Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rabastan Lestrange. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rabastan Lestrange. Pokaż wszystkie posty

2019/06/13

Rozdział 57 „Miałeś zostać”

8 komentarzy:
Zakryłam szczelniej głowę kapturem i powoli ruszyłam niezauważona, śledząc samą Narcyzę Malfoy, na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Z drugiej strony ulicy Tonks pokiwała głową i obie trzymałyśmy się na bezpieczną odległość od kobiety. Wiedziałyśmy, że Lucjusz Malfoy jest zwolennikiem Voldemorta, więc miałyśmy nadzieję, że jego żona może nas doprowadzić do Pettigrew, który ukrywał się już długi czas. Powiedziałam Syriuszowi, że muszę udać się do Ministerstwa, bo wiedziałam, jak zareaguje na mój pomysł. Próbowałby wybić mi ten pomysł z głowy, a w najgorszym wypadku postanowiłby, że pójdzie razem ze mną, na co kategorycznie nie mogłam pozwolić. Ostatnio i tak na zbyt wiele się narażał, a ja jako szczęśliwa i oddana żona, musiałam go przed tym chronić. Chciałam z nim stworzyć prawdziwą rodzinę, a Glizdogon był tym, który może nam to umożliwić. Za każdym razem, gdy myślałam o tym przeklętym mężczyźnie, włosy jeżyły mi się na głowie. Miałam ochotę pozbyć się go na zawsze. Narcyza zatrzymała się raptownie, gdy wysoki mężczyzna kroczył w jej stronę. Próbowałam dojrzeć jego twarz, jednak bezskutecznie. Świetnie się maskował. Wytężyłam słuch, mając nadzieję, że chociaż trochę uda mi się usłyszeć z tej rozmowy.
–– Czarny Pan gdzieś zniknął, nie odzywa się do nas od jakiegoś czasu… –– powiedział mężczyzna gardłowym głosem. –– Twój mąż nic nie wie?
–– Czarny Pan nie zwierza mu się z każdej zaplanowanej rzeczy –– odpowiedziała kobieta. –– Nikomu się nie zwierza.
–– A co ze Snape’m? –– Zmarszczyłam czoło, całkowicie zapominając o czarnowłosym mężczyźnie oraz jego roli podwójnego agenta. Byłam zła na siebie, że zamiast wprost z nim porozmawiać, śledziłam Narcyzę, wystawiając się na podwójne niebezpieczeństwo. Nigdy nie miałam dobrych relacji z nim, jednak miałam nadzieję, że ze względu na Lily, pomoże mi. Z drugiej strony gdyby mógł pomóc, zrobiłby to już dawno, prawda?
–– Skąd mam wiedzieć? –– warknęła blondwłosa. –– Muszę już iść. –– Nie czekając na odpowiedź mężczyzny, ominęła go i poszła w swoim kierunku.
–– Powiedz Bellatrix, że wprowadzę jej syna w…
–– Ani mi się waż. –– Kobieta gwałtownie odwróciła się i spojrzałą z jadem w oczach w rozmówcę. –– Trzymaj się od niego z daleka. –– Odwróciła się na pięcie, zostawiając zdziwionego mężczyznę samego. Chwilę później on również zniknął za rogiem.
Tonks chciała kontynuować naszą eskapadę, jednak powstrzymałam ją. Razem udałyśmy się do pobliskiego pubu na Pokątnej, przemyśleć następne kroki.
–– Myślisz, że Snape ci pomoże? –– Tonks uniosła zaskoczona brwi do góry, gdy opowiedziałam jej, że znamy się jeszcze ze szkoły. –– Wie o Syriuszu od dawna. Gdyby mógł pomóc, zrobiłby to. Tak samo jak Dumbledore. –– Uświadomiła mi, a ja złapałam się za głowę, sfrustrowana. Nie miałam pojęcia jak odnaleźć Pettigrew, a wszystkie tropy prowadziły mnie do ślepych uliczek. Obie postanowiłyśmy wrócić do Kwatery Głównej, a gdy to zrobiłyśmy, Syriusz od razu mnie wyczuł.
–– Mów –– powiedział władczo, gdy leżałam na kanapie w salonie. Mężczyzna podszedł, wziął moje nogi i założył na swoje kolana. Lekko złapał kostki, robiąc kółka opuszkami palców, co było dla mnie bardzo przyjemne. –– Gdzie tak naprawdę byłaś? –– dopytywał, od razu mnie rozgryzając. Westchnęłam i opowiedziałam mu prawdę, po czym musiałam wysłuchać jego oburzenia względem swojej osoby. Wywróciłam tylko oczami, słysząc wywody czarnowłosego i przybliżyłam się do niego, składając mu na ustach pocałunek. –– Nie myśl piękna, że mnie tym udobruchasz. –– Ponownie go pocałowałam, tym razem mocniej i dłużej. Mężczyzna położył dłoń na moim policzku, mocniej mnie do siebie przyciskając, a nasze języki tworzyły wspólny taniec. Oderwałam się od niego na moment, zaczerwieniona.
–– Nie powstrzymasz mnie –– powiedziałam szczerze, a mężczyzna skrzywił się lekko. –– Kocham cię i zrobię dla ciebie wszystko. Dla nas.
–– Wiem, kochanie. –– Oparł swoje czoło o moje, wdychając mój zapach. –– Bez ciebie moje życie nie ma sensu.
–– Jesteście słodcy, ale muszę wam niestety przerwać. –– Do pomieszczenia wpadła Emmelina, wyraźnie czymś zaoferowana. –– Chyba wiem, jak wam pomóc –– dodała, a ja oderwałam się od Blacka, stając na równe nogi. –– Nie wiem gdzie ukrywa się Pettigrew, ale jesteśmy coraz bliżej potwierdzenia przed światem czarodziejów, że Voldemort wrócił. Mamy pewien plan, który może nam pomóc w ujawieniu tego…
–– Jaki plan i dlaczego nic o nim nie wiem? –– Syriusz również wstał i wpatrywał się podejrzanie w Emmelinę.
–– Dumbledore poprosił, by na razie było to tajne, wybaczcie. –– Uśmiechnęła się przepraszająco, a ja zmarszczyłam brwi.
–– Kto o nim wie? –– dopytywałam.
–– Ja, Kingsley i Moody. Dziś wyruszam na misję i obiecuję, że jak wrócę, to porozmawiamy. –– Brązowowłosa podeszła do nas i uściskała nas mocno. –– Przecież wiecie, że chcę dla was jak najlepiej.
–– Oczywiście, że tak –– poparłam i posłałam uśmiech kobiecie. Brązowowłosa pomachała nam na odchodne i wyszła z mieszkania. Zastanawiałam się, o co może chodzić i co to jest za plan, o którym nikt prawie nie wie. Poczułam się trochę odtrącona, że Dumbledore nie powiedział mi nic na ten temat, mimo wszystko postanowiłam mu zaufać. Wiedziałam, że siwowłosy zawsze dobrze przemyśla swoje kroki. Syriusz jednak nie był nastawiony tak spokojnie jak ja.
–– Nie dość, że siedzę tu jak kołek od miesięcy, to nawet jeszcze nie mogę poznać planu, który może nam pomóc! –– warczał, a ja położyłam dłoń na jego ramieniu.
–– Kochanie…
–– Dorcas, nie mów, że to jest w porządku! –– Rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.
–– Czy Dumbledore dał ci jakiś powód, byś mu nie ufał? –– zapytałam rzeczowo.
–– Nie o to chodzi…
–– Więc daj spokój. Jak wróci Emmelina, porozmawiamy o tym. –– Dałam mu szybkiego całusa, w tym samym momencie, kiedy do pomieszczenia wszedł Remus. –– Zajmij się nim –– powiedziałam do Lupina, który spojrzał na mnie rozbawiony.
–– Yhym, to żona powinna zajmować się mężem –– odpowiedział, a ja spojrzałam na niego pobłażliwie.
–– Chyba, że mąż nie chce jej słuchać. Ciebie posłucha. –– Puściłam mu oko i wyszłam z pokoju.
W kuchni znalazłam Molly i Tonks, które rozmawiały przyciszonym głosem. Spędziłam z nimi resztę popołudnia, a dopiero później dołączyli do nas Syriusz, Remus i Artur. Niesamowicie miło było spędzić z nimi czas, a tym bardziej obserwować, jak relacja Tonks i Remusa się pogłębia. Na pierwszy rzut oka było widać, że są ze sobą blisko, mimo że Lupin starał się jeszcze przybrać pewne pozory. Widziałam jak Syriusz patrzy z uśmiechem na poczynania przyjaciela. Złapał mnie na rękę pod stołem i ścisnął, kątem oka pokazując na ową dwójkę. Przyglądałam się im ukradkiem i naprawdę musiałam przyznać, że niesamowicie się uzupełniali. Przeciwieństwa się przyciągają, a u nich było to wręcz namacalne. 
Wieczór mijał nam w zastraszającym tempie, dopóki w kuchni nie pojawił się patronus Kingsleya. Czułam, że stało się coś niedobrego.
–– Siedziba Premiera Wielkiej Brytanii. Potrzebujemy pomocy. Natychmiast. –– Ryś czarnoskórego rozpłynął się w powietrzu. Wszyscy na akord wstaliśmy od stołu, a miła atmosfera, jaka jeszcze panowała przed chwilą, całkowicie się rozpłynęła.
–– Molly, zostań w pogotowiu –– poprosił Artur, a kobieta kiwnęła głową, zdenerwowana. Weasley spojrzał na Blacka, który gdyby mógł, zabiłby go spojrzeniem. –– Syriuszu, przecież wiesz…
–– Idę z wami –– powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu.
–– Syriuszu, Downing Street to jedna z najruchliwszych ulic w Londynie. Jak wyobrażasz sobie pojawić się tam niezauważonym? –– warknął Remus, wpatrując się w przyjaciela.
–– Nasi przyjaciele mają kłopoty. Rusz się, Lupin. –– Black wziął płaszcz i nie patrząc na nikogo, wyszedł z pomieszczenia. Remus spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, jednak pokiwałam przecząco głową, wiedząc, że jeśli czarnowłosy się na coś uprze to nikt nie jest w stanie go powstrzymać. Ruszyliśmy za nim, by teleportować się w wyznaczone miejsce, a Molly życzyła nam powodzenia. Wyszliśmy pośpiesznie jedno za drugim i dołączyliśmy do Syriusza, który już na nas czekał. Spojrzałam na niego i kiwnęłam głową. Mężczyzna złapał mnie na chwilę za rękę, by dodać otuchy, a kilka chwil później, wszyscy teleportowaliśmy się w wyznaczone przez Kingsley’a miejsce. Ulica była bardzo ruchliwa, a śpieszący się ludzie, nie zwracali na nas najmniejszej uwagi. Syriusz naciągnął mocniej kaptur na głowę i ruszyliśmy w stronę drzwi. Niepostrzeżenie wyjęłam różdżkę, wypowiadając zaklęcie w stronę ochrony, stojącej obok drzwi. Weszliśmy do środka, a ja ponownie wypowiedziałam zaklęcie, dające nam pewną swobodę w działaniach, mugole nie zwracali na nas uwagi. Ruszyliśmy przed siebie, nasłuchując, gdy Artur pokazał na wejście do Sali Kongresowej. Nasłuchiwaliśmy, gdy nagle z pomieszczenia wydobyły się odgłosy walki. Wparowaliśmy do pokoju, mając różdżki w pogotowiu i dostrzegliśmy parę zamaskowanych postaci oraz Emmeliną i Kingsley’a, odbierających ich ataki. Chronili Moody’ego, z którego nogi obficie leciała krew.
–– Zajmę się nim! –– krzyknęła Tonks, pojawiając się obok Szalonookiego w kilku krokach, a my ruszyliśmy ku reszcie.
–– Brachiabindo! –– wypowiedziałam, a niewidzialne więzy zaczęły unieruchamiać jednego ze Śmierciożerców. Chwilę potem w idealnym czasie uchyliłam się przed zaklęciem, które wycelował we mnie inny Śmierciożerca. Kątem oka zobaczyłam, że inni również rzucili się w wir walki. Odpieraliśmy ataki wrogów, mając przewagę. Uśmiechnęłam się z wyższością, gdy udało mi się powalić kolejnego mężczyznę. Minęło dosłownie kilkanaście minut, gdy zakapturzone postacie zaczęły się wycofywać. Trzymałam różdżkę w pogotowiu, obserwując salę i ławki, które się znajdowały, doszukując się, czy ktoś jeszcze pozostał. Opuściłam lekko różdżkę, oddychając z ulgą, gdy nagle usłyszałam krzyk.
–– Avada Kedavra!
–– Syriusz! –– krzyknęła Vance, a ja odwróciłam się przerażona, patrząc jak Śmierciożerca, którego dobrze znałam, Rabastan Lestrange, celuje w mojego męża. Nim zdążyłam wykonać jakikolwiek ruch, snop zielonego światła pomknął ku czarnowłosemu. Zaczęłam biec w stronę mężczyzny, ale wiedziałam, że jestem za daleko. Strach sparaliżował moje ciało, gdy zaklęcie było już na tyle blisko, że chciało mi się wrzeszczeć.
Gdy zielone światło miało już ugodzić mojego ukochanego w pierś, nagle przed nim pojawiła się brązowowłosa kobieta, a snop zielonego światła trafił prosto w jej serce. Emmelina upadała, a Syriusz złapał ją za ramiona, osuwając się z brązowowłosą na ziemię. Nim zdążyliśmy zareagować, po Lestrange’u została tylko czarna chmara dymu. Powoli zaczęłam podchodzić do owej dwójki, nie wierząc w to, co właśnie się wydarzyło. Tonks ocierała łzy i pochyliła się ku Emmelinie oraz Syriuszowi, który trzymał ją w ramionach. Wpatrywał się w jej ciało, a ja dopiero po chwili podeszłam do nich i upadłam na kolana i czując, jak po policzkach lecą mi krople łez. Kobieta miała martwe, otwarte oczy. Black przymknął jej powieki, pochylając się nad zmarłym ciałem naszej przyjaciółki. Mocno obejmował ją za ramiona, a ja ostrożnie położyłam mu dłoń na ramieniu, sama będąc w rozsypce.
–– Wynośmy się stąd –– zaproponował Moody, a jego głos był łagodny. Po chwili podnieśliśmy się wszyscy, a na samym końcu Syriusz, który podniósł martwe ciało brązowowłosej i poszedł pierwszy w stronę wyjścia. Dołączyliśmy do niego, czując w sercach ból i zdając sobie sprawę, że po raz kolejny w tej wojnie tracimy kogoś ukochanego.

*

Nie wiedziałem, czy jestem stanie iść na pogrzeb Emmeliny Vance. Mojej najlepszej przyjaciółki, podpory i kobiety, która zawsze we mnie wierzyła i stawała za mną murem. Kobiety, która osłoniła mnie własnym ciałem i przez to umarła. Przed oczami miałem ciągle obraz brązowowłosej leżącej martwej w moich ramionach. Wizja, w której miałem się z nią pożegnać, nie istniała w moim umyśle. Nie potrafiłem wyobrazić sobie tego, że już jej nie zobaczę, że nie usiądzie przede mną po to, by mnie zrugać za coś, albo po to, by po prostu się pośmiać i służyć dobrą radą. Poświęciła siebie, bym ja mógł żyć.
–– Musimy iść. –– Do naszej sypialni weszła Dorcas, która również przeżywała śmierć kobiety na swój sposób. Wstałem, wzdychając głośno i złapałem za rękę kobiety, którą wyciągnęła w moją stronę.
–– Emma chciałaby, by jej poświęcenie nie poszło na marne, rozumiesz? –– Ostrzegła mnie, prosząc niemo, bym się nie wychylał. Ustaliliśmy, że nie będę blisko samej uroczystości, a obejrzę wszystko z boku. O jej zabójstwie pisano w czarodziejskich, a nawet mugolskich gazetach, co tylko świadczy o tym, jak bardzo utalentowaną czarownicą była.
Pogrzeb odbywał się w Highgate Cemetery, tam gdzie pochowani są również Angus i Marlena. Zastanawiałem się, jak jeszcze wielu bliskich mi osób będę musiał odwiedzać w tych miejscach i bałem się, że im prawdziwa wojna na dobre się już zacznie, będzie to znaczna ilość czarodziejów i czarownic, jeżeli nic nie zdziałamy.
Dorcas postanowiła zostać ze mną, więc staliśmy z boku, schowani między drzewami i krzewami i oglądaliśmy jak wielu czarodziejów przyszło na pogrzeb naszej przyjaciółki. Było bardzo wystawianie, gdzie przemówił sam Dumbledore. Moja żona oparła głowę o moje ramię, a ja obiecałem sobie, że przestanę narażać życie przy każdej okazji. To moja wina, że Emma nie żyje i nie mogłem pozwolić, by ktoś jeszcze poniósł za to taką karę, a na pewno nie moja ukochana. Pomyślałem również o Hope i Harry’m zdając sobie sprawę, że Voldemort pragnie dostać Pottera w swoje ręce, a ja w jakiś głupi sposób mogłem mu to ułatwić swoją nierozwagą.
–– Dorcas, obiecuję, że to już więcej się nie powtórzy –– wyszeptałem do ukochanej, która spojrzała na mnie pytająco kątem oka. –– Nie pozwolę, by ktoś za mnie ginął. Gdyby nie ja, ona byłaby tutaj.
–– Syriuszu, nie wiesz tego –– odpowiedziała łagodnie, mocniej ściskając moje ramię. –– Emma uratowała ci życie. Doceń to proszę. Nie mogę cię stracić –– dodała. Odwróciłem głowę w jej stronę i pogłaskałem ją po policzku.
–– Nie stracisz, obiecuję.
Po uroczystości zebraliśmy się w Kwaterze Głównej, by wspólnie pożegnać naszą przyjaciółkę. Pojawili się wszyscy członkowie Zakonu Feniksa. Usiedliśmy przy stole, gdzie Molly przygotowała dla nas obiad. Kątem oka spojrzałem na Hestię, która w ogóle się nie odzywała. Widziałem, że śmierć Emmy również mocno na nią wpłynęła, mimo że nie miały zażyłych relacji.
–– Przykro mi moi drodzy, że spotykamy się w takich okolicznościach –– zaczął Dumbledore, trzymając w dłoni kieliszek Ognistej Whiskey. –– Emmelina była oddaną i niesamowicie utalentowaną członkinią Zakonu Feniksa, a także wspaniałą przyjaciółką i czarownicą. Wypijmy proszę za to, by była szczęśliwa, tam, po drugiej stronie. –– Siwowłosy wlał do ust kieliszek, a my poszliśmy za jego przykładem. Usiedliśmy przy stole, zaczynając jeść, mimo że wcale nie miałem na to ochoty. Myślami nadal byłem gdzie indziej i co chwilę spoglądałem w swoją lewą stronę, gdzie zawsze obok mnie siedziała Vance. Wypiłem kolejny kieliszek mocnego trunku i zamknąłem na chwilę oczy, łapiąc się za skronie.
–– Emma zawsze powtarzała, że ból i cierpienie to nieodłączny element życia, który nas kształtuje –– mówił Kingsley, wpatrując się w swój kieliszek. –– Ciekaw jestem, co by powiedziała w tej sytuacji.
–– Powiedziałaby, że jestem idiotą –– wtrąciłem, uśmiechając się lekko pod nosem. –– I żebym przestał użalać się nad sobą.
–– Jest jednak coś, na co czekała wiele lat –– powiedziała Dorcas, a ja zmarszczyłem brwi zaintrygowany. –– Zobaczy się z Willem. –– Gdy brązowowłosa wspomniała o swoim zmarłym bracie, przypomniałem sobie, gdy zwierzyła mi się, że widziała śmierć swojej rodziny. Meadowes zawsze twierdzili, że rodzina jest najważniejsza i przyjęli do niej mnie i właśnie Emmelinę.
–– Wiele mi o nim opowiadała –– dodała Tonks. –– Twój brat był jej największą miłością. Nigdy nie chciała związać się z kimś innym. Zawsze myślała o nim.
–– Meadowes mają w sobie to coś –– skomentowałem i dostrzegłem ciepły wzrok mojej żony. –– Nie da się o nich zapomnieć, jeśli już raz się kogoś z nich pokochało.
Po raz kolejny uświadomiłem sobie, jakie życie jest kruche i jak szybko można je stracić. Miałem obok siebie miłość mojego życia, moją żonę i matkę mojej córki. Przez chwilę zastanawiałem się, czy byłym w stanie ponownie ją stracić i szybko odsunąłem od siebie tą myśl. Gdybym miał ją stracić ponownie, nie przeżyłbym tego. Skoczyłbym za nią w ogień, wiedząc, że postępuje egoistycznie i samolubnie.
Jednak złożyłem obietnicę. Nie tylko Dorcas, nie tylko sobie. Złożyłem również obietnicę mojej córce i Harry’emu, że gdy to wszystko się skończy, w końcu będziemy prawdziwą rodziną i miałem zamiar spełnić tą obietnicę.
           

Od Autorki: Hej kochani! Im bliżej końca, tym coraz bardziej mi smutno. Naprawdę zdążyłam się przyzwyczaić do tej historii i ciekawa jestem, jak to będzie już bez niej… Co sądzicie o rozdziale? Jak zareagowaliście na śmierć Emmy, spodziewaliście się tego? Mi jest przykro. Pozdrawiam i do usłyszenia ;*

2019/04/24

Rozdział 46„Najwyższa sprawiedliwość”

11 komentarzy:
Stresowałam się, bo nadszedł dzień mojego pierwszego procesu w Brytyjskim Ministerstwie Magii. Przygotowana, mijałam korytarzem Knota, Ministra Magii, który łypał na mnie złowrogo. Nie był zadowolony, że wysłali mnie z Nowego Jorku właśnie tutaj, jednak nie śmiał manifestować mojej pozycji i bądź co bądź musiał zgodzić się, bym brała udział w procesach. Moją prawą ręką była Amelia Bones, która okazała się niesamowicie pomocną i utalentowaną czarownicą z zasadami.
Ten dzień był ważny również dlatego, że sądzonym był świeżo złapany Rabastan Lestrange. Gdy mężczyzna wszedł na salę sądową, czułam się, jakbym zobaczyła brata bliźniaka czarnowłosego, którego spotkałam na cmentarzu. Lestrange wpatrywał się we mnie zajadle, a dementorzy krążyli wokoło sali, czekając na przyzwolenia.
Uciszyłam pomieszczenie, dostrzegając, że w pierwszym rzędzie siedzi Alastor Moody oraz Albus Dumbledore. Zaraz za nimi widziałam Kingsley’a i parę innych twarzy. Knot siedział blisko mojej strony, uśmiechając się sztucznie, a jego asystent, Percy Weasley notował zawzięcie słowa na pergaminie.
Wzięłam głęboki wdech i spojrzałam na czarnowłosego, pewna swojego celu.
–– Rabastan Lestrange… –– zaczęłam ozięble wpatrując się w winnego. –– Zostałeś oskarżony o zdradę Ministerstwa Magii oraz bycie zwolennikiem Voldemorta. –– Przez salę przeszły pomruki strachu oraz oburzenia, gdy wypowiedziałam imię Czarnego Pana.
–– Jak śmiesz… –– zaczął Lestrange, ale nie pozwoliłam mu skończyć.
–– Cisza –– warknęłam lodowato, czym zdziwiłam mężczyznę. –– Prawo głosu otrzymasz tylko i wyłącznie za moim pozwoleniem –– powiedziałam. Percy Weasley spojrzał na mnie zdziwiony, by za chwilę przenieść swój wzrok na Knota. Korneliusz Knot siedział niczym posąg i wpatrywał się we mnie z kamienną twarzą. Mimo to widziałam jak w środku się gotuje, by samemu przejąć inicjatywę nad procesem lub nie pozwolić, bym miała prawo głosu. –– Oskarżono cię również o torturowanie Alicji i Franka Longbottomów, co doprowadziło ich do szaleństwa. Czy przyznajesz się do popełnionych czynów? Czy jest coś o czym chciałbyś powiedzieć? –– Spoglądałam na czarnowłosego, który roześmiał się niczym osoba, która postradała rozum.
–– Myślisz, że powiem wam cokolwiek o moim Panie lub jego zwolennikach…?
–– Nie potrzebuję tych informacji –– wtrąciłam, wywołując zdziwienie oskarżonego jak i obserwatorów procesu.
–– Wiem kim jesteś i wiem, że powinnaś umrzeć, tak jak twoja rodzina. Chciałbym, żebyś widziała ten pusty wzrok, gdy zabijałem twojego ojca. –– Uśmiechnął się od ucha do ucha, a ja zacisnęłam dłoń w pięść, nie pozwalając, by emocje wzięły nade mną górę.
–– Przyznajesz się, że brałeś udział w śmierci rodziny Meadowes oraz Colina Meadowes, Szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów? –– Upewniłam się, czując jak paznokcie wbijają mi się w skórę.
–– Znasz odpowiedź. To czeka również i ciebie.
–– Rabastanie Lestrange, skazuje cię…
–– Na dożywocie w Azkabanie? –– Zaśmiał się. –– Już nie mogę się doczekać.
–– Skazuje cię na karę śmierci –– powiedziałam, a na sali wybuchła wrzawa. –– Zostaniesz przeniesiony do Nowego Jorku, gdzie egzekutor zabierze cię do Sali Straceń –– dodałam i poczułam satysfakcję, gdy Rabastan wpatrywał się we mnie, niedowierzając. Zdawałam sobie sprawę, że wyrok śmierci jest ostatecznością, jednakże w tym przypadku nie potrafiłam podjąć innej decyzji. Lestrange jest zagrożeniem dla całego świata czarodziejów i nie mogę pozwolić, by ponownie uciekł organom sprawiedliwości. –– Zamykam posiedzenie. –– Uderzyłam młotkiem, po czym wstałam i wyszłam z sali sądowej, słysząc krzyki czarnowłosego.
Do małego gabinetu weszła za mną Amelia Bones. Opierałam się dłońmi i kant biurka, a oczy miałam zamknięte. Chłodno kalkulowałam dzisiejsze posunięcie i zastanawiałam się, jak reszta urzędników przyjmie tą decyzję.
–– Eleno, to było odważne posunięcie. –– Kobieta podeszła do mnie i położyła dłoń na moim ramieniu. –– Jego wyrok jest zgodny z czynami, których się dopuścił.
–– Dziękuję, Amelio. –– Spojrzałam na brązowowłosą, która uśmiechnęła się lekko, dodając mi otuchy. –– Muszę się przewietrzyć. –– Kobieta przytaknęła, a ja wyszłam z pomieszczenia, kierując się na zewnątrz. W głębi serca cieszyłam się, że nikt ze znajomych twarzy nie czekał na mnie, ponieważ wiedziałam, że moja decyzja była sprzeczna z prawem do życia. Mimo to postawiłam wszystko na jedną kartę.
Odetchnęłam, gdy poczułam na twarzy zew świeżego powietrza. Przez kilkanaście minut błąkałam się bez celu, by w końcu udać się na ulicę Pokątną i trafić do pobliskiego pubu. Szyld ukazywał beczkę, a wyryta nazwa brzmiała Skaczący Garnek. Uniosłam brwi rozbawiona, zastanawiając się kto nadał nazwał tak lokal. Przyglądałam mu się chwilę, po czym weszłam do środka, momentalnie się ogrzewając. Lokal urządzony był przytulnie. Brązy i drewno dominowały w wystroju, a plakaty, na których widać było poruszających się czarodziejów, dodawały uroku. W pubie znajdowało się sporo ludzi. Dostrzegłam, że zrobiłam małe zamieszanie swoim wtargnięciem, jednak nie zwracałam na to uwagi. Wiedziałam, że gdzie się pojawię, czarodzieje i czarownice nie przechodzą obok mnie obojętnie. Podeszłam do lady, a barman od razu zwrócił się do mnie.
–– Czego panienka sobie życzy? –– zapytał, a ja zbagatelizowałam słowo „panienka’.
–– Piwo beczkowe, proszę –– odpowiedziałam. Barman wyjął kufel spod lady i podszedł do nalewaka. Gdy kufel wypełnił bursztynowy trunek, podał mi go i przyjął zapłatę. Mrugnął do mnie porozumiewawczo, a ja niepostrzeżenie wywróciłam oczami. Upiłam łyk chmielowego trunku, czując przyjemność i kątem oka spojrzałam na czarodziejów, siedzących w kącie i dyskutujących o czymś zawzięcie. Prawie się zakrztusiłam, gdy rozpoznałam ich obu.
Wzięłam kufel i podeszłam do stołu, przerywając wymianę zdań między mężczyznami. Odwrócili się w moją stronę, gdy dostrzegli, że nie są sami i oboje spojrzeli na mnie zdziwieni.
–– Eleno, co ty tutaj robisz? –– Remus wpatrywał się we mnie zaskoczony i odsunął krzesło, bym mogła się dosiąść. –– Myślałem, że dziś proces…
–– Proces się już zakończył –– wtrąciłam. –– Nie spodziewałam się spotkać tu ciebie, Magnusie Wayne. –– Uśmiechnęłam się do czarnowłosego czarodzieja, który pokręcił głową, uśmiechając się pod nosem.
–– Elena Carter. Cóż za miła niespodzianka. –– Rozłożył ręce, a ja uścisnęłam mężczyznę i usiadłam na krześle, które chwilę wcześniej odsunął mi Lupin.
–– Skąd się znacie? –– Remus upił łyk swojego piwa i spoglądał to na mnie, to na czarnowłosego.
–– Zawdzięczam jej życie. –– Magnus wskazał na mnie, uśmiechając się i puszczając mi oko. –– Elenie, a także jej córce, Hope. Powiedz mi, jak ma się moja mała wilczyca?
–– Och, rośnie jak na drożdżach i robi się coraz bardziej arogancka… –– Wywróciłam oczami, a czarnowłosy parsknął śmiechem. –– Ma już szesnaście lat i stale wpada w kłopoty…
–– Niczym jej rodzicielka… –– wtrącił. Dałam mu kuksańca w bok i zwróciłam się do Remusa. –– Wybacz Remusie, że wam przerwałam. Ja i Magnus znamy się od lat –– wytłumaczyłam. –– Magnus oraz jego wataha bardzo pomogli mojej córce. Jest wilkołakiem –– powiedziałam, a brązowowłosy spojrzał na mnie, przekręcając głowę. –– Mało osób o tym wie, tak jak o tym, że mam córkę… To zbyt niebezpieczne, ale nie mogę się doczekać, gdy ją poznasz. Wydaje mi się, że się dogadacie. –– Uśmiechnęłam się do mężczyzny, którego musiałam naprawdę zszokować.
–– Hope jest w Hogwarcie, jak ona sobie radzi?
–– Dumbledore jej pomaga. Poza tym Wywar Tojadowy zapobiega przemianą, tym, nad którymi nie panuje.
–– Tym….?
–– Remusie, moja córka może przemienić się w wilkołaka, kiedy chce –– dodałam przyciszonym głosem. –– Wywar Tojadowy to jedno, ale pewien eliksir, który udało mi się odnaleźć i stworzyć… Pozwala na normalne życie. Chciałam o tym z tobą porozmawiać, gdy będziesz gotowy.
–– Ja będę gotowy…? Magnusie…
–– Spokojnie, Lupin. Elena pomogła i mi, sam wiesz, że moja wataha jest potężna i nie dziwie się, że przyszedłeś do mnie po pomoc w walce z Sam-Wiesz-Kim. Prawdę mówiąc, chciałem ci odmówić i nie brać udziału w tej wojnie. My, wilkołaki z amerykańskiego kontynentu, również wiele wycierpieliśmy, ale jeżeli Elena jest po waszej stronie… –– Ukłonił lekko brodę w moją stronę. –– Możecie na nas liczyć. Bądź co bądź, wilkołaki powinny trzymać się razem, a ja nie mogę się doczekać, gdy dorwę się do gardła Greybacka.
Pożegnaliśmy się z Magnusem, który nałożył na siebie kaptur i zniknął za rogiem. My udaliśmy się w przeciwną stronę, a ja dostrzegłam zamyślenie Lupina. Zdawałam sobie sprawę, że to dużo informacji jak na jeden raz, ale chciałam być z nim szczera, do samego końca. Remus wzbudzał we mnie ogromne zaufanie, którego nie obdarzyłam jeszcze nikogo z nowopoznanych mi osób.
–– Remusie, jest jeszcze coś… –– Westchnęłam, bawiąc się końcówkami włosów.
–– Eleno, daj mi tylko coś powiedzieć… –– przerwał, a ja kiwnęłam głową na znak zgody. –– Wiedziałem, że gdy ponownie pojawisz się w naszym życiu, wiele się zmieni. Byłem pod wrażeniem tego, jakie postępy poczyniłaś, bo nie pamiętasz, ale byłaś bardzo emocjonalną osobą. Wrażliwą, którą każdy może skrzywdzić. Poznając cię teraz, uważam, że tak naprawdę nic lepszego nie mogło ci się trafić. Stałaś się odważna, stanowcza i rozważna i prawdę mówiąc, jesteś pierwszą osobą, której temat wilkołactwa jest tak bliski. Chciałem ci tylko podziękować, za wszystko. Cieszę się, że jesteś i mimo twojej utraty pamięci czuję, że tak naprawdę bardzo dobrze się znamy. Jesteśmy przyjaciółmi. –– Skończył, a ja poczułam ogromne pokłady wzruszenia, które opanowały moje ciało. Nie zastanawiając się długo, przytuliłam brązowowłosego, który nie pozostał mi dłużny. Czułam się szczęśliwa wiedząc, że mam tutaj osoby, na których mogę polegać.
–– Remusie, twoje słowa naprawdę mnie wzruszyły i to ja dziękuję, że dajecie mi drugą szansę, mimo że jest to o wiele trudniejsze dla was niż dla mnie… Mam nadzieję, że was nie zawiodę. –– Ścisnęłam mocniej jego ramię, a mężczyzna posłał mi lekki uśmiech. –– Nie dziwię się, dlaczego Tonks cię lubi…
–– Tonks…? –– Dostrzegłam, jak Lupin lekko się czerwieni i dałam mu kuksańca w bok.
–– Zrób coś z tym… –– zachęciłam i puściłam mu oko.
–– Chciałaś mi coś powiedzieć… –– Zmienił temat, a ja zatrzymałam się, zbierając w sobie odwagę.
–– Tak, ja… Remusie, wydaje mi się, że…
–– Że?
–– Syriusz jest ojcem Hope, mojej córki.
–– Eleno… Chcesz się napić i o tym porozmawiać?
–– Jak cholera.

*

Siedzieliśmy przy stole zastanawiając się nad zniknięciem Remusa oraz Eleny. Oboje już dawno powinni tutaj być, a mimo dość później już godziny, nie było o nich słychać. Bębniłem niecierpliwie palcami o stół, popijając Ognistą Whiskey.
–– Mam nadzieję, że nic im się nie stało –– mruknęła Tonks, również biorąc do ust łyk trunku. –– Chociaż wiem, że oboje świetnie sobie poradzą.
–– Elena musi odreagować, nie codziennie skazuje się kogoś na śmierć… –– stwierdził Kingsley. –– Wiemy, że Lupin miał dziś spotkanie z alfą jednej z watah, a aby przekonać alfę, to nie lada sztuka, dlatego nie martwmy się na zapas.
–– Kingsley ma rację –– zgodziła się Emmelina. –– Oboje są dorośli, prawda? –– Nagle usłyszeliśmy dźwięk z przedpokoju, a Vance odłożyła swoją szklankę i skierowała się do wejścia. –– Na Merlina! –– krzyknęła. –– Remusie, Eleno… Jesteście pijani! –– Pokręciła głową i roześmiała się. –– Jak mogliście nie skontaktować się z nami? Martwiliśmy się –– powiedziała i lekko przytuliła dwójkę przybyszów.
–– Wybacz, Emmo –– wybąkał Lupin, a ja parsknąłem śmiechem, słysząc głos przyjaciela. Kto jak to, ale brązowowłosy rzadko pozwalał sobie na takie „zapomnienie”. W przeciwieństwie do mnie.
–– To moja wina. –– Broniła go Elena i dostrzegłem jej zaróżowiałe policzki. Zawsze gdy procenty krążyły w jej żyłach, dziewczyna robiła się tak urocza. Jedna z wielu cech, które naprawdę w niej kochałem. –– Potrzebowałam towarzystwa, a że spotkaliśmy się przez przypadek w pubie…
            –– Tak, w pubie –– zgodził się mężczyzna, a ja pokręciłem głową rozbawiony. Będę mu to wypominał tak długo, jak się da.  –– Magnus i jego wataha wspomogą nas. –– Rozłożył ręce uradowany, a ja klasnąłem w dłonie.
–– Remusie, to świetna wiadomość! –– pisnęła moja kuzynka, wpatrując się w Lupina. –– Wiedziałam, że ci się uda. –– Zarumieniła się lekko, a Lunatyk uśmiechnął się do niej i dostrzegłem, że nie jest to ten „zwykły” uśmiech, jest bardziej… emocjonalny. Uniosłem brwi do góry, zaintrygowany, gdy sam dostrzegłem, że oczy brązowowłosej kobiety skierowane są na mnie. Podjąłem „bitwę” spojrzeń, zaciekawiony. Od razu czułem, że są miedzy nami niewypowiedziane słowa, jednak miałem to głęboko gdzieś. Czas, który spędzałem z Meadowes, zawsze był ponad miarę i gdy brązowowłosa pojawiała się w zasięgu mojego wzroku, cały świat mógł się zatrzymać. Miałem wrażenie, że kobieta czyta ze mnie jak z otwartej księgi i zastanawiałem się, co tak naprawdę o mnie uważa. –– Podziękowania należą się przede wszystkim Elenie. –– Remus zwrócił się ku kobiecie, przerywając naszą wymianę spojrzeń. Może i dobrze, bo gdy dłużej na nią spoglądałem, wyobrażałem sobie naprawdę… zbereźne rzeczy, o zgrozo. Ta, zgrozo. –– Gdyby nie ona, nie udałoby się to. –– Wydaje mi się, że oboje coś ukrywają, ale nie miałem zamiaru dziś tego drążyć. Oboje wyglądali na szczęśliwych i to mi wystarczyło.
–– Gratulacje, dla was obojga. –– Kingsley podszedł do owej dwójki i jego wzrok dłużej zatrzymał się na brązowowłosej. –– Eleno, za to co się wydarzyło dziś w Ministerstwie, należą ci się podwójne gratulacje. Byłaś niezwykle opanowana i profesjonalna, co tylko oznacza, że twoja obecność naprawdę pomoże nam wygrać tą wojnę.
–– Wow, Kingsley, dziękuję –– mruknęła zszokowana wyznaniem. –– Po raz pierwszy w życiu… –– Zatrzymała się na moment. –– Czuję, że gdzieś należę, tak naprawdę należę. Dziękuję wam za to –– powiedziała i posłała nam uśmiech.
Wszyscy usiedli przy stole, nie odmawiając jeszcze alkoholu. Lupin dosiadł się do Tonks, rozmawiając z nią przyciszonym głosem i miałem nadzieję, że nie są to same głupoty. W końcu mój przyjaciel po procentach jest… może nie głupi, ale… wyluzowany, dzięki czemu nie zamartwia się tak jak zawsze.
–– Syriuszu… –– Usłyszałem i poczułem znajomy zapach kobiety, gdy przysiadła się po mojej prawej stronie. Upiłem kolejnego łyka, czując, że powoli Ognista również i mnie pochłania. –– Chciałabym z tobą porozmawiać. Sam na sam –– zaznaczyła, a ja uśmiechnąłem się znacząco.
–– Mówisz, jakby to była propozycja nie do odrzucenia. –– Puściłem jej oko, a kobieta wywróciła oczami i zaśmiała się.
–– A ty, jakby wcale ci się nie podobała. –– Uniosłem brwi do góry zaintrygowany, widząc, że brązowowłosa wcale się nie hamuje.
–– Masz mnie. –– Uśmiechnąłem się zadziornie. Kobieta założyła kosmyk włosów za ucho i lekko się do mnie przybliżyła. Gdyby w powietrzu mogły wytworzyć się iskry, jestem pewien, że właśnie by raziły nas swoim blaskiem. Jakim sposobem ma nade mną taką kontrolę?
–– To dla mnie ważne –– przyznała szczerze. –– Dziś nie jest najlepsza pora…
–– Dlaczego?
–– Jestem nietrzeźwa –– skomentowała, jakby była to zbrodnia. –– Nie rozmawia się wtedy na poważne tematy.
–– Właśnie wtedy wiele można się dowiedzieć –– zauważyłem, czując oddech kobiety na swojej twarzy. Domyśliłem się, że nie jestem jej obojętny, tak jak ona nie jest obojętna mi. Czy tego chcę, czy nie.
–– Prawo powinno wymyślić karę dla tych, którzy rozprzestrzeniają w tak skandaliczny sposób urok osobisty. –– Zaśmiałem się na słowa i lekko położyłem swoją dłoń na jej dłoni.
–– Urok osobisty to naturalna broń, moja droga. Byłbym wielce przejęty myśląc, że mogę ci się narazić… –– Brązowowłosa spojrzała na nasze dłonie, jednak nie zabrała swojej. Czułem jej ciepło oraz miękką skórę, która tak wiele razy koiła moje nerwy. Znajdowaliśmy się blisko siebie tak, że niemalże nasze głowy się stykały. Miałem cholerną ochotę ją pocałować.
Dźwięk otwieranych drzwi zbudził nas z emocjonalnego letargu i brązowowłosa momentalnie zabrała swoją dłoń i odsunęła się ode mnie na bezpieczną odległość. W futrynie drzwi stanęła Hestia, uśmiechając się promiennie.
–– Mam świetne wieści! –– krzyknęła uradowana. –– Nie spodziewałam się, że wszystkich was tu spotkam, ale może i lepiej. Dumbledore’owi udało się skrócić wyrok Sturgisa Podmore. Wraca do nas od razu po Nowym Roku –– powiedziała, a czarnoskóry odetchnął z ulgą.
–– Wiedziałem, że Dumbledore to załatwi. Podmore już wystarczająco czasu spędził w Azkabanie –– odpowiedział i posłał Hestii uśmiech.
Blondwłosa spojrzała na mnie i uśmiechnęła się promiennie. Chwilę później dosiadła się po mojej lewej stronie, a ja po raz pierwszy czułem się dziwnie, będąc między młotem a kowadłem. Kątem oka dostrzegłem, że Meadowes poruszyła się niecierpliwie na krześle i chwilę potem wstała, wygładzając swoją bluzkę.
–– Będę się już zbierać –– powiedziała, a ja chciałem ją zatrzymać. Jednak nie wykonałem żadnego ruchu. –– Miło było was zobaczyć. –– Odwróciła się, nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Zagryzłem wargę, zbyt mocno, bo chwilę potem poczułem krew. Każda kończyna w moim ciele chciała mieć ją teraz przy sobie, ale obecność Hestii całkowicie wyperswadowywała mi ten pomysł z głowy. Jones jest moją podporą i gdyby nie ona, nie byłbym w tym miejscu co teraz. Zależy mi na niej. A Elena… Dorcas…
–– Odprowadzę cię –– zaproponował Kingsley, a ja ponownie poczułem nutkę zazdrości z powodu relacji, jaka łączy ową dwójkę.
–– Nie trzeba, naprawdę. –– Kobieta posłała mu uśmiech. –– Do zobaczenia. –– Pożegnała się i przez krótką chwilę jej wzrok wylądował na mnie. Widziałem w jej oczach tak wiele niedopowiedzianych rzeczy, że doskonale zdawałem sobie sprawę, że nasza „relacja” dopiero się zaczyna i to kwestia czasu, gdy oboje ją określimy.
Wbrew wszystkiemu musimy starać się być przyjaciółmi, prawda?
Przyjaciółmi…
Na Merlina.


Od Autorki: Hej, hej, hej! Kochani wybaczcie mi moją nieobecność! Nie chcę wam się tłumaczyć… ale po prostu potrzebowałam od wszystkiego „odetchnąć”, co nie oznacza, że znikam na zawsze. Nie ma takiej opcji! Obiecuję nadrobić u Was wszelkie zaległości, pewnie w weekend I dziękuję, że nadal tu jesteście! Pozdrawiam i do zobaczenia

2017/03/03

Rozdział 16 "Jasne oblicze śmierci"

19 komentarzy:

Syriusz

Nadszedł ten długo oczekiwany dzień dla Dorcas. Nie byłem z tego zadowolony, czułem, że wydarzy się coś niedobrego. Zjawiliśmy się wszyscy, prócz Petera, który miał kryć naszą nieobecność. Byłem ja, Lily i James, Mary i Remus, Marlena i Angus oraz Emmelina i Will. Staliśmy obok wejścia do Zakazanego Lasu i czekaliśmy na Dorcas i Regulusa. Widok mojego brata z dziewczyną przywołał kolejną falę gniewu. Nie rozumiałem ich przyjaźni i byłem pewny że Regulusowi nie można ufać, ale brązowowłosa uparła się. Nie wierzyłem w jego cudowną zmianę, tym bardziej że znam go nie od dziś. Chyba, że on.. czuł coś do Dorcas. A ona.. czuła coś do niego. Wiedziałem to.
Stanęliśmy z Regulusem naprzeciwko siebie mierzyliśmy się wzrokiem.
– Jedna noc – uściśniłem i podałem mu ręke.
– Jedna – odpowiedział odwzajemnił uścisk. Dorcas popatrzyła na mnie z ulgą. Zapewne bała się, że zaraz rozpętam tutaj wojnę. Wojna czekała, ale przed nami. Zagłębialiśmy się dalej i dalej w Zakazany Las, a każdy dźwięk stawiał nas na baczność. Trzymaliśmy różdżki wysoko nad głową i obserowaliśmy.
– Sprawdź Mapę – polecił Remus i spojrzał na Jamesa.
– Widzę go, ale.. nie jest sam. Jest z nim Barty Crouch Jr, Bellatrix Black, Rudolf  i Rabastan Lestrange.
– Tak jak myślałem – mruknął młodszy Black. – Musimy ich wziąć z zaskoczenia, tak by Greengrass został sam.
– A potem co? Zwiążesz go? – spytałem z ironią.
– Nie. Zabiję go – oznajmił lodowatym głosem i wyszedł przed szereg. Dorcas od razu poszła za nim. Przymknąłem na chwilę powieki.
Weź się w garść, Black.
Zagłębiliśmy się tak daleko w Las, aż doszliśmy do małej chatki nad urwiskiem gdzie płynęła rzeka. Światło dawała jedynie mała lampa przed chatą, a urwisko obok było na tyle strome, że spadając nie ma szans na przeżycie. Przełknąłem ślinę. Coś mi tutaj nie pasowało. Podeszliśmy na tyle blisko, by móc ujrzeć w oknie co się dzieje.
– Mamy problem – zakomunikował młody Meadowes, a gdy się odwróciliśmy zobaczyliśmy o co mu chodzi.
Zostaliśmy otoczeni przez Inferiusy. Ożywione zwłoki wpatrywały się w nas zamglonym wzrokiem, a wygląd blado-białej skóry przerażał. Cofnąłem się krok do tyłu i kątem oka spostrzegłem, że mina wszystkich zgromadzonych stężała. Rozdzieliły nas. Nagle drzwi chaty się otworzyły, a w nich stanął sam Clyde Greengrass i szerokim uśmiechem na twarzy.
– Proszę, proszę kogo my tu mamy – Clyde rozłożył ręce i uśmiechnął się do nas - Świetna robota, Regulusie.
Wiedziałem.
Dlaczego do jasnej cholery pozwoliłem, żeby to się stało? Od początku wiedziałem, że mój brat jest tylko i wyłącznie plugawym fanatykiem Czarnej Magii i Voldemorta, a mimo to dałem się tak łatwo podejść i przez to wpadliśmy w pułapkę. Greengrass wiedział o wszystkim. I przez co to wszystko? Przez to, że bardziej interesowały mnie uczucia jego i Dorcas niż prawdziwe powody jego zachowania.
– Jak mogłeś?! – syknęła Dorcas i spojrzała na młodego Blacka. – Ufałam Ci! A Ty zaprowadziłeś nas prosto w paszczę lwa!
– Pochlebiasz mi, Meadowes – odpowiedział i spojrzał na brązowowłosą. Zauważyłem, że dziewczynie zaczynają lecieć po policzkach łzy.
Byłem wściekły.
– Rudolf, Rabastan zabierzcie ich do piwnicy i pilnujcie dopóki nie przyjdę, a Ty, Bello, zaproś rodzeństwo Meadowes do środka – rozkazał i wszedł do chaty. Regulus uśmiechnął się tylko i wszedł do środka za Greengrassem.
– Crucio! – krzyknęła moja kuzynka i skierowała różdżkę w stronę Dorcas.
Dziewczyna momentalnie upadła na ziemię i zaczęła krzyczeć z bólu. Krew we mnie zawrzała, chciałem podejść, ale Inferiusy zagrodziły mi drogę. Cofnąłem się. Nie mogłem pozwolić, żeby któryś z nich mnie dotknął. Bellatrix podeszła do dziewczyny i patrzyła na nią z pogardą. 
– Wchodźcie do środka, albo oni się wami zajmą – warknęła i spojrzała na rodzeństwo. Will w mgieniu oka podszedł do siostry i pomógł jej wstać. Razem weszli do środka, a ja mogłem tylko dostrzec przestraszony wzrok mojej ukochanej, która spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
Pomoż mi.
Znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Za nami czekały Inferiusy, które mogły nas zaatakować w każdej chwili, a przed nami stanęli bracia Lestrange z wysoko uniesionymi różdżkami. Nie mieliśmy szans, by się obronić. Nie możemy pozwolić na to, by komuś z nas stała się krzywda.
– Incarcerous! – krzyknęli oboje i skierowali różdżki w nasze strony. Momentalnie poczuliśmy jak magiczne liny krępują nasze ciała i upadliśmy wszyscy na ziemię.
– Mobilicorpus! – zawołał starszy Lestrange, a nasze ciała uniosły się do góry. Bracia Lestrange przelewitowali nas do piwnicy, która mieściła się obok chaty, a następnie zakuli w łańcuchy.
– Jak to jest być pieskami na posyłki, co Lestrange? – warknął Angus, kiedy Rudolf przykuwał go do ściany.
– Crucio! – Wycelował różdżką, a fala przerażającej energii zaczęła sprawiać Angusowi potworny ból.
– Przestań! – zawyła Marlena ze łzami w oczach. 
Żadne z nich nie poprzestało. Torturowali nas dla zabawy. Nie wiedziałem ile jeszcze jestem w stanie znieść, ani ile w stanie są znieść moi przyjaciele. Byliśmy bezbronni, bez różdżek, a życiu Dorcas zagrażało niebezpieczeństwo. 

Wszystkim nam zagrażało niebezpieczeństwo.

Dorcas

Razem z Willem zostaliśmy przywiązani do krzeseł w chacie, która składała się tylko z jednego pomieszczenia, którym był salon połączony z kuchnią. Nie potrafiłam już udawać, że daję sobie z tym wszystkim radę. Naraziłam moich przyjaciół na śmierć i okrutne tortury, a wszystko to z powodu zemsty.
– Myślałem, że jesteś twardsza, droga Dorcas – usłyszałam uprzejmy głos Clyde'a od którego momentalnie zachciało mi się wymiotować. – Chyba dość niedawno musiałaś włączyć swoje człowieczeństwo, czyż nie?
Spuściłam głowę, by móc na niego nie patrzeć. Miałam już tego wszystkiego serdecznie dość. Kątem oka zwróciłam uwagę, że Regulus mi się przygląda, a ja w tym czasie niewidocznie próbowałam wydostać się z węzła.
– Patrz na mnie jak do Ciebie mówię – warknął, przybliżył się do mnie i brutalnie złapał za brodę. Spojrzałam w jego oczy i jedyne co mogłam dostrzec to chęć mordu. Patrzyłam w oczy szaleńca. Poczułam jak lina luzuje się. Jeszcze trochę i uda mi się z niej wyślizgnąć.
– Zostaw ją! – krzyknął Will i próbował wyrwać się z lin, którymi nas skrępowano.
– Drogi Williamie, nikt Cię nie nauczył, że nie powinno się przerywać rozmów? Jęzlep! – syknął, a usta brązowowłosego momentalnie się zamknęły. – Od razu lepiej. – Uśmiechnął się i swój wzrok znów skierował na mnie.
– Co chcesz z nami zrobić? – zapytałam zachrypniętym głosem.
– Czy to nie oczywiste, moja droga? Zabiję Was, jedno po drugim. Będę patrzył jak umieracie w męczarniach – zasyczał niczym wąż. – Aczkolwiek najpierw zajmę się Twoimi przyjaciółmi. Ciebie zostawię na deser. – Roześmiał się niczym szaleniec i spojrzał na swoich sprzymierzeńców. – Barty, Regulus chodźmy porozmawiać z naszymi gośćmi. Bello, przypilnuj ich. Greengrass ruchem ręki przywołał mężczyzn, a potem wyszli na zewnątrz. 
– Wiedziałam, że nie można Ci ufać, zdrajczyni własnej krwi! – warknęła do mnie czarnowłosa i przybliżyła się patrząc na mnie z góry.
Udało mi się wydostać z lin i rzuciłam się na nią w mgieniu oka. Wyjęłam różdżkę, ale poprzez siłę upadk, moja, a przy tym i jej różdżka upadły kawałek dalej. Byłam na nią wściekła. Tak mocno jej nienawidziłam, że nie potrafiłam zapanować nad swoimi emocjami. Widziałam, że dziewczyna chce schylić się po różdżkę, więc szybkim ruchem wstałam i kopnęłam ją prosto w twarz i za chwilę sama popędziłam po moją, która leżała zaraz obok.
– Bella, skończ. Nikt nie ma ochoty Cię słuchać. Drętwota! – krzyknęłam a z mojej różdżki wypłynął czerwony strumień i ugodził dziewczynę prosto w pierś. Zobaczyłam jak pada nieprzytomna na posadzkę. Szybko podbiegłam do Willa i cofnęłam zaklęcie Ślizgona i wycelowałam w liny, które krępowały brata.
– Incendio! – zawołałam, a liny w mgieniu oka spaliły się. Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi i od razu skierowałam różdżkę w stronę przybysza.
– Spokojnie, Dorcas. Nie chcę zrobić Ci krzywdy. – Regulus Black stanął przede mną z wysoko uniesionymi rękoma. Patrzył na mnie wyczekująco.
– Łżesz – warknęłam i przybliżyłam się do niego. – Okłamałeś mnie.
– Nie miałem wyboru, musiałem to zrobić. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że Greengrass zaczął się czegoś domyślać. Musiałem go upewnić co do mojej wierności. Okłamałem go, że w końcu udało mi się wydobyć z Ciebie plan, który od początku zakładał jego śmierć. Uwierzył mi. Zrozum, codziennie muszę pokazywać to jak jestem oddany, jeśli dziś bym stanął razem z Wami przeciw niemu to zginąłbym na miejscu, tak samo jak Wy, a ostatnią rzeczą, której pragnę jest Twoja krzywda - oznajmił, a jego głos zdemaskował wszystkie emocje z którymi się zmaga – Uwierz mi. Jesteśmy przyjaciółmi, pamiętasz?
Nie wiedziałam co zrobić. Znów mu.. uwierzyłam. 
– Jeśli to wszystko prawda, to w tej chwili masz nas zaprowadzić do reszty i pomóc się stąd wydostać – warknął Will i przybliżył się do Regulusa. – A jeśli znów kłamiesz, masz moje słowo, że zapłacisz mi za to.
Młody Black kiwnął głową i wyszedł.
– Gdzie się podziały Inferiusy? – zapytałam, gdy kierowaliśmy się w stronę piwnicy.
– Zapewne krążą tu gdzieś niedaleko, by na rozkaz Greengrassa rozszarpać czyjeś ciało. – wytłumaczył i przyłożył palec do ust, gdy chciałam coś powiedzieć. Do moich uszu doszły krzyki. Mnóstwo krzyków. Serce zakuło mnie momentalnie. Nie zastanawiając się długo wtargnęłam do środka, a za mną Regulus i Will.
– Petrificus totalus! – krzyknęłam, a jeden z braci Lestrange padł jak kłoda na posadzkę.
– Drętwota! – zawołał Will i drugi z braci Lestrange upadł obok brata.
– Avada Kedavra! – wypowiedział Regulus, a z jego różdżki trysnął zielony strumień prosto w stronę Clyde'a Greengrassa. Ostatnie co można było dostrzeć w oczach Clyde'a Greengrassa to.. szok. Po chwili Ślizgon padł martwy na posadzkę.
Syriusz! – podbiegłam do ukochanego. – Bombarda! – wycelowałam w kajdany, a Black wpadł prosto w moje ramiona.
– Gdzie jest Crouch? – zapytał Regulus, który pomagał wydostać się Jamesowi.
– Wyszedł, nie wiemy gdzie – odpowiedział. – A Ty..
– To dłuższa historia. Nie mamy teraz czasu, musimy się stąd wydostać – warknął i podszedł do braci Lestrange – Obliviate.
– Powinniśmy sprawdzić.. – zaczął Remus, ale młody Black mu przerwał.
– Cholera jasna, nie słuchacie mnie? Musimy jak najprędzej się stąd wydostać. Inferiusy na pewno zaraz się tu zjawią. 
James złapał Syriusza i Angusa i pomógł im wyjść. Świeże powietrze tylko przez chwilę dało nam ukojnie, bo przed nami stały dziesiątki ożywionych trupów. Znów znaleźliśmy się w pułpace.
– Jako stworzenia ciemnośći, inferiusy boją się światła i ciepła. Jesteśmy czarodziejami, pamiętacie? – szepnęła Lily i wzniosła różdżkę do góry. – Jesteśmy także przyjaciółmi. Pokonamy ich. Razem.
Razem.
Kochani przychodzę do Was dzień wcześniej z całkiem nowym rozdziałem, a także informacją – Część Pierwsza opowiadania schyla się ku końcowi, ponieważ zaplanowałam tu dwadzieścia rozdziałów, ale spokojnie, mam w planach jeszcze dwie części i na pewno będę chciała je zrealizować! Pozdrawiam i bardzo, ale to bardzo dziękuję komentującym! <3
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline