Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kingsley Shacklebolt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kingsley Shacklebolt. Pokaż wszystkie posty

2019/07/01

Rozdział 60 „Istniejemy póki ktoś o nas pamięta”

8 komentarzy:
Hope
[w tym fragmencie znajduje się wiele dialogów i opisów z książki Harry Potter i Zakon Feniksa – zmodfikowanych na potrzebny opowiadania]

–– Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać nazwisko i powód wizyty.
–– Harry Potter, Ron Weasley, Hermiona Granger –– odpowiedział Harry bardzo szybko. –– Ginny Weasley, Neville Longbottom, Luna Lovegood, Hope… –– zatrzymał się na chwilę.
–– Meadowes-Black –– dodałam pewnie, a chłopak kiwnął głową.
–– Jesteśmy tu, żeby kogoś uratować, chyba że wasze Ministerstwo zrobi to pierwsze!
–– Dziękuję –– odparł chłodny damski głos. –– Gości prosimy o wzięcie plakietek i umieszczenie ich z przodu swojej szaty.
Siedem tabliczek wysunęło się z metalowej rynienki, którą zwykle wylatują niewykorzystane monety. Hermiona zebrała je i bez słowa podała mi oraz Harry'emu ponad głową Ginny. Spojrzałam na pierwszą z nich, Hope Meadowes-Black, Misja Ratunkowa.
–– Goście Ministerstwa są zobowiązani poddać się przeszukaniu i oddać swoje różdżki do rejestracji przy biurku ochrony, które znajduje się na przeciwległym końcu atrium.
–– Świetnie! –– powiedział głośno Harry, który trzymał się kurczowo za bliznę. Musiała znów dawać mu się we znaki. –– Czy możemy wreszcie ruszyć?
Podłoga budki zadygotała i chodnik pojechał w górę za jej szybami. Żerujące Śmiercioślady znikały z pola widzenia. Ciemność zamknęła się nad naszymi głowami i z głuchym, skrzypiącym dźwiękiem spłynęliśmy na dół w głębiny Ministerstwa Magii.          
Promień miękkiego złocistego światła dotknął ich stóp i, rosnąc, oświetlił z wolna ich całych. Harry ugiął kolana i uchwycił różdżkę tak mocno, jak tylko zdołał w takim ścisku i przylgnął do szyby, aby sprawdzić, czy w atrium ktoś na nas czeka, ale zdawało się ono całkiem puste. Światło było słabsze niż za dnia, w kominkach po obu stronach nie płonął żaden ogień.
–– Ministerstwo Magii życzy przyjemnego wieczoru –– oznajmił damski głos.
Pół godziny później udało nam się odnaleźć to miejsce: wysokie jak katedra i wypełnione wyłącznie piętrzącymi się półkami, na których stały małe, zakurzone szklane kule. Połyskiwały mętnie w świetle sączącym się z lichtarzy, umieszczonych na półkach w pewnych odstępach. Podobnie jak te w okrągłej sali, świece płonęły niebieskim płomieniem. W pomieszczeniu było bardzo zimno. Harry ruszył naprzód i podążył jednym z mrocznych przejść między dwoma rzędami półek. Poszłam od razu za nim, rozglądając się naokoło. W pomieszczeniu panowała cisza.
–– Mówiłeś, że to był rząd dziewięćdziesiąty siódmy –– wyszeptała Hermiona do Harry’ego.
–– Tak –– odszepnął Harry, spoglądając w górę na koniec najbliższego rzędu. Poniżej pęku płonących niebiesko świec, w świetle rzucanym przez nie lśniła srebrna liczba pięćdziesiąt trzy.
–– Myślę, że powinniśmy iść w prawo –– wyszeptała Hermiona, zezując w stronę następnego rzędu. –– Tak... tu jest pięćdziesiąt cztery...
–– Trzymajcie różdżki w pogotowiu –– powiedział cicho Harry, a my kiwnęliśmy głowami. Wypatrywałam mojego tatę, jednak niczego nie mogłam dostrzec.
–– Jest dokładnie na końcu –– powiedział Harry, któremu trochę zaschło w ustach. –– Stąd nie widać dokładnie. –– I poprowadził nas między wznoszącymi się rzędami szklanych kul. Niektóre błyskały delikatnie, kiedy przechodzili.
–– Powinien być blisko –– wyszeptałam, przekonana, że każdy następny krok ukaże mi  sylwetkę Syriusza na tle ciemnej posadzki. –– Gdzieś tu... naprawdę blisko...
–– Harry... –– odezwała się Hermiona nieśmiało, ale chłopak nie chciał jej odpowiedzieć.
–– Gdzieś zaraz... tutaj... –– dopowiedział. Dotarliśmy do końca rzędu i wkroczyliśmy w mętne światło świec. Nikogo tam nie było. Tylko dzwoniąca, zakurzona cisza dookoła. –– Może być... –– wyszeptał chrypliwie Harry, zaglądając w następną alejką. –– Albo może... –– w pośpiechu zajrzał w następną uliczkę.
–– Harry? –– odezwała się znowu Hermiona.
–– Co? –– prychnął.
–– Ja... ja myślę, że Syriusza tu nie ma.
–– Harry? –– zawołałam oddalając się od reszty. Ulżyło mi, że nie ma tutaj mojego taty. Prawdę mówiąc byłam przeszczęśliwa, że okazało się, że to fałszywy alarm. Miałam nadzieję, że nie cieszę się za wcześnie.
–– Co?
–– Widziałeś to? ––zapytałam.
–– Co? –– spytał Harry, ale tym razem skwapliwie. –– No co? –– powtórzył Harry ponuro.
–– Pod... pod tą jest twoje imię –– powiedziałam i spojrzałam na chłopaka, który zmarszczył brwi. Harry przysunął się trochę bliżej. Wskazywałam na jedną z małych kul, która świeciła słabym wewnętrznym światłem, chociaż była bardzo zakurzona i wydawała się nietknięta od wielu lat.
–– Moje imię? –– powtórzył tępo Harry.
Podszedł do półki i wyciągał szyję, aby odczytać żółtawą etykietkę, przytwierdzoną do półki dokładnie pod zakurzoną szklaną kulą. Cienkim i kanciastym pismem wypisano na niej datę sprzed jakichś szesnastu lat, a poniżej:

S.P.T. do A.P.W.B.D.
Czarny Pan
i (?) Harry Potter

Harry zapatrzył się na nią.
–– Co to jest? –– dopytywał się Ron, najwyraźniej wystraszony. –– Co tu robi twoje imię? –– Przyjrzał się pozostałym etykietkom na najbliższych półkach. –– Mnie tu nie ma –– zauważył zakłopotany. –– Nikogo z pozostałych nas tu nie ma.
–– Harry, sądzę, że nie powinieneś tego ruszać –– powiedziała Hermiona ostro, gdy wyciągnął rękę.
–– Dlaczego? –– zaprotestował. –– To ma coś wspólnego ze mną, prawda?
–– Nie, Harry! –– odezwał się nagle Neville. Harry spojrzał na niego. Okrągła twarz Neville'a lśniła lekko od potu. Wyglądał, jakby już nie był w stanie znieść dalszej niepewności.
–– Pod nią jest moje imię –– powiedział Harry. Zacisnął palce na pokrytej pyłem powierzchni kuli. Oczekując, a nawet mając nadzieję, że stanie się coś dramatycznego, coś ekscytującego, co nada w końcu sens ich długiej i niebezpiecznej podróży, Harry podniósł szklaną kulę z jej półki i spojrzał w nią. Absolutnie nic się nie stało. Stłoczyliśmy się wokół Harry'ego, przyglądając się kuli, którą przecierał z pokrywającego ją kurzu.
I wtedy, tuż za nami, rozległ się cedzący słowa głos:
–– Bardzo dobrze, Potter. A teraz odwróć się, grzecznie i powoli daj mi to.

*

Wbiegliśmy przez drzwi i w jednej chwili zaczęliśmy spadać w dół. Za pomocą magii wylądowaliśmy gładko na nawierzchni i zaczęliśmy się rozglądać, by oszacować, gdzie się znajdujemy. Usłyszałam krzyk, a żołądek podszedł mi do gardła. Kątem oka spojrzałam na Syriusza, który również skupił na mnie wzrok. Widziałam tą miłość, która bije od niego na kilometr. Musiałam wyglądać podobnie, ponieważ Moody przerwał naszą wymianę spojrzeń i rozkazał się skupić. Pobiegliśmy przed siebie, nasłuchując odgłosów walki, gdy nagle dostrzegliśmy mnóstwo szkła na podłodze. Zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć co się stało, gdy nagle dostrzegłam ciało na posadzce. Przerażona, zdałam sobie sprawę, że jest to nie kto inny jak Hermiona Granger. Tonks podbiegła do niej w ekspresowym tempie i sprawdziła puls.
–– Żyje! –– krzyknęła, a ja odetchnęłam z ulgą. Kobieta chwilę później ocuciła Hermionę, która rozglądała się, przerażona.
–– Co z Harrym? Hope żyje? –– dopytywała, a ja słysząc te dwa pytania o mało nie dostałam zawału. Modliłam się w duchu, by nic im nie było. Kochałam ich i chciałam, żeby byli cali i zdrowi. Ze mną.
–– Nie mamy czasu –– warknął Moody i wskazał laską na drzwi, znajdujące się na końcu korytarza. Podbiegliśmy do nich i otworzyliśmy, a naszym oczom ukazał się kamienny łuk, a wokół niego zgromadzeni byli Śmierciożercy oraz dzieciaki. Ginny, blondwłosa dziewczyna i brązowowłosy chłopak, których nie znałam, oraz Hope byli przetrzymywani przez Śmierciożerców z różdżkami przy skroniach. Ron leżał nieruchomo z mózgiem, a macki zostawiały coraz więcej śladów na skórze. Za to na krtani Harry’ego znajdowała się mocno zaciskająca się dłoń Bellatrix Lestrange. Gdy to dostrzegłam, zagotowało się we mnie i nie myśląc długo, zaatakowaliśmy, a masa zaklęć przelatywała nam nad głowami. Biegłam przed siebie, by jak najszybciej znaleźć się przy Hope.  Nagle na mojej drodze pojawił się Rudolf Lestrange. Wyciągnęłam daleko różdżkę przed siebie i wpatrywałam się zajadle w czarnowłosego.
–– Żałuję, że mieliśmy dla siebie tak mało czasu –– powiedział i uśmiechnął się niczym szaleniec. Nie odpowiedziałam na jego zaczepkę, tylko zaczęłam rzucać zaklęcia, by móc się przez niego przebić do mojej córki. Nasza walka stawała się coraz bardziej brutalna.
–– Protego! –– Bariera wytworzyła się wokół mnie w tym samym momencie, gdy czarnowłosy rzucił na mnie niebezpieczne zaklęcie.
–– Nie baw się ze mną w kotka i myszkę –– warknął, a ja widziałam, że staje się coraz bardziej zdenerwowany. Kątem oka spojrzałam w swoją prawą stronę, niepotrzebnie, ponieważ zobaczyłam, jak Bellatrix pojedynkuje się z Tonks która nagle upadła. Przeraziłam się i chciałam do niej podbiec, jednak czarnowłosy nie pozwalał mi na to.

*

Kingsley stał tuż blisko mnie i pojedynkował się z dwoma Śmierciożercami. Straciłem z oczu Dorcas, co nie napawało mnie optymizmem. Gdy dostrzegłem, że magiczne oko Moody'ego wiruje po podłodze, a jego właściciel leży na boku krwawiąc z głowy, poczułem niepohamowaną wściekłość. Spojrzałem na Dołohowa, który był odpowiedzialny za stan Szalonookiego i kierował różdżką w stronę Harry’ego i Nevilla, staranowałem mężczyznę i z całej siły uderzyłem go w bok. Nie myśląc długo zacząłem ataktować Śmierciożercę, który nie pozostawał mi dłużny. Z naszych różdżek tryskały iskry, a zaklęcia stawały się coraz bardziej potężne. Nagle upadłem na kolano i skierowałem głowę ku mężczyźnie, który już we mnie mierzył.
–– Petrificus Totalus! –– krzyknął Harry i pojawił się tuż przede mną. Dołohow upadł z łoskotem, a chłopak podał mi dłoń, na której się wsparłem.
–– Nieźle –– pochwaliłem go i chwilę później oboje zniżyliśmy głowy, chroniąc się przed zaklęciami lecącymi w naszą stronę. –– A teraz bierz resztę i wynoście się stąd –– dodałem i nagle zielony promień światła świsnął mi koło głowy. Spojrzeliśmy przez salę i w połowie schodów zobaczyliśmy upadającą Tonks. Jej bezwładne ciało zwalało się w dół po kamiennych ławach, a triumfująca Bellatrix biegła z powrotem w kierunku bitwy. Odwróciłem się ponownie w stronę czarnowłosego. –– Bierz przepowiednię i uciekajcie! –– powtórzyłem i popędziłem ku Bellatrix, którą miałem nadzieję, że zetrę w pył.
–– Tato! –– Ujrzałem Hope jak biegnie w moją stronę i przytuliłem ją do siebie z całej siły. –– Myślałam… –– zaczęła, a głos ugrzązł jej w gardle.
–– Nic mi nie jest, skarbie. –– Uspokoiłem ją. –– Uciekajcie, proszę. Nie wybaczę sobie, jeśli coś ci się stanie.
–– Zrobię dla ciebie wszystko –– wyszeptała, a ja ponownie utuliłem ją do siebie.
–– A ja dla ciebie, kocham cię, Hope. A teraz zmiatajcie stąd.

*

–– Confringo! –– krzyknęłam i wycelowałam w kamień tuż obok Lestrange. Nastąpiła eksplozja, a Rudolfa odrzuciło do tyłu. Pobiegłam przed siebie, próbując w tłumie znaleźć Hope, jednak bezskutecznie. Zaczęłam się bać, że nigdzie jej nie ma.
–– Mamo! –– Usłyszałam nagle i odwróciłam się w stronę krzyku. Brązowowłosa krwawiła z ramienia, a Remus podtrzymywał ją tak, by mogła iść. W ciągu kilku sekund przybiegłam do nich i sprawdziłam ranę córki.
–– Dorcas, nie mamy teraz na to czasu –– powiedział do mnie Lupin, a ja zacisnęłam zęby, zdając sobie sprawę, że ma rację.
–– Nic mi nie będzie –– powiedziała dziewczyna. –– Znajdźmy resztę i zbierajmy się st… –– Hope nie dokończyła, ponieważ przy naszej trójce nastąpiła ogromna eksplozja. Upadłam na zimną posadzkę, a głową uderzyłam w wystający kamień. Mimowolnie złapałam się za głowę, czując sączącą się krew.
–– Nie tak szybko, Meadowes –– warknął Lestrange i wymierzył we mnie różdżką. –– Myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? Diffindo! –– Siła zaklęcia zostawiła krwawiące przecięcie na moim policzku. Lestrange bawił się mną. Próbowałam wstać, jednak kręcenie w głowie, spowodowane przez upadek, dawało mi się we znaki. Nagle tuż obok Rudolfa pojawił się Lupin i uderzył go z całej siły pięścią w głowę. Mężczyźnie różdżka wypadła z ręki, a Remus wykorzystał moment i obezwładnił Śmierciożercę. Odetchnęłam z ulgą i powoli wstałam, chcąc znaleźć Hope.
–– Drętwota! –– Usłyszałam krzyk i odwróciłam się nagle, widząc jak czerwony snop światła mknie w moją stronę. Nie miałam szans, by zdążyć przed nim uciec, gdy niespodziewanie przede mną pojawiła się Hope i zasłoniła mnie własnym ciałem. Moja córka upadła na ziemię, a ja razem z nią, trzymając ją w ramionach. Leżała nieruchomo, oszołomiona i straciła przytomność. Warknęłam zła i skierowałam swój wzrok do mężczyzny, który był za to odpowiedzialny. Rockwood uśmiechał się głupkowato i ponownie skierował różdżkę w moją stronę.
–– Protego! –– Odbiłam atak i walcząc sama ze sobą, ponownie rzuciłam się w wir walki. Pobiegłam bliżej i dopiero teraz dostrzegłam, że Syriusz pojedynkuje się z Bellatrix.
–– Przepowiednia, Potter, daj mi przepowiednię! –– warknął głos Lucjusza Malfoya, a ja odwróciłam się w stronę Harry’ego i blondwłosego, który wręcz wbijał mu koniec różdżki w gardło.
–– Nie! Odwal się... Neville... łap ją! –– odwarknął Harry i rzucił przepowiednię po podłodze, a Neville przetoczył się na plecy i przygarnął kulę do piersi. Malfoy przeniósł różdżkę na Neville'a, ale Harry wytknął różdżkę przez ramię i wrzasnął. –– Impedimenta!  –– Malfoya odrzuciło i mężczyzna wpadł na podest, na którym Syriusz walczył z Bellatrix. Malfoy ponownie wycelował różdżką w Neville'a, ale zanim zdołał zebrać oddech, by zaatakować ponownie, wskoczyłam między nimi.
–– Harry, weź pozostałych i uciekajcie! Teraz! –– krzyknęłam, a Potter pokiwał głową i zabrał Nevilla pod pachę, jednak w tym samym momencie, gdy chłopak schodził, obok niego trafiło zaklęcie. Sturlał się po stopniach, rozbijając przepowiednie, lecz mimo to nie dawał za wygraną. Nagle chłopak zaczął się w coś wpatrywać, więc odwróciłam się w tamtą stronę i dostrzegłam, że w ramie drzwi prowadzących do Komnaty Mózgów z uniesioną w górę różdżką, z twarzą bladą i gniewną stał Albus Dumbledore.

*

Tonks leżała nieprzytomna, tak samo jak moja córka. Miałem ochotę zabić wszystkich Śmierciożerców, znajdujących się w tym pomieszczeniu i naprawdę bardzo musiałem się hamować, by tego nie zrobić. W tym momencie jednak nie to było dla mnie najważniejsze, ponieważ przede mną znajdowała się moja kuzynka, Bellatrix Lestrange, o której śmierci marzyłem jeszcze od czasów szkoły.
–– Co jest Black? Zapomniałeś już jak wyglądają pojedynki? Nie dziwie się, że ukrywałeś się tyle czasu, skoro jesteś taki beznadziejny –– mówiła, a krew we mnie zawrzała. Uniknąłem smugi czerwonego światła i ponownie zaatakowałem czarnowłosą.
–– Syriusz! –– Usłyszałem krzyk mojej żony i kątem oka spojrzałem na nią. Była poobijana, a z wielu jej ran sączyła się krew. Dostrzegłem również, że do Sali wkroczył Dumbledore. Odetchnąłem z ulgą, bo wiedziałem, że pojawienie się siwowłosego przyniesie nam wygraną. Miałem tylko nadzieję, że wszyscy obecni tutaj przeżyli i ich obrażenia nie będą długotrwałe. Odwróciłem ponownie głowę ku Bellatrix i uśmiechnąłem się do niej kpiąco.
–– Tylko na tyle cię stać? –– zironizowałem, a kobieta uśmiechnęła się zwycięsko, a ja pojąłem dopiero, że zielony snop światła leci prosto na mnie. Odwróciłem lekko głowę i zobaczyłem przerażone i załzawione oczy Dorcas. Nie miałem szans.
–– Kocham cię –– wyszeptałem.

*

Kocham cię.
Nie wiedziałam kiedy, ale zaczęłam biec. Biegłam z całych sił przed siebie, słysząc naokoło osoby, które krzyczały moje imię. Nie słuchałam ich, tylko nadal biegłam przed siebie. Gdy snop zielonego światła zbliżał się ku Syriuszowi, wpadłam w jego ramiona i poczułam silne uderzenie. Gdy otworzyłam oczy, nie wiedziałam gdzie jestem.


Od Autorki: Hej kochani! 60! Wow, wow, wow! Nigdy nie myślałam, że dojdę do takiej liczby. Co myślicie o końcówce? Przed nami został tylko i wyłącznie epilog – kolejne wow! Piszcie proszę co uważacie! Pozdrawiam i do zobaczenia ;*

2019/06/20

Rozdział 59 „Wizja”

8 komentarzy:
Hope

Harry mknął po schodach jak opętany, a my biegliśmy od razu za nim. W głowie miałam milion myśli na minutę i nie wiedziałam, co zrobić. Myślałam tylko i wyłącznie o tacie.
–– Harry, jesteś pewien? –– dopytywała Hermiona, nie do końca przekonana. –– Może On chciał, żebyś to zobaczył?
–– Hermiono, nie mamy na to czasu! –– warknął chłopak, kierując się przed siebie. –– Syriuszowi grozi niebezpieczeństwo! Widziałem to! Było tak, jak z panem Weasley’em –– tłumaczył, a ja zatrzymałam się raptownie, a dłoń zaciskałam w pięść. –– Od miesięcy śnią mi się jakieś drzwi, Syriusz mówił, że Voldemort szuka jakieś broni! To jest w Departamencie Tajemnic!
–– Musimy ruszać, natychmiast –– rzekłam twardo, a Ron spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
–– Jak niby dostaniemy się do Ministerstwa? W dodatku do Departamentu Tajemnic? Przecież to nierealne! –– zawołał rudowłosy, a ja posłałam mu miażdżące spojrzenie.
–– A jeżeli On zrobił to tylko po to, by się do ciebie dostać, Harry? –– Spojrzeliśmy na brązowowłosą, która wpatrywała się obawiająco w Harry’ego. Czarnowłosy zacisnął szczękę i spojrzał twardo na swoją przyjaciółkę.
–– Co z tego? Nie pozwolę, by coś mu się stało –– powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu.
–– Więc co robimy? –– zapytał Ron.
–– Harry, nadal mi się wydaje, że to jest nieprawdopodobne! Jest siedemnasta, w Ministerstwie jest jeszcze pełno osób. Jak Voldemort mógłby pojawić się tam niezauważony? Poza ty Syriusz jest poszukiwany na całym świecie… –– mówiła Granger, a ja miałam ochotę rzucić na nią zaklęcie. Po minie Pottera mogłam wywnioskować to samo.
–– Jeśli myślisz, że mam zachowywać się tak, jakbym nic nie zobaczył…. –– Harry tracił panowanie nad sobą, gdy nagle drzwi się otworzyły i do pomieszczenia, w którym przebywaliśmy, weszła Ginny i Luna. Luna jak zwykle wyglądała, jakby byłą w innym świecie.
–– Hej –– zaczęła rudowłosa i spojrzała prosto na Harry’ego. –– Usłyszałyśmy jak wrzeszczysz, co się stało?
–– Nie twoja sprawa –– warknął szorstko Potter, mierzwiąc sobie włosy.
–– Nie przesadzaj –– upomniał go Ron.
–– Nie musisz się do mnie odzywać takim tonem, chciałam tylko pomóc –– odpowiedziała Ginny ze skrzywioną miną.
–– Nie potrzebuje pomocy.
–– Harry! –– zawołała nagle Hermiona. –– Właśnie Ginny i Luna mogą ci pomóc! –– Czarnowłosy spojrzał na nią niezrozumiale, a ja zmarszczyłam brwi.  –– Musimy skorzystać z sieci Fiuu –– zaproponowała Hermiona. –– Umbridge kazała pilnować wszystkie kominki z wyjątkiem jej własnego. Jeśli upewnimy się, że Syriusza nie ma na Grimmauld Place, wyruszamy. Wywabimy różową landrynę z gabinetu, a Ginny i Luna staną na straży. –– Pokiwaliśmy głowami, zgadzając się z dziewczyną. Harry nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, ale ja pomyślałam, że może w ten sposób uda nam się porozmawiać z moją mamą i ostrzec ją. Popędziliśmy do gabinetu Umbridge, a po drodze obmyśleliśmy plan działania. Wszystko powinno się udać i miałam nadzieję, że właśnie tak będzie. Zgodnie z planem kobieta opuściła gabinet, a my w tym czasie wślizgnęliśmy się do niego, niezauważenie. Harry w mgnieniu oka wziął proszek i wsadził swoją głowę do kominka. Minuty mijały, a chłopak nadal tkwił w tym samym miejscu. Nagle drzwi się otworzyły, a w nich stanęła Brygada Inkwizycyjna, trzymając różdżki przy gardłach Ginny, Luny oraz naszemu zdziwieniu Nevilla. Umbridge wparowała do gabinetu, a reszta jej pomocników złapała nas w pułapkę. Warknęłam rozwścieczona, wierzgając się, ale bezskutecznie. Kobieta złapała ramię Harry’ego i z całej siły wypchnęła go z kominka. Potter przez chwilę nie wiedział co się dzieje, jednak w momencie, gdy czarownica posadziła go na krześle, celując w niego, zacisnął mocno szczęki.
–– Gdzie się wybierałeś, Potter? –– zapytała przesłodzonym tonem, aż chciało mi się wymiotować. Nie mamy na to czasu.
–– Nie pani interes –– warknął czarnowłosy, a ja czułam, że informacje, które pozyskał nie są dobre.
–– Cóż… Draco, sprowadź profesora Snape’a –– powiedziała do blondyna. Wtedy zaświtała mi myśl. Snape jest członkiem Zakonu Feniksa, może nam pomóc. Minęła chwila czasu zanim Malfoy wrócił z czarnowłosym. Snape wpatrywał się w Harry’ego bez cienia emocji, po czym zwrócił się do kobiety.
–– Pani dyrektor chciała mnie widzieć? –– zapytał, a Umbridge uśmiechnęła się do niego i grubymi palcami wskazała, by podszedł bliżej.
–– Tak, profesorze. Potrzebuję Veritaserum –– powiedziała twardo, a czarnowłosy wpatrywał się w nią przez chwilę.
–– Obawiam się, że nie będę mógł pomóc. Wszystkie zapasy zostały już przez panią wykorzystane –– odpowiedział gładko.
–– Ale można przyrządzić nowy eliksir, prawda?
–– Oczywiście. Będzie gotowy za miesiąc. –– Czarownica wybałuszyła oczy ze zdziwienia i zanim zdążyła coś powiedzieć, wtrącił się Harry.
–– On ma Łapę –– krzyknął do Snape, który spojrzał na niego wraz z Umbridge. –– Trzyma Łapę, tam, gdzie jest to ukryte –– dodał, szukając pomocy.
–– Łapę, Łapę… Jakiego Łapę? Wiesz Snape o co chodzi? –– dopytywała kobieta.
–– Niestety, ale nie mam pojęcia –– rzekł niewzruszony, a ja zaczęłam się wierzgać, wściekła. Nie minęła chwila, a czarnowłosy wyszedł z pomieszczenia. Umbridge skierowała różdżkę na Harry’ego.
–– W tej sytuacji nie pozostawiasz mi wyboru, Potter… Zaklęcie Cruciatus rozwiąże ci język…
–– Nie możesz! –– krzyknęła Hermiona.
–– Czego Korneliusz nie zobaczy… –– Ustawiła się, gotowa do ataku.
–– Harry, powiedz jej!
–– Co takiego? O czym mówisz dziewczyno?
–– O tajnej broni Dumbledore’a.
Dziesięć minut później Harry i Hermiona zniknęli wraz z Umbridge, a ja zastanawiałam się, co takiego Granger wymyśliła, jednak nie mielimy na to czasu. Kiwnęłam głową do Ginny, która wyłapała mój wzrok i w tym jednym momencie, uderzyłyśmy Ślizgonów, a ja z całej siły walnęłam jednego w nos, aż krew została na moich dłoniach. Ron nie pozostał obojętny i również szarpał się z Malfoy’em. Udało nam się odzyskać różdżki, a Neville skutecznie rzucił Petrificus Totalus na Malfoya i resztę jego bandy.
–– Dobra robota, Neville –– pochwaliła go Luna, a chłopak uśmiechnął się do niej szczerze.
–– Znajdźmy Harry’ego i Hermionę –– przerwałam, a reszta pokiwała głowami i zaczęliśmy biec w stronę Zakazanego Lasu. Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu.

*

Weszłam do mieszkania, spocona i zmęczona przez upał, który panował na zewnątrz. W torbach miałam zakupy i mimo że moje wyjścia powinnam ograniczyć do minimum, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wyjść chociaż na trochę z tego mieszkania. Zastanawiałam się jakim cudem Syriusz wytrzymuje tu tyle czasu i od razu współczułam mojemu mężowi.
–– Syriusz! –– zawołałam w korytarzu, jednak nie usłyszałam odpowiedzi. Zmarszczyłam brwi, udając się w głąb mieszkania, po czym zostawiłam zakupy na stole kuchennym. Blacka również tu nie było. –– Syriusz! –– krzyknęłam ponownie, ale odpowiedziała mi głucha cisza. Weszłam na piętro, sprawdzając po kolei pokoje, jednak nie udało mi się go odnaleźć. Przestraszyłam się lekko, po czym weszłam na samą górę, gdzie znajdował się strych. Uchyliłam lekko drzwi i ku mojej uldze, zobaczyłam czarnowłosego wraz z Hardodziobem. Uśmiechnęłam się do niego, a on odpowiedział mi tym samym. –– Wołałam cię dwa razy –– zarzuciłam i zmrużyłam oczy.
–– Kochanie, a gdzie mógłbym być? –– Czarnowłosy wywrócił oczami, a ja prychnęłam w odpowiedzi.
            –– Wytrzymaj jeszcze trochę –– poprosiłam, a mężczyzna się nie odezwał, tylko pogładził hipogryfa. Nagle z dołu usłyszałam krzyki i skonsternowana popędziłam na dół, a zaraz za mną znajdował się Black.
–– Syriusz! Dorcas! –– wołał Remus, a gdy zeszłam wraz z mężem na dół odetchnął z ogromną ulgą.
–– Jesteście! –– zawołała Tonks, podbiegając do mnie i uścisnęła mnie. –– Myśleliśmy…
–– Co takiego? –– zapytałam niezrozumiale.
–– Harry miał wizję –– zaczął Lupin, a ja z Syriuszem popatrzyliśmy się na siebie. –– Widział jak Voldemort cię torturuje, Syriuszu. W Departamencie Tajemnic –– powiedział, a ja zakryłam dłonią usta.
–– Skąd… –– zaczął Syriusz, ale Remus przerwał mu.
–– Snape. Harry, Hope i reszta użyli kominka Umbridge, by się z tobą skontaktować. Dziwne, bo skoro Harry tu był, a wy jesteście w domu…  –– Lunatyk podrapał się po głowie, a my w tym samym momencie usłyszeliśmy skrzekliwy śmiech dochodzący z piętra na górze.
Stworek.
W kilku krokach pokonaliśmy schody i znaleźliśmy się w salonie na górze, gdzie skrzat udawał, że sprząta.
–– Stworek! –– warknął Black i złapał skrzata za gardło. Podbiegłam do niego i złapałam go za dłoń, wiedząc, ze przesadza. Mimo to Syriusz nic sobie z tego nie zrobił i wpatrywał się gniewnie w skrzata. –– Co powiedziałeś Harry’emu? Gadaj!
–– Panie… –– zaskrzeczał, a mężczyzna wzmocnił uścisk. ––Stworek nic takiego nie powiedział…
–– O co się pytał Harry? –– zapytałam, mając nadzieję, że skrzat będzie ze mną współpracował.
–– Gdzie jest mój pan… Czy jest tutaj… –– mówił i nagle zawył. –– Pani Bellatrix była dla Stworka taka miła…
–– Przekazywałeś informację Bellatrix Lestrange?! –– krzyknął Syriusz, a ja odepchnęłam go od skrzata, widząc, że ten ledwo oddycha.
–– Nie, nie…
–– Ty cholerny skrzacie…!
–– Syriusz! –– krzyknęłam wściekła. –– Stworku, gdzie jest Harry?
–– Tam… W Ministerstwie… –– odpowiedział skrzat. Krew odpłynęła mi z twarzy i spojrzałam na towarzyszy.
–– Wezwijmy resztę. Ruszamy natychmiast –– powiedziałam, a reszta zgodziła się ze mną. Spojrzałam na wściekłego Blacka, po czym podeszłam do niego i ujęłam jego twarz w dłonie. –– Skarbie, spójrz na mnie –– poprosiłam, a mężczyzna niechętnie wypełnił moje polecenie. –– Uratujemy ich, rozumiesz? Nie mamy czasu do stracenia, ale potrzebuję cię uważnego.
–– Myślałem, że powiesz, żebym został –– odpowiedział zdziwiony.
–– Nie tym razem. Jesteś nam potrzebny –– powiedziałam, a mężczyzna pokiwał głową. Tonks wysłała wiadomość do Kingsley’a oraz Moody’ego, powiadamiając ich o całej sytuacji. Zbiegliśmy na dół, gdzie Remus i Tonks byli już gotowi do wyjścia.
–– Trzymajmy się razem –– powiedział Lupin i wyruszyliśmy, by jak najszybciej dostać się do Ministerstwa Magii i uratować nasze dzieci.

*

Stresowałem się i chciałem jak najszybciej być na miejscu. Byłem wściekły na samego siebie, że zamknąłem się sam na górze i nie słyszałem, że mój chrześniak tutaj był. Zastanawiałem się jakim cudem Voldemort pokazał mu tak realistyczną wizję, że chłopak uwierzył, że jest to prawda. Przeraziło mnie to, że ich więź jest tak głęboka i obiecałem sobie, że zrobię wszystko, by się jej pozbyć. Nie mogłem pozwolić, by Harry’emu, Hope i reszcie coś się stało. Nie mogłem również sobie wybaczyć, że Stworek znikał i rozmawiał z Bellatrix, a ja tego nie zauważyłem. Lestrange   musiała wiedzieć, że ja i Dorcas mamy córkę. W dodatku naraziłem na niebezpieczeństwo całą moją rodzinę i przyjaciół przez jednego, małego skrzata. Miałem ochotę coś rozwalić, jednak wiedziałem, że muszę się hamować. Moja żona dała mi wystarczającą reprymendę za moje zachowanie. Schowaliśmy się za winklem przed wejściem do Ministerstwa Magii. Remus spojrzał na mnie, a po chwili wyciągnął różdżkę w moją stronę.
–– Ktoś może cię zobaczyć –– usprawiedliwił swoje poczynania, widząc moją minę. ––Disillusionment Charm! –– wypowiedział. Nie poczułem znaczącej zmiany. Spojrzałem na swoją dłoń i wtedy pojąłem, że Lupin rzucił na mnie zaklęcie Kameleona.
–– Możemy iść –– powiedziała Tonks i weszliśmy wejściem dla pracowników, dzięki Dorcas i Tonks. Lupin zakrył się kapturem, nigdy nie będąc tutaj mile widziany, ponieważ miał wrażenie czarodzieje i czarownice łypią na niego złowrogo. Ci, którzy go znali, wiedzieli, że jest wilkołakiem, przez co ich spojrzenia wyrażały niechęć. Dostaliśmy się do środka, oglądając się za siebie. Ku naszemu zdziwieniu, Ministerstwo wydawało się dość puste jak na tą godzinę. Coś ewidentnie było nie w porządku.
–– Niemożliwe, by było tak mało osób –– zauważyła Tonks, myśląc o tym samym, co ja wcześniej.
–– Może to robota Śmierciożerców –– zaproponował Lupin.
–– Albo Voldemort ma więcej swoich ludzi tutaj niż myśleliśmy –– zauważyła Dorcas, unosząc różdżkę do góry. –– Bądźcie ostrożni. –– Dostaliśmy się do widy, naciskając na odpowiedni guzik. W tym samym momencie drzwi windy się zatrzymały, a do środka wszedł niespodziewanie Kingsley i Moody.
–– Dobre wyczucie czasu –– skomentowała Tonks.
–– Black, co ty tu robisz? –– warknął Moody w moją stronę.
–– Ratuje mojego chrześniaka –– odpowiedziałem i spojrzałem na mężczyznę z zaciętą miną.
–– Nie pora na kłótnie –– przerwał Kingsley. –– Musimy się spieszyć –– powiedział, a Moody westchnął i pokręcił głową.
–– Uważaj na siebie, Black –– poprosił łagodniej, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. Moody ukrywał swoje emocje za maską wrogości i ci którzy go dobrze poznali, mogli z czystym sercem stwierdzić, że wspaniały z niego czarodziej. Dojechaliśmy windą na sam dół i wyszliśmy na korytarz, kierując się w stronę drzwi. Zdziwiłem się, bo nie dostrzegłem żadnego strażnika, pilnującego wejścia. Jednak po chwili, gdy podeszliśmy bliżej, zobaczyliśmy mężczyznę, który leży na podłodze, nieprzytomny. Tonks podeszła do niego i sprawdziła tętno.
–– Oszołomiony –– powiedziała, a my stanęliśmy razem, z różdżkami w pogotowiu. Kingsley jedną dłonią otworzył drzwi i wkroczyliśmy do pomieszczenia, gdzie do wyboru mieliśmy kolejne drzwi.
–– Tędy –– zarządziła Dorcas, jakby czując, gdzie możemy odnaleźć dzieciaki. –– Jestem pewna –– dodała i otworzyła drzwi, a my jedno za drugim wpadliśmy w czarną otchłań, mając nadzieję, że przybyliśmy na czas.


Od Autorki: Hej kochani! Ale jestem podekscytowana! Został mi ostatni rozdział i epilog. Ciekawa jestem tego, jak typujecie zakończenia. Piszcie proszę! Pozdrawiam i do zobaczenia ;*

2019/06/13

Rozdział 57 „Miałeś zostać”

8 komentarzy:
Zakryłam szczelniej głowę kapturem i powoli ruszyłam niezauważona, śledząc samą Narcyzę Malfoy, na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Z drugiej strony ulicy Tonks pokiwała głową i obie trzymałyśmy się na bezpieczną odległość od kobiety. Wiedziałyśmy, że Lucjusz Malfoy jest zwolennikiem Voldemorta, więc miałyśmy nadzieję, że jego żona może nas doprowadzić do Pettigrew, który ukrywał się już długi czas. Powiedziałam Syriuszowi, że muszę udać się do Ministerstwa, bo wiedziałam, jak zareaguje na mój pomysł. Próbowałby wybić mi ten pomysł z głowy, a w najgorszym wypadku postanowiłby, że pójdzie razem ze mną, na co kategorycznie nie mogłam pozwolić. Ostatnio i tak na zbyt wiele się narażał, a ja jako szczęśliwa i oddana żona, musiałam go przed tym chronić. Chciałam z nim stworzyć prawdziwą rodzinę, a Glizdogon był tym, który może nam to umożliwić. Za każdym razem, gdy myślałam o tym przeklętym mężczyźnie, włosy jeżyły mi się na głowie. Miałam ochotę pozbyć się go na zawsze. Narcyza zatrzymała się raptownie, gdy wysoki mężczyzna kroczył w jej stronę. Próbowałam dojrzeć jego twarz, jednak bezskutecznie. Świetnie się maskował. Wytężyłam słuch, mając nadzieję, że chociaż trochę uda mi się usłyszeć z tej rozmowy.
–– Czarny Pan gdzieś zniknął, nie odzywa się do nas od jakiegoś czasu… –– powiedział mężczyzna gardłowym głosem. –– Twój mąż nic nie wie?
–– Czarny Pan nie zwierza mu się z każdej zaplanowanej rzeczy –– odpowiedziała kobieta. –– Nikomu się nie zwierza.
–– A co ze Snape’m? –– Zmarszczyłam czoło, całkowicie zapominając o czarnowłosym mężczyźnie oraz jego roli podwójnego agenta. Byłam zła na siebie, że zamiast wprost z nim porozmawiać, śledziłam Narcyzę, wystawiając się na podwójne niebezpieczeństwo. Nigdy nie miałam dobrych relacji z nim, jednak miałam nadzieję, że ze względu na Lily, pomoże mi. Z drugiej strony gdyby mógł pomóc, zrobiłby to już dawno, prawda?
–– Skąd mam wiedzieć? –– warknęła blondwłosa. –– Muszę już iść. –– Nie czekając na odpowiedź mężczyzny, ominęła go i poszła w swoim kierunku.
–– Powiedz Bellatrix, że wprowadzę jej syna w…
–– Ani mi się waż. –– Kobieta gwałtownie odwróciła się i spojrzałą z jadem w oczach w rozmówcę. –– Trzymaj się od niego z daleka. –– Odwróciła się na pięcie, zostawiając zdziwionego mężczyznę samego. Chwilę później on również zniknął za rogiem.
Tonks chciała kontynuować naszą eskapadę, jednak powstrzymałam ją. Razem udałyśmy się do pobliskiego pubu na Pokątnej, przemyśleć następne kroki.
–– Myślisz, że Snape ci pomoże? –– Tonks uniosła zaskoczona brwi do góry, gdy opowiedziałam jej, że znamy się jeszcze ze szkoły. –– Wie o Syriuszu od dawna. Gdyby mógł pomóc, zrobiłby to. Tak samo jak Dumbledore. –– Uświadomiła mi, a ja złapałam się za głowę, sfrustrowana. Nie miałam pojęcia jak odnaleźć Pettigrew, a wszystkie tropy prowadziły mnie do ślepych uliczek. Obie postanowiłyśmy wrócić do Kwatery Głównej, a gdy to zrobiłyśmy, Syriusz od razu mnie wyczuł.
–– Mów –– powiedział władczo, gdy leżałam na kanapie w salonie. Mężczyzna podszedł, wziął moje nogi i założył na swoje kolana. Lekko złapał kostki, robiąc kółka opuszkami palców, co było dla mnie bardzo przyjemne. –– Gdzie tak naprawdę byłaś? –– dopytywał, od razu mnie rozgryzając. Westchnęłam i opowiedziałam mu prawdę, po czym musiałam wysłuchać jego oburzenia względem swojej osoby. Wywróciłam tylko oczami, słysząc wywody czarnowłosego i przybliżyłam się do niego, składając mu na ustach pocałunek. –– Nie myśl piękna, że mnie tym udobruchasz. –– Ponownie go pocałowałam, tym razem mocniej i dłużej. Mężczyzna położył dłoń na moim policzku, mocniej mnie do siebie przyciskając, a nasze języki tworzyły wspólny taniec. Oderwałam się od niego na moment, zaczerwieniona.
–– Nie powstrzymasz mnie –– powiedziałam szczerze, a mężczyzna skrzywił się lekko. –– Kocham cię i zrobię dla ciebie wszystko. Dla nas.
–– Wiem, kochanie. –– Oparł swoje czoło o moje, wdychając mój zapach. –– Bez ciebie moje życie nie ma sensu.
–– Jesteście słodcy, ale muszę wam niestety przerwać. –– Do pomieszczenia wpadła Emmelina, wyraźnie czymś zaoferowana. –– Chyba wiem, jak wam pomóc –– dodała, a ja oderwałam się od Blacka, stając na równe nogi. –– Nie wiem gdzie ukrywa się Pettigrew, ale jesteśmy coraz bliżej potwierdzenia przed światem czarodziejów, że Voldemort wrócił. Mamy pewien plan, który może nam pomóc w ujawieniu tego…
–– Jaki plan i dlaczego nic o nim nie wiem? –– Syriusz również wstał i wpatrywał się podejrzanie w Emmelinę.
–– Dumbledore poprosił, by na razie było to tajne, wybaczcie. –– Uśmiechnęła się przepraszająco, a ja zmarszczyłam brwi.
–– Kto o nim wie? –– dopytywałam.
–– Ja, Kingsley i Moody. Dziś wyruszam na misję i obiecuję, że jak wrócę, to porozmawiamy. –– Brązowowłosa podeszła do nas i uściskała nas mocno. –– Przecież wiecie, że chcę dla was jak najlepiej.
–– Oczywiście, że tak –– poparłam i posłałam uśmiech kobiecie. Brązowowłosa pomachała nam na odchodne i wyszła z mieszkania. Zastanawiałam się, o co może chodzić i co to jest za plan, o którym nikt prawie nie wie. Poczułam się trochę odtrącona, że Dumbledore nie powiedział mi nic na ten temat, mimo wszystko postanowiłam mu zaufać. Wiedziałam, że siwowłosy zawsze dobrze przemyśla swoje kroki. Syriusz jednak nie był nastawiony tak spokojnie jak ja.
–– Nie dość, że siedzę tu jak kołek od miesięcy, to nawet jeszcze nie mogę poznać planu, który może nam pomóc! –– warczał, a ja położyłam dłoń na jego ramieniu.
–– Kochanie…
–– Dorcas, nie mów, że to jest w porządku! –– Rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.
–– Czy Dumbledore dał ci jakiś powód, byś mu nie ufał? –– zapytałam rzeczowo.
–– Nie o to chodzi…
–– Więc daj spokój. Jak wróci Emmelina, porozmawiamy o tym. –– Dałam mu szybkiego całusa, w tym samym momencie, kiedy do pomieszczenia wszedł Remus. –– Zajmij się nim –– powiedziałam do Lupina, który spojrzał na mnie rozbawiony.
–– Yhym, to żona powinna zajmować się mężem –– odpowiedział, a ja spojrzałam na niego pobłażliwie.
–– Chyba, że mąż nie chce jej słuchać. Ciebie posłucha. –– Puściłam mu oko i wyszłam z pokoju.
W kuchni znalazłam Molly i Tonks, które rozmawiały przyciszonym głosem. Spędziłam z nimi resztę popołudnia, a dopiero później dołączyli do nas Syriusz, Remus i Artur. Niesamowicie miło było spędzić z nimi czas, a tym bardziej obserwować, jak relacja Tonks i Remusa się pogłębia. Na pierwszy rzut oka było widać, że są ze sobą blisko, mimo że Lupin starał się jeszcze przybrać pewne pozory. Widziałam jak Syriusz patrzy z uśmiechem na poczynania przyjaciela. Złapał mnie na rękę pod stołem i ścisnął, kątem oka pokazując na ową dwójkę. Przyglądałam się im ukradkiem i naprawdę musiałam przyznać, że niesamowicie się uzupełniali. Przeciwieństwa się przyciągają, a u nich było to wręcz namacalne. 
Wieczór mijał nam w zastraszającym tempie, dopóki w kuchni nie pojawił się patronus Kingsleya. Czułam, że stało się coś niedobrego.
–– Siedziba Premiera Wielkiej Brytanii. Potrzebujemy pomocy. Natychmiast. –– Ryś czarnoskórego rozpłynął się w powietrzu. Wszyscy na akord wstaliśmy od stołu, a miła atmosfera, jaka jeszcze panowała przed chwilą, całkowicie się rozpłynęła.
–– Molly, zostań w pogotowiu –– poprosił Artur, a kobieta kiwnęła głową, zdenerwowana. Weasley spojrzał na Blacka, który gdyby mógł, zabiłby go spojrzeniem. –– Syriuszu, przecież wiesz…
–– Idę z wami –– powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu.
–– Syriuszu, Downing Street to jedna z najruchliwszych ulic w Londynie. Jak wyobrażasz sobie pojawić się tam niezauważonym? –– warknął Remus, wpatrując się w przyjaciela.
–– Nasi przyjaciele mają kłopoty. Rusz się, Lupin. –– Black wziął płaszcz i nie patrząc na nikogo, wyszedł z pomieszczenia. Remus spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, jednak pokiwałam przecząco głową, wiedząc, że jeśli czarnowłosy się na coś uprze to nikt nie jest w stanie go powstrzymać. Ruszyliśmy za nim, by teleportować się w wyznaczone miejsce, a Molly życzyła nam powodzenia. Wyszliśmy pośpiesznie jedno za drugim i dołączyliśmy do Syriusza, który już na nas czekał. Spojrzałam na niego i kiwnęłam głową. Mężczyzna złapał mnie na chwilę za rękę, by dodać otuchy, a kilka chwil później, wszyscy teleportowaliśmy się w wyznaczone przez Kingsley’a miejsce. Ulica była bardzo ruchliwa, a śpieszący się ludzie, nie zwracali na nas najmniejszej uwagi. Syriusz naciągnął mocniej kaptur na głowę i ruszyliśmy w stronę drzwi. Niepostrzeżenie wyjęłam różdżkę, wypowiadając zaklęcie w stronę ochrony, stojącej obok drzwi. Weszliśmy do środka, a ja ponownie wypowiedziałam zaklęcie, dające nam pewną swobodę w działaniach, mugole nie zwracali na nas uwagi. Ruszyliśmy przed siebie, nasłuchując, gdy Artur pokazał na wejście do Sali Kongresowej. Nasłuchiwaliśmy, gdy nagle z pomieszczenia wydobyły się odgłosy walki. Wparowaliśmy do pokoju, mając różdżki w pogotowiu i dostrzegliśmy parę zamaskowanych postaci oraz Emmeliną i Kingsley’a, odbierających ich ataki. Chronili Moody’ego, z którego nogi obficie leciała krew.
–– Zajmę się nim! –– krzyknęła Tonks, pojawiając się obok Szalonookiego w kilku krokach, a my ruszyliśmy ku reszcie.
–– Brachiabindo! –– wypowiedziałam, a niewidzialne więzy zaczęły unieruchamiać jednego ze Śmierciożerców. Chwilę potem w idealnym czasie uchyliłam się przed zaklęciem, które wycelował we mnie inny Śmierciożerca. Kątem oka zobaczyłam, że inni również rzucili się w wir walki. Odpieraliśmy ataki wrogów, mając przewagę. Uśmiechnęłam się z wyższością, gdy udało mi się powalić kolejnego mężczyznę. Minęło dosłownie kilkanaście minut, gdy zakapturzone postacie zaczęły się wycofywać. Trzymałam różdżkę w pogotowiu, obserwując salę i ławki, które się znajdowały, doszukując się, czy ktoś jeszcze pozostał. Opuściłam lekko różdżkę, oddychając z ulgą, gdy nagle usłyszałam krzyk.
–– Avada Kedavra!
–– Syriusz! –– krzyknęła Vance, a ja odwróciłam się przerażona, patrząc jak Śmierciożerca, którego dobrze znałam, Rabastan Lestrange, celuje w mojego męża. Nim zdążyłam wykonać jakikolwiek ruch, snop zielonego światła pomknął ku czarnowłosemu. Zaczęłam biec w stronę mężczyzny, ale wiedziałam, że jestem za daleko. Strach sparaliżował moje ciało, gdy zaklęcie było już na tyle blisko, że chciało mi się wrzeszczeć.
Gdy zielone światło miało już ugodzić mojego ukochanego w pierś, nagle przed nim pojawiła się brązowowłosa kobieta, a snop zielonego światła trafił prosto w jej serce. Emmelina upadała, a Syriusz złapał ją za ramiona, osuwając się z brązowowłosą na ziemię. Nim zdążyliśmy zareagować, po Lestrange’u została tylko czarna chmara dymu. Powoli zaczęłam podchodzić do owej dwójki, nie wierząc w to, co właśnie się wydarzyło. Tonks ocierała łzy i pochyliła się ku Emmelinie oraz Syriuszowi, który trzymał ją w ramionach. Wpatrywał się w jej ciało, a ja dopiero po chwili podeszłam do nich i upadłam na kolana i czując, jak po policzkach lecą mi krople łez. Kobieta miała martwe, otwarte oczy. Black przymknął jej powieki, pochylając się nad zmarłym ciałem naszej przyjaciółki. Mocno obejmował ją za ramiona, a ja ostrożnie położyłam mu dłoń na ramieniu, sama będąc w rozsypce.
–– Wynośmy się stąd –– zaproponował Moody, a jego głos był łagodny. Po chwili podnieśliśmy się wszyscy, a na samym końcu Syriusz, który podniósł martwe ciało brązowowłosej i poszedł pierwszy w stronę wyjścia. Dołączyliśmy do niego, czując w sercach ból i zdając sobie sprawę, że po raz kolejny w tej wojnie tracimy kogoś ukochanego.

*

Nie wiedziałem, czy jestem stanie iść na pogrzeb Emmeliny Vance. Mojej najlepszej przyjaciółki, podpory i kobiety, która zawsze we mnie wierzyła i stawała za mną murem. Kobiety, która osłoniła mnie własnym ciałem i przez to umarła. Przed oczami miałem ciągle obraz brązowowłosej leżącej martwej w moich ramionach. Wizja, w której miałem się z nią pożegnać, nie istniała w moim umyśle. Nie potrafiłem wyobrazić sobie tego, że już jej nie zobaczę, że nie usiądzie przede mną po to, by mnie zrugać za coś, albo po to, by po prostu się pośmiać i służyć dobrą radą. Poświęciła siebie, bym ja mógł żyć.
–– Musimy iść. –– Do naszej sypialni weszła Dorcas, która również przeżywała śmierć kobiety na swój sposób. Wstałem, wzdychając głośno i złapałem za rękę kobiety, którą wyciągnęła w moją stronę.
–– Emma chciałaby, by jej poświęcenie nie poszło na marne, rozumiesz? –– Ostrzegła mnie, prosząc niemo, bym się nie wychylał. Ustaliliśmy, że nie będę blisko samej uroczystości, a obejrzę wszystko z boku. O jej zabójstwie pisano w czarodziejskich, a nawet mugolskich gazetach, co tylko świadczy o tym, jak bardzo utalentowaną czarownicą była.
Pogrzeb odbywał się w Highgate Cemetery, tam gdzie pochowani są również Angus i Marlena. Zastanawiałem się, jak jeszcze wielu bliskich mi osób będę musiał odwiedzać w tych miejscach i bałem się, że im prawdziwa wojna na dobre się już zacznie, będzie to znaczna ilość czarodziejów i czarownic, jeżeli nic nie zdziałamy.
Dorcas postanowiła zostać ze mną, więc staliśmy z boku, schowani między drzewami i krzewami i oglądaliśmy jak wielu czarodziejów przyszło na pogrzeb naszej przyjaciółki. Było bardzo wystawianie, gdzie przemówił sam Dumbledore. Moja żona oparła głowę o moje ramię, a ja obiecałem sobie, że przestanę narażać życie przy każdej okazji. To moja wina, że Emma nie żyje i nie mogłem pozwolić, by ktoś jeszcze poniósł za to taką karę, a na pewno nie moja ukochana. Pomyślałem również o Hope i Harry’m zdając sobie sprawę, że Voldemort pragnie dostać Pottera w swoje ręce, a ja w jakiś głupi sposób mogłem mu to ułatwić swoją nierozwagą.
–– Dorcas, obiecuję, że to już więcej się nie powtórzy –– wyszeptałem do ukochanej, która spojrzała na mnie pytająco kątem oka. –– Nie pozwolę, by ktoś za mnie ginął. Gdyby nie ja, ona byłaby tutaj.
–– Syriuszu, nie wiesz tego –– odpowiedziała łagodnie, mocniej ściskając moje ramię. –– Emma uratowała ci życie. Doceń to proszę. Nie mogę cię stracić –– dodała. Odwróciłem głowę w jej stronę i pogłaskałem ją po policzku.
–– Nie stracisz, obiecuję.
Po uroczystości zebraliśmy się w Kwaterze Głównej, by wspólnie pożegnać naszą przyjaciółkę. Pojawili się wszyscy członkowie Zakonu Feniksa. Usiedliśmy przy stole, gdzie Molly przygotowała dla nas obiad. Kątem oka spojrzałem na Hestię, która w ogóle się nie odzywała. Widziałem, że śmierć Emmy również mocno na nią wpłynęła, mimo że nie miały zażyłych relacji.
–– Przykro mi moi drodzy, że spotykamy się w takich okolicznościach –– zaczął Dumbledore, trzymając w dłoni kieliszek Ognistej Whiskey. –– Emmelina była oddaną i niesamowicie utalentowaną członkinią Zakonu Feniksa, a także wspaniałą przyjaciółką i czarownicą. Wypijmy proszę za to, by była szczęśliwa, tam, po drugiej stronie. –– Siwowłosy wlał do ust kieliszek, a my poszliśmy za jego przykładem. Usiedliśmy przy stole, zaczynając jeść, mimo że wcale nie miałem na to ochoty. Myślami nadal byłem gdzie indziej i co chwilę spoglądałem w swoją lewą stronę, gdzie zawsze obok mnie siedziała Vance. Wypiłem kolejny kieliszek mocnego trunku i zamknąłem na chwilę oczy, łapiąc się za skronie.
–– Emma zawsze powtarzała, że ból i cierpienie to nieodłączny element życia, który nas kształtuje –– mówił Kingsley, wpatrując się w swój kieliszek. –– Ciekaw jestem, co by powiedziała w tej sytuacji.
–– Powiedziałaby, że jestem idiotą –– wtrąciłem, uśmiechając się lekko pod nosem. –– I żebym przestał użalać się nad sobą.
–– Jest jednak coś, na co czekała wiele lat –– powiedziała Dorcas, a ja zmarszczyłem brwi zaintrygowany. –– Zobaczy się z Willem. –– Gdy brązowowłosa wspomniała o swoim zmarłym bracie, przypomniałem sobie, gdy zwierzyła mi się, że widziała śmierć swojej rodziny. Meadowes zawsze twierdzili, że rodzina jest najważniejsza i przyjęli do niej mnie i właśnie Emmelinę.
–– Wiele mi o nim opowiadała –– dodała Tonks. –– Twój brat był jej największą miłością. Nigdy nie chciała związać się z kimś innym. Zawsze myślała o nim.
–– Meadowes mają w sobie to coś –– skomentowałem i dostrzegłem ciepły wzrok mojej żony. –– Nie da się o nich zapomnieć, jeśli już raz się kogoś z nich pokochało.
Po raz kolejny uświadomiłem sobie, jakie życie jest kruche i jak szybko można je stracić. Miałem obok siebie miłość mojego życia, moją żonę i matkę mojej córki. Przez chwilę zastanawiałem się, czy byłym w stanie ponownie ją stracić i szybko odsunąłem od siebie tą myśl. Gdybym miał ją stracić ponownie, nie przeżyłbym tego. Skoczyłbym za nią w ogień, wiedząc, że postępuje egoistycznie i samolubnie.
Jednak złożyłem obietnicę. Nie tylko Dorcas, nie tylko sobie. Złożyłem również obietnicę mojej córce i Harry’emu, że gdy to wszystko się skończy, w końcu będziemy prawdziwą rodziną i miałem zamiar spełnić tą obietnicę.
           

Od Autorki: Hej kochani! Im bliżej końca, tym coraz bardziej mi smutno. Naprawdę zdążyłam się przyzwyczaić do tej historii i ciekawa jestem, jak to będzie już bez niej… Co sądzicie o rozdziale? Jak zareagowaliście na śmierć Emmy, spodziewaliście się tego? Mi jest przykro. Pozdrawiam i do usłyszenia ;*
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline