellatrix, że Meadowes żyje. Ucieszyłaby się, mogąc ją osobiście zabić.
–– Co jest w tej Księdze? –– Olivier zacisnął dłoń w pięść.
–– Starożytna Magia, przekazywana z pokolenia na pokolenie rodom czystej krwi. Z tego co nam wiadomo, ostatnim jej użytkownikiem był Colin Meadowes.
–– Po co ona Czarnemu Panu?
–– Tylko pomyśl, Wilde. Jedna z najpotężniejszych magii, zapisana w jednym miejscu. Priorytetem jest pozbycie się Dumbledore’a. Muszę ci jeszcze to tłumaczyć? Znajdź ją, a wtedy Meadowes będzie bezpieczna.  

*

Oddychałam ciężko. Trzymałam się obu boków okrągłej misy, w której jeszcze chwilę temu widziałam wspomnienia człowieka, który od samego początku nie był ze mną szczery. Okłamywał mnie, mamił, a ja… niczego nie zauważyłam. Ta, która uważa się za utalentowaną czarownicę. Nie zdawałam sobie z niczego sprawy, przez lata.
–– Eleno? –– Usłyszałam głos Dumbledore i odwróciłam się w jego stronę.
–– Wiem do czego służy Księga Zaklęć.

*

Leżałem w swojej sypialni i wpatrywałem się w sufit. Potrzebowałem zostać sam, bo mętlik jaki pojawił się w mojej głowie był nie do ogarnięcia.
Olivier Wilde.
Pamiętam tego idiotę. Pamiętam, że był z Dorcas i pamiętam, że dziewczyna więcej przez niego płakała niż korzystała z uroków związku. Krukon, który denerwował mnie niemiłosiernie i w głębi duszy byłem szczęśliwy, gdy dowiedziałem się, że Meadowes z nim zerwała. Jeszcze wtedy sam nie zawracałem sobie głowy związkami, ale z perspektywy czasu, musiałem już żywić jakieś uczucia do brązowowłosej kobiety.
Pozostaje również niewyjaśniona kwestia Hope. Dziewczyna ma szesnaście lat. Szesnaście lat temu ja i Dorcas… Byliśmy razem. Czy możliwe, że dziewczyna jest moją córką? Sam widzę w niej tak wiele podobieństw… do mnie…
–– Syriuszu? –– Drzwi się otworzyły, a w nich stanęła Hestia. Spojrzałem na kobietę i uśmiechnąłem się wymuszenie.
–– Hestio, nie obraź się, ale…
–– Chcesz być sam –– dokończyła za mnie. –– Ostatnio coraz częściej ci się to przydarza.
–– Wiem. Przepraszam. –– Nie byłem w stanie wysilić się na więcej.
–– Ja… –– zaczęła blondwłosa i weszła głębiej, zamykając za sobą drzwi. –– Chciałam porozmawiać o Hope –– dodała, a ja zmarszczyłem brwi. Usiadłem na łóżku, a Jones podeszła bliżej i również usiadła. –– Syriuszu, wydaje mi się, że to córka twojego brata, Regulusa –– powiedziała, a ja zamarłem. Dosłownie zamarłem. Wpatrywałem się w blondwłosą, zastanawiając się czemu to powiedziała. Hope nie jest córką Regulusa, mogłem się o to założyć. Czułem to.
–– Myślę, że to moja córka –– odpowiedziałem zgodnie z sumieniem, zaskakując Hestię. Otworzyła usta, by zaraz je zamknąć. –– To by się zgadzało. Dorcas, znaczy się Elena, opowiadała, że obudziła się w szpitalu i lekarz jej powiedział, że jest w trzecim miesiącu ciąży. Umiem dodawać dwa plus dwa, Hestio –– wytłumaczyłem.
–– Jesteś tego pewny? Sam mówiłeś, że również była z twoim bratem. –– Próbowała bronić swojej teorii.
–– Prawdę mówiąc, nie wiem czy była. Gdy widziałem się z Regulusem po raz ostatni, wspomniał o tym, że spędzili razem noc. Nie sądzę, by widzieli się od tamtego czasu.
–– Bronisz jej. –– Jones uniosła brwi do góry z kamienną twarzą.
–– Chyba masz rację –– przyznałem, nie mając siły kłamać. –– Sam nie wiem, co o tym wszystkim sądzić.
–– Nie skreślaj mojej teorii –– wtrąciła i wstała. –– Lepiej zadaj sobie pytanie. Dlaczego nie powiedziała ci wtedy i dlaczego nie zrobiła tego teraz? –– Blondynka wstała i wyszła z sypialni. Tym razem miałem jeszcze więcej do przemyślenia. Miałem ochotę jak najszybciej porozmawiać o tym z brązowowłosą, choć z drugiej strony byłem ciekawy, czy sama zacznie ten temat. W końcu głupia nie jest i jestem pewny, że czegoś się domyśla.
Usłyszałem pukanie do drzwi. Rzekłem krótkie proszę, a w futrynie pojawiła się mała kopia brązowowłosej. Z wyglądu naprawdę były identyczne.
–– Przeszkadzam? –– zapytała i przekręciła głową w bok. Wyglądała zabawnie.
–– Wejdź, proszę. –– Zaprosiłem ją do środka, a dziewczyna zaczęła rozglądać się, zaciekawiona.
–– Na pierwszy rzut oka widać, że byłeś narwanym Gryfonem –– skomentowała, a ja parsknąłem. Brązowowłosa często poprawiała mi humor swoimi komentarzami. Zadziwiało mnie, jak bardzo poprawiała mi humor. –– Czy to…? –– Podeszła do ściany, na której znajdowało się jedno zdjęcie. –– Ten w okularach to James Potter, prawda? I Remus i…
–– Peter Pettigrew –– dokończyłem za dziewczynę i mimo tego, że starałem się brzmieć normalnie, wspomnienia o moim byłym przyjacielu nadal wywoływały we mnie złość.
–– Syriuszu, byłeś z moją mamą, prawda? –– Podeszła do mnie i usiadła na łóżku. –– Jaka ona była?
–– Uparta –– odpowiedziałem uśmiechając się, a na twarzy Hope również zagościł uśmiech. –– Była zabawna, często się złościła i była niebywale zazdrosna. Bardzo ceniła uczucia innych, potrafiła dla przyjaciół i rodziny zrobić wszystko. Bardzo ceniła więzy rodzinne. Cieszyła się z małych rzeczy i wytrwale dążyła do celu. Była moją… podporą, ostoją… Kimś o kogo warto walczyć. –– Szczere słowa wypłynęły ze mnie i choć z nikim od dawna nie rozmawiałem o tym, czułem, że nie mogę okłamywać dziewczyny.
–– Kochałeś ją –– stwierdziła, przypatrując się mi.
–– Tak, kochałem –– odparłem szczerze. Brązowowłosa przyglądała mi się z uśmiechem, a ja po raz kolejny zauważyłem, jak jej oczy są bardzo podobne do moich. Nagle do pokoju wpadł ktoś jeszcze, a na dźwięk otwieranych drzwi, oboje się odwróciliśmy.
–– Nie chciałem wam przeszkadzać –– zaczął Harry, wycofując się powoli.
–– Nie bądź głupi… –– powiedzieliśmy w tym samym momencie i spojrzeliśmy się na siebie, wybuchając śmiechem. Harry podszedł zaintrygowany i pokręcił głową.
–– Jest coś o czym chciałbym z wami porozmawiać –– zacząłem, a Harry i Hope spojrzeli na mnie pytającym wzrokiem. –– Harry, mama Hope, która zjawi się tutaj niebawem była najlepszą przyjaciółką Lily –– wytłumaczyłem i ujrzałem zdziwienie Harry’ego. –– Lily i James poprosili nas oboje, byśmy zostali twoimi rodzicami chrzestnymi…
–– Elena Carter jest moją chrzestną? –– Upewnił się Potter.
–– Dorcas Meadowes, jeśli mam być precyzyjny. Bardzo chciałaby cię poznać.
–– Prawie jakbyśmy byli rodzeństwem, co Harry? –– Zaśmiała się Hope, a Harry zawtórował jej. –– Chciałabym, żeby moja mama odzyskała swoje dawne życie.
–– Co masz na myśli? –– zapytał Harry, nim zdążyłem sam się odezwać.
–– Wydaje mi się, że wraz ze wspomnieniami utraciła jakąś część siebie. Jestem przerażona myśląc, że wszystko co przeżyłam do tej pory, mogłabym zapomnieć. Bardzo ją podziwiam, że mimo tego potrafiła wziąć się w garść i żyć dalej…
–– Hope, ty jesteś powodem, dzięki któremu jej się udało. To twoja zasługa. –– Uświadomiłem dziewczynie, a ona posłała mi lekki uśmiech.
–– Pasowalibyście do siebie. –– Hope puściła mi oko, zaskakując mnie, po czym złapała Harry’ego za rękę i dosłownie wybiegli z mojego pokoju.
Zastanawiałem się nad słowami dziewczyny i uśmiechnąłem się sam do siebie. Ja i Dorcas zawsze do siebie pasowaliśmy, mimo wielu przeszkód. Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy kończyliśmy szkołę. Prócz imprezy w Pokoju Wspólnym Gryfonów, było coś jeszcze.

Przedzieraliśmy się przez drzewa, tuż obok Zakazanego Lasu. Meadowes trzymała mnie za rękę, prowadząc przed siebie. Byłem lekko podpity, dlatego nie zdawałem sobie sprawy z kierunku, w jakim oboje się udajemy.
–– Podejrzane, że zabierasz mnie tak głęboko w las. –– Dorcas spojrzała na mnie kątem oka z uniesionymi brwiami. –– Zazwyczaj to mężczyźni zaciągają kobiety w ciemnie i odległe miejsca.
–– Cóż, nie jesteśmy zwykłą parą –– skomentowała z błyskiem w oku, a ja zaśmiałem się gardłowo. –– Jesteśmy –– zakomunikowała, a przede mną rozciągnęła się mała polana, dobrze mi znana. Często odwiedzaliśmy to miejsce z Huncwotami, gdy Remus przemieniał się w wilkołaka. –– Pamiętam jak opowiadałeś mi o tym miejscu. Poprosiłam Jamesa, by wytłumaczył mi, gdzie ono się znajduje. –– Usłyszeliśmy huk nad sobą i kwestią czasu było oczekiwanie, kiedy spadnie deszcz. Zbliżyłem się do kobiety i objąłem ją w talii. –– Pięknie tutaj –– powiedziała. –– Przed opuszczeniem Hogwartu chciałam tu się udać, z tobą. –– Wpatrywaliśmy się w gwiazdy nad nami, jak i niebezpieczne chmury, które zbliżały się nieuchronnie. Nagle z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu. Dorcas wpatrywała się urzeczona w niebo, a ja obserwowałem jej piękno, czując niesamowitą radość, że ta kobieta jest moja.  
–– Powinniśmy wracać –– zasugerowałem, przemoknięty do suchej nitki. Brązowowłosa pokręciła przecząco głową, śmiejąc się.
–– Poczekaj chwilę –– odpowiedziała i spojrzała na mnie. –– Obiecaj mi, że to będzie trwało wiecznie. My będziemy wieczni.
–– Obiecuję. –– Wpiłem się zachłannie w jej usta, a dziewczyna zarzuciła mi ręce na szyję. Całowałem jej mokre od deszczu usta, zapamiętując każdy jej dotyk, każdy jej minimetr ciała. Krople nieustannie padały z nieba, a dla mnie liczyło się tylko tu i teraz.
Zawsze liczyła się tylko ona.

Od Autorki: Hej! Jestem już z kolejnym rozdziałem, sama się dziwię, że lecę jak burza! Z drugiej strony nie trzymam was już więcej w niepewności. Co uważacie? :)

2019/05/01

Rozdział 48 „Perfekcyjne kłamstwo”

9 komentarzy:
Hope

Święta w tym roku miałam spędzić w siedzibie Zakonu Feniksa wraz z Harry’m i jego przyjaciółmi. Nie do końca czułam się komfortowo w tej sytuacji, ale mama musiała mieć powód, a przede wszystkim zaufanie do ludzi z którymi pracuje. Zdziwiło mnie to, bo przez lata raczej unikała bliższych relacji, a nie je nawiązywała. Podobnie jak ja.
Wpatrywałam się okno, siedząc w Błędnym Rycerzu, którym wracaliśmy z dworca King’s Cross. Przyszła po nas pani Weasley wraz z Hestią Jones oraz Emmeliną Vance. Emma od razu przypadła mi do gustu, pani Weasley na pierwszy rzut oka była bardzo ciepłą kobietą, co nie można było powiedzieć o samym Ronaldzie. Czułam jak Hestia obserwuje mnie badawczo, ale nie miałam zamiaru zaprzątać sobie tym głowy. Kątem oka spojrzałam na Harry’ego, który mocno przeżył ostatnie wydarzenia. Sądził, że jest coś z nim nie tak i powtarzał w kółko, że to on był wężem, który zaatakował pana Weasley’a. Zastanawiałam się, co to wszystko może oznaczać, ale wszyscy zdawali sobie sprawę z jego dziwnego połączenia z Voldemortem.
Autobus stanął gwałtownie, a ja w ostatniej chwili zdążyłam złapać się przedniego siedzenia. Wstałam pośpiesznie i wyszłam z pojazdu, ciesząc się, że droga już się skończyła. Manewry i nagłe zrywy kierowcy doprowadzały mnie do szału.
–– Cieszę się, że jesteś –– powiedział do mnie Potter, gdy stanęliśmy przed drzwiami. Uśmiechnęłam się do niego lekko, po czym weszliśmy do środka budynku. Stawiałam ostrożnie kroki, obserwując otoczenie. Na pierwszy rzut oka było widać, że dom miał za sobą lata świetności, mimo to sprawiał wrażenie arystokratycznego. Domyśliłam się, że rodzina, która tu zamieszkiwała, miała wyższy status społeczny.
–– Harry Potter. –– Usłyszałam męski baryton i dostrzegłam jak czarnowłosy mężczyzna rozkłada ręce. Chwilę później Harry obejmował swojego ojca chrzestnego. Zaraz obok nich podszedł brązowowłosy mężczyzna, który również przywitał się z chłopakiem. Gdy Potter stanął na bezpieczną odległość, brązowowłosy zwrócił się do mnie.
–– Hope Carter, prawda? –– Uśmiechnął się przyjaźnie, a ja dopiero się przebudziłam. Podeszłam z gracją do obu mężczyzn, a czarnowłosy śledził każdy mój ruch. Czułam się nieswojo, ale wyciągnęłam rękę przed siebie i posłałam brązowowłosemu szczery uśmiech. –– Remus Lupin.
–– Miło mi poznać. –– Lupin ujął moją dłoń, a ja odwróciłam się ku czarnowłosemu.
–– Syriusz Black. –– Ujęłam dłoń mężczyzny. –– Dużo o tobie słyszałem, Hope –– dodał zawadiacko, a ja uniosłam brwi zaintrygowana i posłałam mu zwycięski uśmiech.
Syriusz Black na pierwszy rzut oka był przystrojonym mężczyzną. Widać było, że piętno Azkabanu wpłynęło na niego, lecz mimo to zachował swój urok. Dziwiłam się, że czarnowłosy podświadomie od razu wywołał we mnie pozytywne uczucia, a gdy spojrzałam w jego oczy… cóż, pierwszą moją myślą było to, że są bardzo podobne do moich. Dziwne.
–– Vice versa, Syriuszu –– odpowiedziałam, zaskakując go. Jednak chwilę potem parsknął śmiechem i zaprosił nas na obiad.
–– Gotowałeś? –– Harry zmarszczył brwi.
–– Oczywiście…
–– Chyba w snach! –– krzyknęła Emmelina, podchodząc do nas. –– Gdyby Syriusz miał coś ugotować, spaliłby kuchnię.
–– Och, nie przesadzaj. Mam wyczucie smaku… –– Emma spojrzała na niego pobłażliwie, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść potrawy przygotowane przez panią Weasley oraz Emmelinę. Musiałam przyznać, że są niesamowitymi kucharkami.
–– Hope, jak radzisz sobie w Slytherinie? –– zagaiła mnie Emma podczas posiłku.
–– Nie jest łatwo –– powiedziałam szczerze –– ale nie jestem osobą, która daje sobą manipulować.
–– Za to lubisz się wyróżniać. –– Syriusz mrugnął do mnie porozumiewawczo, a ja uśmiechnęłam się kpiąco.
–– I jestem arogancka. To już moja mama by dopowiedziała –– dodałam, czym wywołałam salwę śmiechu przy stole.
–– Szczerość to podstawa –– mruknęła Ginny Weasley, siedząca obok mnie. –– Stęskniłam się za Tonks… Kiedy reszta się tutaj pojawi? –– zwróciła się ku Lupinowi.
–– Mają ważną misję –– wytłumaczył. –– Jednak powinni jutro się zjawić.
–– Moja mama również? –– dopytałam, a Remus kiwnął głową na znak zgody. –– To do niej bardzo podobne.

*
świetnie się przy niej pisało

Wyruszyłam na misję wraz z Tonks, Kingsley’em oraz Moody’m. Spodziewaliśmy się, że złapanie Notta Sr nie będzie łatwe, ale przeszkody, które spotkały nas po drodze, całkowicie nas zaskoczyły. Znajdowaliśmy się w Cork w Irlandii. Trafiliśmy na prawdziwą śnieżycę, która tylko utrudniała nam widoczność. Musieliśmy jak najszybciej dostać się do zamku Blackrock, gdzie udało nam się ustalić, że przebywa Nott Sr wraz z innymi zwolennikami Voldemorta.
–– Pogoda nas nie rozpieszcza –– mruknęła Tonks, gdy przedzieraliśmy się przez zaspy, by dotrzeć do wejścia zamku. –– Jak dostaniemy się do środka?
–– Wejścia chronią podrzędni czarownicy, którzy nie mają tak naprawdę pojęcia, co tutaj się dzieje –– odpowiedział Moody, odgarniając swoją laską śnieg. Od dłuższego czasu warczał pod nosem. –– Będę udawał Śmierciożercę. Znając te tępe młotki, nie wyczują podstępu. Gdy się ich pozbędę, otworzę wam tylne przejście, znajdujące się po lewo od głównej bramy.
–– Skąd tyle wiesz o tym zamku? –– zainteresowała się brązowowłosa.
–– Łapanie czarnoksiężników to moja praca, Tonks –– odwarknął. –– Myślisz, że całe życie spacerowałem sobie po Londynie, oglądając witryny sklepowe?
–– Ugh, witamy lordzie w naszych skromnych progach –– zażartowała, a Moody łypnął na nią złowrogo.
–– Ściemnia się, Moody, zaczynaj. Będziemy czekać zgodnie z wytycznymi –– przerwał Kingsley, a wszyscy pokiwaliśmy głowami. Rozdzieliliśmy się z Alastorem i udaliśmy się do wyznaczonego miejsca.
Doszliśmy do wyznaczonego miejsca i czekaliśmy na swoje wejście. Różdżki mieliśmy uniesione wysoko do góry, gotowi do odparcia ataku. Minęło kilkanaście minut, gdy usłyszeliśmy zgrzyt otwieranych drzwi i naszym oczom ukazał się Moody. Zrobił nam miejsce, a my jedno po drugim, weszliśmy do środka.
–– Lumos –– wypowiedział Kingsley, a jego różdżka oświetliła nam drogę.
–– Co dalej? Gdzie szukać? –– Tonks wyjrzała zza rogu, upewniając się, że droga jest pusta.
–– W dawnej Sali tronowej –– zaproponował Alastor. –– Od czegoś musimy zacząć.
Moody wskazał nam drogę i udaliśmy się za nim. Przechadzaliśmy się przez ciemne korytarze, poddenerwowani tym, że nikogo po drodze nie spotkaliśmy.
–– Tutaj. –– Moody pokazał na ogromne drzwi, za którymi znajdowała się sala tronowa. –– Wejdźmy od góry. –– Przeszliśmy kawałek tak, by dostać się na boczne schody, prowadzące do górnych pięter pomieszczenia. Gdy tylko wchodziliśmy po schodach, usłyszeliśmy podniesione głosy, niosące się echem po Sali.
–– Myślisz, że uda się wyciągnąć Lestrange’a? –– Zmarszczyłam brwi, słysząc nazwisko i przyspieszyłam kroku. Schowaliśmy się za balustradą, obserwując między szczelinami scenę, rozgrywającą się na dole. Cała sala nie była zbyt ozdobna, a szary kamień dodawał jej surowości.
–– Zaraz się tego dowiemy. Wilde ma się niedługo stawić –– powiedziała zakapturzona postać, a ja zamarłam. Wilde.
–– Powinniśmy się jej pozbyć. Kwestią czasu jest to, kiedy zacznie na nas polować. –– Wysoki, blondwłosy mężczyzna usiadł na jednym z krześle i złapał się za brodę.
–– Czarny Pan się nią zajmie. –– Do pomieszczenia wszedł Nott Sr. –– W odpowiednim czasie. Na razie nie możemy się zdemaskować, dlatego uważajcie na siebie.
–– Mamy czekać, aż sama nas znajdzie?!
–– Sami ją zabijmy!
–– Nie zabijemy jej. –– Drzwi się otworzyły i stanął w nich nie kto inny jak Olivier Wilde. Żołądek podszedł mi do gardła i zacisnęłam mocniej pięść.
–– Elena, wszystko w porządku? –– wyszeptała do mnie Tonks, a ja pokręciłam głową. Nie byłam w stanie wykrztusić słowa.
–– Myślisz, że twoje słowa są coś warte, Wilde?
–– Jeśli włos spadanie z jej głowy, pożałujesz –– warknął Olivier.
–– To ty miałeś przypilnować, by nie pojawiła się w Anglii…
–– Cisza! –– krzyknął Nott Sr. –– Ma zostać żywa. Na razie. Wilde, co z Rabastanem?
–– Udało mi się go podmienić. Użyłem eliksiru wielosokowego, ale nie było łatwo.
–– Dobra robota. –– Nott Sr pokiwał głową. –– Weasley umarł?
–– Podobno żyje –– wtrącił czarnowłosy. –– Miał więcej szczęścia niż rozumu. Nott udało mi się zdobyć to, o co prosił Czarny Pan…
–– Dołohow… Masz na myśli Księgę Zaklęć? –– upewnił się, a mężczyzna pokiwał głową.
–– Jest chroniona potężnymi runami. Należała do Colina Meadowes.
–– Jak udało ci się ją odnaleźć?
–– Przekazał ją Amelii Bones, by ta kiedyś przekazała ją jego córce. Los chciał, że nie zdążyła.
–– A ciało?
–– Pływa w rzece.
Nie mogłam dłużej tego słuchać. Wstałam gwałtownie, mimo protestów Moody’ego i czym prędzej zmaterlizowałam się na dole i wycelowałam różdżkę w Dołohowa, który upadł pod wpływem zaklęcia. Chwilę później obok mnie pojawiła się reszta moich kompanów, a snopy kolorowych świateł przelatywały obok naszych głów.
–– Jak mogłeś?! –– warknęłam do Wilde, który stanął naprzeciwko mnie. Mierzyliśmy się spojrzeniami, a ja czułam, jak po raz pierwszy od dawna, tracę nad sobą panowanie. Łzy cisnęły mi się do oczu, ale nie pozwalałam, by wypłynęły na wierzch.
–– Elena, ja…
–– Elena, a może Dorcas? Znałeś mnie, do jasnej cholery! Okłamywałeś mnie przez lata!
–– Robiłem to dla twojego dobra! Gdybyś tylko nie chciała tu wracać, wszystko byłoby inne…
–– Jak śmiesz… Drętwota! –– krzyknęłam, ale Olivier obronił się przed atakiem.
–– Zrozum, nie miałem wyboru. Przyłączanie się do Czarnego Pana to jedyny, słuszny wybór.  
–– Nie zapomnę ci tego, Wilde.
–– A chciałabyś pamiętać cokolwiek, prawda? –– Drgnęłam. –– Pomogę ci… Na tyle ile umiem… –– powiedział, a ja pokręciłam głową.
–– Olivier, jak mam ci ufać po tym wszystkim? –– zapytałam, czując jak tracę siły.
–– Nigdy nie chciałem dla ciebie źle. Ja… –– Zamilkł, a jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Dostrzegłam jak koszulka mężczyzny pokrywa się czerwoną cieczą i jego ciało opada na kamienną podłogę. Dołohow uśmiechnął się, stojąc ze sztyletem pokrytym krwią. W tym samym momencie zaatakował go Moody, a ja podbiegłam do umierającego Wilde.
–– Olivier…
–– Eleno… Dorcas… Weź to. –– Resztkami sił wyjął małą fiolkę z kieszeni, w której znajdował się srebrny płyn. –– Już dawno chciałem ci to dać. –– Kaszlnął, a mi mimowolnie łzy popłynęły po policzkach. Byłam na niego wściekła i byłam wściekła na samą siebie, że mimo wszystko, czego się dzisiaj dowiedziałam, widok jego śmierci…. Boli mnie. Jego oczy się zamknęły, a ja trzymałam w ręku zakrwawioną fiolkę i klęczałam nad martwym ciałem mojego byłego narzeczonego.
–– Eleno, mam Księgę. –– Tonks podeszła do mnie i złapała mnie za ramię. –– Musimy się stąd wynosić. –– Kobieta pomogła mi wstać, a ja czułam się, jakby moje kończyny zastygły. Pozwoliłam by brązowowłosa prowadziła mnie przez chwilę, a potem wyręczył ją Kingsley, łapiąc mnie ze zdwojoną siłą. Biegliśmy w stronę wyjścia z zamku, zatrzymując się raptownie i spoglądając na Moody’ego w oddali.
–– Nie zatrzymujcie się! –– krzyknął w naszą stronę. –– Ascendio! –– dodał, a siła zaklęcia w zawrotnym tempie skierowała go do góry i dosłownie przeleciał przed nami tak, że teraz to my byliśmy w tyle. Wypadliśmy z zamku, pokonując po drodze paru czarodziejów.
–– Moody, użyjmy teleportacji łącznej –– zaproponował Kingsley, oglądając się za siebie i widząc jak nasi przeciwnicy biegną wprost na nas.
–– Weź Carter, ja biorę Tonks. Spotkajmy się przy Tamizie pod Tower Bridge –– zakomunikował, złapał Tonks za rękę i zniknęli. Chwilę później poczułam, jak moje ciało się przemieszcza i kilka minut później oddychałam zimnym powietrzem Londynu.
Odeszłam kilka metrów od reszty i przejechałam dłoni po twarzy, całkowicie zapominając, że są całe we krwi. Zaklęłam pod nosem, mając ochotę zostać sama. Emocje we mnie buzowały, a nie lubiłam okazywać swoich słabości przy innych.
–– Eleno… Co się właściwie tam stało? –– Usłyszałam głos Kingsley’a. Oblizałam spierzchnięte wargi i odwróciłam się do mężczyzny.
–– Pozwoliłam, by zawładnęły mną emocję –– odpowiedziałam z powagą. –– Przeze mnie nasza misja się nie powiodła, wybaczcie.
–– Mamy Księgę. Misja nie poszła na marne –– zauważył Moody, wpatrując się w rzekę.
–– Muszę spotkać się z Dumbledore’m. Spotkamy się w siedzibie Zakonu –– powiedziałam i nie czekając na reakcję przyjaciół, deportowałam się do Hogsmeade, by odwiedzić Hogwart.

*

Hope Carter mnie urzekła. Nigdy nie spodziewałem się, że tak młoda osoba może zrobić na mnie takie wrażenie. Widziałem w niej samego siebie za czasów młodości i chyba to przeważało szale mojej sympatii. A patrząc na nią i Harry’ego, czułem się, jakbym patrzył na siebie i Jamesa. Ich przekomarzania, komentarze i ta lekkość pakowania się w kłopoty. Byłem pod wrażeniem mądrości Hope i prócz wyglądu, widziałem w niej wiele cech charakteru Dorcas. Dorcas, którą znałem.
–– Byłaś przerażona, gdy pierwszy raz zamieniłaś się w wilkołaka? –– zapytała Hermiona, gdy siedzieliśmy w salonie, rozmawiając na różne tematy.
–– Tak –– odpowiedziała dziewczyna. –– Miałam zamienić się w krwiożerczą bestię, która nad sobą nie panuje. Poza tym byłam bardzo młoda –– wytłumaczyła. –– Później to się zmieniło. Zaczęłam dostrzegać więcej zalet niż wad, a finalna pomoc mojej mamy przyczyniła się do tego, że lubię być kim jestem.
–– A pożywiasz się, wiesz… ludźmi? –– Ron uniósł brwi do góry, a Hope spojrzała na niego pobłażliwie.
–– Mogłabym, ale tego nie robię. Z wiadomych przyczyn –– odpowiedziała. –– Mam nadzieję, że Remus przyjmie propozycję mamy. Wydaje mi się, że nie może pogodzić się z tym wszystkim.
–– Daj mu trochę czasu –– wtrąciłem. –– Dla niego jest to bardzo trudne.
–– Gdzie on tak w ogóle jest? –– zastanowił się Harry.
–– Ma spotkanie z Magnusem Waynem, alfą, który ma nam pomóc w walce przeciwko Voldemortowi –– wytłumaczyłem.
–– Magnus tu jest? –– zainteresowała się Hope. –– Mogłabym się z nim spotkać? –– Wstała pośpiesznie.
–– Hola, hola. –– Rozbawiony uniosłem brwi do góry. –– To pytanie do twojej matki. –– Dziewczyna wywróciła oczami i zaczęła tupać nogą. Parsknąłem pod nosem widząc niecierpliwość brązowowłosej. Nagle do pomieszczenia weszła Tonks, uśmiechając się lekko.
–– Tonks, miło cię widzieć! –– zawołała Hermiona i podeszła do kobiety, by ją uściskać.
–– Was również, Hermiono. –– Uśmiechnęła się i przywitała się potem z Harry’m, Ronem i Ginny, która była najbardziej zadowolona z obecności Nimfadory. –– Hope, cieszę się, że w końcu mogę cię poznać –– zwróciła się ku brązowowłosej.
–– Ja również się cieszę. Mama mówiła o tobie w samych superlatywach –– powiedziała i uścisnęła dłoń czarownicy. –– Właśnie, jest już tutaj?
–– Ona… –– zaczęła Tonks, a ja od razu wyczułem, że jest w jej głosie coś niepokojącego. –– Elena będzie jutro. Musi jeszcze się czymś zająć –– wytłumaczyła, a Hope pokiwała lekko głową. Widziałem, że jest za nią stęskniona.
–– Dzieciaki, obiad! –– zawołała Molly z kuchni, przerywając naszą rozmowę. Chwilę później wszyscy wyszli z pomieszczenia, a ja zostałem sam z Tonks.
–– Co się dzieje? –– zapytałem jej, a kobieta westchnęła głośno.
–– Syriuszu, sama nie wiem… Nasza misja… Nie do końca się powiodła –– powiedziała i usiadła na fotelu. –– Masz coś do picia?
–– Pewnie. –– Wyjąłem z barku dwie szklanki i nalałem nam Ognistą Whiskey. Stuknęliśmy się szklankami i upiliśmy łyk alkoholu.
–– Nie złapaliśmy Notta Sr ani innego Śmierciożercy, ale udało nam się zdobyć Księgę Zaklęć –– zaczęła, a ja zmarszczyłem brwi. –– Księga należała do Colina Meadowes, który przekazał ją na przechowanie Amelii Bones. Amelia nie żyje. –– Tonks upiła kolejnego łyka, a ja pokręciłem głową. Amelia Bones była naprawdę dobrą i zaufaną czarownicą. –– Antoni Dołohow ją zabił. –– Zacisnąłem mocniej szklankę, doskonale znając tego Śmierciożercę. Nienawidziłem go. –– Był tam ktoś jeszcze. Nazywał się bodajże Olivier Wilde i Elena go znała. Co więcej, wydaje mi się, że to właśnie z nim była w Nowym Jorku. Opowiadała mi kiedyś, że miała narzeczonego. –– Słuchałem uważnie słów brązowowłosej, zastanawiając się nad tym wszystkim. –– Wilde służył Voldemortowi, choć nie był Śmierciożercą. Nie posiadał Mrocznego Znaku. Dołohow zabił również jego, gdy zobaczył, że Elena wpływa na niego. Przed śmiercią dał jej jakieś wspomnienia… Nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Pewnie porozmawia z nami, jak będzie gotowa. Po prostu martwię się o nią. Po raz pierwszy, od kiedy ją znam, dostrzegłam jak mocno to na nią wpłynęło. Te wszystkie informacje oraz rozmowa…. Rozmowa o jej śmierci, Syriuszu. –– Tonks pokręciła głową i dopiła resztę trunku ze szklanki. –– Jak mam jej pomóc?
–– Cieszę się, że ma ciebie –– powiedziałem szczerze i położyłem dłoń na jej ramieniu. –– Pomożemy jej razem. –– Obiecałem, a moje myśli wędrowały z zawrotną prędkością.
Czego tak naprawdę jeszcze o niej nie wiem? Miała narzeczonego?
–– Obiad stygnie. –– Do salonu weszła Hope i spoglądając na nas uniosła rozbawiona brwi. –– Deser jest przewidziany na potem –– zażartowała, widząc nasze puste szklanki. Mimowolnie uśmiechnąłem się, by za chwilę otworzyć oczy ze zdziwienia.
Ile lat ma Hope... Meadowes?


Od Autorki: Hej! Kochani, udało się napisać rozdział, choć powiem szczerze, że myślami ciągle jestem w Winterfell (fani Gry o Tron – przeżywacie ostatni odcinek tak mocno jak ja?). Stąd też wydarzenia w Cork i trochę mi się wydaje, że ten rozdział jest taki słodko-gorzki. A wy co sądzicie?


Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline