Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Pettigrew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Pettigrew. Pokaż wszystkie posty

2019/02/09

Miniaturka #5 „Ofiara losu”

10 komentarzy:
Miałem coraz mniej czasu i wiedziałem, że muszę go maksymalnie wykorzystać. Sprawy piętrzyły mi się na głowie, a ja obawiałem się, że nie zdążę wszystkiego załatwić. Ja – Regulus Black, Śmierciożerca, a także tajemny członek Zakonu Feniksa. Nikt, poza Dumbledore’m o tym nie wiedział. Nasze spotkania były tajne, tak samo jak rozmowy, które przeprowadzaliśmy.
–– Reglusie, to niezwykle cenne informację. Dziękuję. –– mówił Dumbledore, na co krótko kiwałem głową.
Chciałem mu pomóc. Nie tylko ze względu na to, że odkryłem prawdziwą tajemnicę Voldemorta, ale przede wszystkim ze względu na Dorcas i… mojego brata, Syriusza. Choć wiele razy pokazałem, jak mocno samolubny i egoistyczny mogę być, to część mnie pragnęła, by osoby, na których najbardziej mi zależy, przeżyły.
Nieustanne modyfikowanie pamięci innych zwolenników Voldemorta, uczyniły mnie prawdziwym mistrzem w swoim fachu. Bycie podwójnym agentem zajmowało mi lata życia. Teraz, na rozstaju dróg, pora na zmierzenie się ze swoimi własnymi grzechami i lękami.

*

Usiadłem przy wielkim stole, czekając na resztę Śmierciożerców. Widziałem jak Bellatrix mi się przypatruje i miałem nadzieję, że nikogo nie wyczuła w pobliżu. W duchu błagałem, by Syriusz i Dorcas szybko stąd zniknęli. Dziewczyna przyprawiała go o zawrót głowy. Nigdy jeszcze nie poznał tak upartej czarownicy co ona. Nie zwracała uwagi na konsekwencje, tylko gnała wprost przed siebie! I co tu robił Syriusz? Śledził ją? Czy jego? Już sam byłem zdezorientowany, wszystkim co się dzieje.
–– Black, dowiedziałeś się w końcu czegoś przydatnego, jak siedziba Zakonu Feniksa? –– syknęła do mnie Bellatrix, a ja zacisnąłem pięść. Spojrzałem na nią kpiącym wzrokiem.
–– Myślałem, że ty mnie uprzedzisz. Przecież uwielbiasz być w centrum uwagi.
–– Nie zaczynaj… –– syknęła, chcąc wyjąć różdżkę, ale Rudolf ją powstrzymał.
–– Nie teraz –– powiedział dobitnie. Żona posłuchała go, łypiąc na mnie wrogo, a ja zmarszczyłem brwi widząc postawę Rudolfa. Zmienił się od czasów szkoły i mam wrażenie, że jest jeszcze bardziej… mroczny, nawet bardziej od Bellatrix, która nie miała sobie równych.
–– Żałosne… –– mruknął Barty Crouch Jr. Lestrange miała zamiar coś powiedzieć, jednak ponowny wzrok Rudolfa skutecznie ją powstrzymał. Zastanawiałem się, jakie tak naprawdę, są ich relacje. 
–– … zwolennicy Dumbledore’a, członkowie Zakonu Feniksa… Angus Campbell i Marlena McKinnon nie żyją –– powiedział Lord Voldemort. W mgnieniu oka oklaski wypełniły salę, lecz Voldemort uniósł rękę do góry. –– Jak mówiłem, to miejsce nie jest już odpowiednie. Spotkamy się za jakiś czas, będę miał dla niektórych z was specjalne zadania. –– Chwilę potem Czarny Pan rozpłynął się w powietrzu. Śmierciożercy, jeden po drugim, zaczęli znikać, a Bellatrix przyglądała mi się spode łba. Był moment, w którym obawiałem się, że kobieta odzyskała wszystkie wspomnienia, jednak udało mi się to zatuszować. Nie było łatwo, jednak nie mogłem pozwolić, by prawda na temat Clyde’a Greengrassa wyszła na jaw.
Angus i Marlena… Przełknąłem głośno ślinę, obawiając się, że Potterowie i rodzina Meadowes są teraz na pierwszym miejscu do pozbycia się przez Śmierciożerców. Zacząłem się obawiać o ich losy, mimo że Dorcas i Syriusz są jedynymi osobami, o które postanowiłem walczyć. Wiedziałem, że muszę jak najszybciej zobaczyć się z Albusem Dumbledorem.

–– Kwestia czasu, kiedy Czarny Pan ich odnajdzie. Potterowie potrzebują Strażnika Tajemnicy –– powiedziałem do siwowłosego, powiadamiając go o ostatnim spotkaniu. –– Poza tym… udało mi się odnaleźć pewne miejsce…
–– Prawdziwie Czarna Magia…  –– mruknął Dumbledore, kręcąc głową.
–– Chroń ich –– poprosiłem i odwróciłem się na pięcie.
–– Bądź ostrożny, Regulusie –– powiedział na odchodne, po czym również zniknął, wielce zamyślony. Nie wiedziałem, czy Dumbledore ma jakiś plan, ale mimo to zaufałem mu.
Zaufałem mu, wiedząc, że prawdopodobnie porwę się na samobójczą misję.

*

Wściekłość jaka we mnie zawrzała, przerodziła się w prawdziwy gniew. Syriusz Black był Strażnikiem Tajemnicy Potterów i zdradził ich?! Mógł być pod działaniem zaklęcia… Szukałem odpowiedzi, wiedząc, że to nie jest możliwe, by mój starszy brat zdradził swoich przyjaciół.
Znałem go.
Nie zrobiłby tego.
Więc jak…?
Wziąłem dwa wdechy, tłumiąc emocje, jakie we mnie narastały.
Czy to prawda, że Lord Voldemort zniknął? Za sprawą niemowlaka…?! Jak…
Zszedłem do podziemi, gdzie znajdowała się garstka Śmierciożerców, którzy rozmawiali przyciszonymi głosami. Zmarszczyłem brwi, dołączając do nich.
–– Jeszcze tu jesteś, Regulusie? –– zapytał Goyle Sr przyciszonym głosem. –– Czarny Pan zniknął… Powinniśmy uciekać!
–– Gdzie reszta? –– zapytałem, nie pokazując żadnych emocji.
–– Szukają Pottera, poza tym zostali tylko oni przy życiu… rodzina Meadowes –– mruknął Crabbe Sr. Krew odpłynęła mi z twarzy. W myślach próbowałem zachować spokój, jednak strach przez chwilę sparaliżował moje ciało.
Nagle zza drzwi wyszedł Peter Pettigrew. Zmrużyłem oczy, przyglądając się małemu, grubemu przyjacielowi mojego brata. W tym momencie to pojąłem. Wszyscy myślą, że Syriusz go zabił. To on był Strażnikiem Tajemnicy Potterów, nie Black. Złość przejęła moje ciało i zamknąłem na chwilę oczy, by się uspokoić. Miałem teraz ważniejsze sprawy na głowie, choć nie powiem, część mnie miała ochotę zabić tego parszywego zdrajcę. Podszedłem do niego szybkim krokiem i nie myśląc długo, zamachnąłem się z całej siły.
Odwróciłem się na pięcie i pognałem wprost do Bristolu, gdzie trzymała mnie nadzieja, że zdążę na czas. Uratuje ją. Muszę ją uratować.
Teleportowałem się na obrzeżach, pędząc jak szalony w stronę ogromnego domu. Dostrzegłem już z dala, jak płomienie opanowują dach. Warknąłem pod nosem i ruszyłem ciało, by szybciej znaleźć się na miejscu. W duchu powtarzałem tylko imię Dorcas.
Miałem na sobie standardowy ubiór Śmierciożercy, by nie wyróżniać się w tłumie. Wpadłem do mieszkania i od razu ją zobaczyłem. Pochylała się nad ciałem swojego zmarłego brata, po czym odwróciła się raptownie, słysząc swoje imię wśród zgiełku. Podszedłem do nie pewnym krokiem i złapałem mocno za ramię. Dziewczyna przeraziła się, ale gdy zobaczyła moje oczy, wiedziała. Nie dając jej szansy na przemyślenie sytuacji, rzuciłem na nią zaklęcie niewerbalne, by ta po chwili wylądowała nieprzytomnie w moich ramionach.

Wpatrywałem się w śpiącą dziewczynę, myśląc o tym, ile był oddał, by spędzić z nią choć trochę więcej czasu. Czasu, który nie będzie narzucony… czasu, który będzie bezpieczny. Nie mogłem jej niczego ofiarować, a mimo to, ta dziewczyna przyznała się szczerze to uczucia, którym mnie żywi. Jestem pewny, że zrozumiała, iż to nie jest to samo, co czuję do mojego starszego brata, ale przynajmniej nie oszukuje samej siebie.
Wycierpiała ostatnio zbyt wiele. Chciałem ją od tego uwolnić.
Od cierpienia. Od Syriusza. Od siebie.
Ona tego potrzebowała.
W takim razie, dlaczego… to robię?
Trzymałem mocno różdżkę, wydobywając wspomnienia brązowowłosej. Srebrna poświata wpadała do małej fiolki, a ja nadal nie byłem przekonany, że powinienem to zrobić. Wspomnienia, które mam zamiar przed nią ukryć… to nie tylko te złe wspomnienia…
Jeśli kiedykolwiek Dorcas postanowi wrócić do Anglii i los będzie chciał, by ponownie spotkała mojego brata… jeśli jest na to jakakolwiek szansa… to zachowanie tej wiedzy jest niezwykle ważne. Niczego tak nie pragnę, jak jej szczęścia.
Skończyłem i odszedłem od dziewczyny, chowając fiolkę w swoim płaszczu.
Chwilę później brązowowłosa obudziła się, nie rozumiejąc co się dzieje. Odetchnąłem głęboko, przygotowując się na to, co muszę zrobić i co jej powiedzieć.
Nie wierzyła.
–– Kocham cię –– przerwałem. –– Nigdy nie przestanę. –– Wycelowałem różdżką. –– Obliviate!
Chwilę moment świstoklik zabrał dziewczynę, tam gdzie czekał już mój dawny znajomy, by bezpiecznie oddać ją do szpitala. Płakałem, dając upust swoim emocją. Spoglądałem w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się Dorcas, a w sercu czułem niewyobrażalny ból.
Ból, o którym sama będzie pamiętać, jeżeli wróci do Anglii.
Jednak gdyby to zrobiła…
Musi mieć wybór. Albo odzyskać wspomnienia, albo zrezygnować z nich na zawsze.
Wróciłem do miejsca, w którym powstała prawdziwa rzeź. Wszedłem do zniszczonej willi, a widok jaki ujrzałem, wyrył mi dosłownie dziurę w sercu. Zacisnąłem mocniej pięść, zamykając oczy. Przez kilka chwil próbowałem zapanować nad emocjami. Otworzyłem oczy, a widok zamordowanych członków rodziny Meadowes, uderzył ponownie, jednak nie poddałem się temu uczuciu.
Skierowałem się do pokoju Dorcas, instynktownie. Nigdy przecież nie byłem  w tym miejscu. Jej pokój odzwierciedla jej duszę. Na pierwszy rzut oka ułożony, ale jak człowiek dopatrzy się głębiej… Poszedłem do komody, wpatrując się w zdjęcia brązowowłosej. Zdjęcie, zapewne z sylwestra kilka lat temu. Eleganccy, z kieliszkiem w dłoniach, uśmiechali się, każde w swój sposób. Syriusz i Dorcas. Razem było w nich tak wiele… emocji. Stłukłem ramkę i zgiąłem zdjęcie w pół, chowając do kurtki. Omiotłem jeszcze raz spojrzeniem pokój, wiedząc, że mam coraz mniej czasu. Zmarszczyłem oczy i skierowałem się do szafki nocnej. Światło odbijało się na ścianach, co oznacza… Otworzyłem szczerzej oczy i wziąłem do ręki złoty pierścionek i jej różdżka.
Gdybym wiedział… wcześniej…
Nie.
To była dobra decyzja.
Schowałem biżuterię, różdżkę i gwałtownie wyszedłem z pokoju. Na dole ponowny widok ciał przyprawił mnie o mdłości. Sprawdziłem, czy wszystkie różdżki są na miejscu, co jeszcze mocniej ciążyło mi na duszy i w sercu. Wszedłem do salonu, widząc Alarica Meadowes. Dorcas bardzo dużo o nim opowiadała. Traktowała go bardziej jak… swojego ojca, niż brata.
Obok niego leżały odłamki stołu i pergamin. Zaintrygowany wziąłem go do ręki, odkrywając część Dorcas, której nigdy nie znałem.

Chciałabym, chciałabym móc powiedzieć żegnaj
Powiedziałabym to co chciałam
Może nawet bym za Tobą zapłakała

Gdybym wiedziała że to będzie ostatni raz
Złamałabym moje serce na pół
Próbując ocalić część Ciebie

Nie chcę czuć innego dotyku
Nie chcę wzniecać innego ognia
Nie chcę znać innego pocałunku
Żadne inne imię nie wyjdzie z moich ust
Nie chcę oddawać mojego serca
innemu obcemu
Nie chcę aby kolejny dzień się zaczął
Nie wpuszczę nawet światła słonecznego
Nie, nigdy więcej nie pokocham
Nigdy więcej nie pokocham

Przeczytałem ten list parę razy. Nie dowierzałem, że można aż tak kochać, aż tak tęsknić… umierać… Poczułem łzę na policzku. Zacisnąłem mocniej zęby i drżącą dłonią schowałem list do kieszeni.
Wybiegłem z domu na tyle daleko, by móc się teleportować. Chwilę później usłyszałem trzaski i domyśliłem się, że to Aurorzy zdobyli informację. Przemyślałem jeszcze raz, czy aby na pewno wszystkie różdżki są.
W takiej masakrze, nie znajdując ciała, a znajdując różdżkę…
Ministerstwo z góry wystawia akt zgonu.
           
*

–– Stworek!
Trzask rozległ się  powietrzu, a ja po chwili patrzyłem w oczy naszego domowego skrzata.
–– Pan Regulus! Panie! Tak dawno mnie nie wzywałeś… Martwiłem się, Panie…
–– Dziękuję, Stworku. Nic mi nie jest –– odpowiedziałem, choć moje słowa były kłamstwem. Mimo to nie zamierzałem zadręczać nimi biednego skrzata. –– Wyruszamy do jaskini –– powiadomiłem skrzata, który kiwnął głową na znak zgody. Podałem mu lokalizację, po czym zmaterializowaliśmy się przed wejściem do wydrążonej w skale jaskini.
Wszedłem ostrożnie do środka, biorąc do ręki różdżkę.
–– Lumos! –– Snop światła rozlał się na skałach, a ja dostrzegłem, że jestem w ślepym zaułku. Zmarszczyłem brwi, po czym podszedłem do skał, dotykając ich dłonią. Ostry prąd przeszył moje ciało i nie pozwalał, bym zabrał rękę. Skupiłem się całym ciałem na magii. Chwilę później udało mi się na moment zatrzymać zaklęcie i oderwałem rękę.
–– Panie! Ja to zrobię za ciebie! –– pisnął Stworek, ale powstrzymałem go gestem ręki.
–– Nie. Chyba udało mi się zrozumieć… –– mruknąłem sam do siebie i wziąłem kawałek kamienia z ziemi. Chwilę później przejechałem ostro po dłoni, z której zaczęła wydobywać się krew. Przejechałem ranną dłonią po skale, która powoli zaczęła się zmieniać, aż przede mną pojawił się otwór. Wszedłem do środka jaskini, a za mną trzymał się Stworek. Zacząłem się rozglądać po jaskini, zapamiętując wszystkie detale. Przede mną rozciągała się woda, gdzie po środku znajdowała się mała wysepka. Spojrzałem w głąb wody, jednak niczego nie można było dostrzec. Tylko samą czerń. Zastanawiałem się, jak mam się tam dostać, gdy po chwili dostrzegłem łańcuchy, prowadzące do wody.
–– Wingardium Leviosa! –– Skierowałem różdżkę w dół. Woda zaczęła się burzyć, a z otchłani udało mi się wyciągnąć małą, jednoosobową łódkę. Pozbyłem się łańcuchów, złapałem za wiosła i zacząłem kierować się w stronę wysepki. Stworek teleportował się wprost na wysepkę i odkryłem, że magia skrzatów nie jest tutaj w żaden sposób osłabiona.
            Podszedłem do środka i spojrzałem na stojące naczynie. Na samym dnie błyszczało się coś, a ja czułem, że to przedmiot, po który przybyłem. Chciałem wyciągnąć go, jednak magiczna bariera nie pozwalała mi na to.
–– To eliksir do wypicia, Panie –– oznajmił Stworek, przyglądając się moim poczynaniom.
Wyczarowałam puchar i zacząłem pić. Z każdym kolejnym łykiem setki wspomnień przelatywały mi przez głowę. Cierpienie, jakie odczuwałem powodowało, że nogi się pode mną ugięły.
–– Panie Regulusie!
Krzyknąłem na całe gardło, pijąc ostatni puchar. Zacisnąłem szczęki i sięgnąłem po naszyjnik, robiąc jego podróbkę w ekspresowym tempie, dzięki pomocy Stworka. Trzymałem go mocno w ręku i od razu skierowałem się ku wodzie, by przepić truciznę zaserwowaną przez Lorda Voldemorta. Schyliłem się ku jeziorze i dostrzegłem lekkie fale na powierzchni. Nie widziałem łódki, którą tu przypłynąłem. Nagle coś złapało mnie za nadgarstek. Szpony istoty zaciskały się mocniej, nie dając mi możliwości na wyrwanie się. Powoli z wody zaczęło się wynurzać coraz więcej istot, które znałem aż nade dobrze.
Inferiusy.
            –– Stworku, weź to. –– Podałem szybko skrzatowi medalion, czując ciągnięcie w dół. ––Musisz to zniszczyć. To bardzo ważne, rozumiesz? –– Spojrzałem na skrzata poważnie.
–– Panie… Muszę pomóc…
–– Nie. Weź jeszcze coś… –– Z kurtki wyciągnąłem list, zdjęcie oraz wspomnienia, która zabrałem Dorcas. –– Jeśli Dorcas Meadowes wróci kiedyś do Anglii, przekaż jej to, proszę. Tylko i wyłącznie pod warunkiem, że sama będzie tego chciała –– powiedziałem, licząc na mojego skrzata. –– Teleportuj się stąd. To rozkaz –– dodałem dobitnie, widząc cierpiący wzrok skrzata. Rozległ się trzask, a ja postanowiłem przestać walczyć. Wpadłem do wody, by po chwili upaść na samo dno. Miałem nadzieję, że Stworek pozbędzie horkruksa, który chronił przed śmiercią Czarnego Pana.  Los postanowił zrobić ze mnie ofiarę. Zamknąłem oczy i oddałem się czarnej otchłani, pragnąc lepszego życia. Życia…?

Od Autorki,
Hej! Tym oto akcentem kończę miniaturki do części drugiej – przynajmniej na razie. Rozdział czterdziesty pierwszy prawie jest, potrzebne są małe poprawki. Pozdrawiam :*

2019/01/22

Rozdział 39 „Jestem niewinny”

9 komentarzy:

Po raz pierwszy w życiu czułem tak ogromny strach. Przeszywał moje ciało, chcąc mnie obezwładnić, jednak nie dawałem za wygraną. Pędziłem, by pomóc moim przyjaciołom. Wcisnąłem mocniej pedał gazu. Wylądowałem tuż przed domem Potterów, a raczej pozostałościami, jaka z niego pozostała. Nie wierzyłem, w co to widzę. Wpadłem w szał i krzyknąłem na całe gardło. Chwilę później dostrzegłem jak ogromna postać wychodzi z walącego się domu i podbiegłem w ekspresowym tempie do przybysza.
–– Hagridzie… –– wychlipałem, czując jaki ciężar przygniata moje ciało i umysł.
–– Przeżył… on przeżył –– powtarzał Hagrid, a w swoich dłoniach trzymał Harry’ego. –– Lily i James… oni…
–– Pozwól mi się nim zająć… –– wyszeptałem, będąc nadal w amoku.
–– Nie mogę, Syriuszu… To rozkaz Dumbledore’a. Mam go przenieść do Little Whinging, do siostry Lily… –– Płakał, pociągając nosem. –– Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wypowiadać…  Udało się, zniknął… Nie wiem jak… To Harry… –– Pokiwałem głową, nie wiedząc co tak naprawdę robię i spojrzałem po raz ostatni na małego Pottera i na jego bliznę na czole.
Chłopiec-Który-Przeżył. Jego chrześniak dokonał czegoś, czego nie udało się nikomu.
–– Weź mój motocykl –– zaproponowałem i zacząłem oddalać się od tego miejsca, nie mogąc dłużej znieść widoku, który pozostawił po sobie Voldemort.
Dowiedział się, a dowiedzieć mógł się tylko i wyłącznie w jeden sposób.
Peter Pettigrew.
Nigdy nie czułem w swoim życiu tak ogromnej nienawiści. Byłem gotowy zrobić wszystko, by tylko odnaleźć tą nędzną kanalię, która udawała naszego przyjaciela. Wydał ich. Zdradził. Zasługiwał na śmierć.
 Musiałem go odnaleźć.

*

Nie spodziewałam się, że cała moja rodzina przybędzie do naszej posiadłości w Bristolu na wieść o tym, że prawdopodobnie mogę być w ciąży. Nikt poza nimi o tym nie wiedział, nawet moi najbliżsi przyjaciele. Musiałam się upewnić, a pojawienie się nagle w Mungu nie było dobrym pomysłem, dlatego wuj Robert ściągnął tutaj ciotkę Mię. Mia powiadomiła Alana i tym oto sposobem przyjechali ze swoimi rodzinami. W naszym domu był taki harmider, że myślałam, że wyjdę z siebie. Z drugiej strony cieszyłam się, że wszyscy są po to, by mnie wspierać. To było podbudowujące.
–– Zobaczymy, co mu tu mamy –– powiedziała Mia sama do siebie, trzymając w ręku dziwne urządzenie. Znajdowałyśmy się w mojej sypialni, ale miałam wrażenie, że wszyscy pod drzwiami nas podsłuchują. –– Gratulację, kochanie –– rzekła po chwili. –– To trzeci miesiąc. –– Uśmiechnęła się do mnie.
Nie dowierzałam w jej słowa i plułam sobie w brodę, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam. Przecież, nie ma co ukrywać, razem z Syriuszem nigdy nie próżnowali w tym temacie… Przez chwilę pomyślałam o Regulusie, jednak szybko odrzuciłam to. Trzeci miesiąc. W moim brzuchu rozwija się malutka istotka. Byłam w szoku i nie wiedziałam, czy tak naprawdę cieszę się, czy po prostu przyjmuje to do wiadomości. Pewnie jeszcze jakiś czas temu, gdy byłam w Syriuszem, od razu pobiegłabym do niego, skacząc z radości, bo przecież skoro zostanie ojcem, jak słodkie będzie to dziecko? Teraz było trochę inaczej.
Pierwsze co chciałam zrobić, to spotkać się z Lily, ale ciotka kategorycznie mi tego zabroniła, mówiąc, że ostatnio w ogóle o siebie nie dbałam, co jest bardzo szkodliwie dla dziecka. Przestraszyłam się, dlatego posłuchałam jej. Miałam zamiar napisać do niej list, choć z drugiej strony bałam się, że ktoś go przechwyci. Nie wiedząc kiedy, zasnęłam, a gdy się obudziłam, usłyszałam gwarne krzyki na dole. Zmarszczyłam brwi i po chwili wyszłam z pokoju, by dowiedzieć się, o co tyle zamieszania.
–– Od początku wam mówiłem, że to zwykły zdrajca! –– krzyczał wuj Alan. –– Nikt z was nie chciał mnie słuchać, do jasnej cholery!
–– Nie wyciągajmy tak pochopnych wniosków, bracie! –– próbował przemówić wuj Robert, jednak ten w odpowiedzi prychnął głośno, machając ręką.
–– Wnioski same się nasuwają, Robercie –– rzekł lodowato. –– Rodzina Blacków to same szumowiny, bez wyjątków.
–– Co się tutaj dzieje? –– Weszłam do pomieszczenia, nie rozumiejąc słów, które właśnie padają.
–– Dorcas… –– Allie podeszła do mnie, zapłakana. Dostrzegłam chwilę później Alarica i Willa, którzy również wyglądali źle. Bardzo źle.
–– Odpowiedzcie mi! Co się dzieje?! –– warknęłam, tracąc nad sobą panowanie.
–– Musi znać prawdę –– rzucił wuj Alan, oddalając się, by zapalić papierosa.
–– Lily i James nie żyją –– wyszeptała Allie, a ja poczułam jak świat zaczyna wirować. –– Zabił ich, Sam-Wiesz-Kto…
–– Nie, nie… –– zaczęłam szeptać gorączkowo, nie chcąc uwierzyć w słowa kobiety. –– Zaklęcie Fideliusa, przecież… –– Otworzyłam szczerzej oczy, nie mogąc oddychać.
–– Syriusz ich zdradził –– powiedział Alaric pustym głosem.
Zdradził ich.
Nie!
NIE!
–– To niemożliwe… to…
–– Dorcas! –– Nie słyszałam nic więcej, bo upadłam z łoskotem na ziemię, nie wiedząc co się dzieje. Zapanowała ciemność, której oddałam się bez najmniejszej walki.

*

Kopnąłem go w brzuch, czując, jak tracę panowanie nad sobą. Znalazłem tego szczura w jakiejś mugolskiej mieścinie i miałem dosłownie gdzieś, że możemy zostać zdemaskowani. Liczyło się dla mnie tylko i wyłącznie to, by spotkała go kara.
–– Jak mogłeś?! Ty parszywy zdrajco, tchórzu! To byli twoi przyjaciele! –– darłem się. Pettigrew skulił się bardziej, po czym przyturlał się do moich stóp, zachowując się niczym szczur, którym wprawdzie był.
–– Syriuszu… Ja musiałem! Czarny Pan jest potężny… –– skomlał u moich stóp, wywołując we mnie jeszcze większą furię.
Złapałem go za płaszcz i bez problemu uniosłem do góry. Wpatrywałem się nienawistnie w oczy człowieka, którego uważałem za przyjaciela. To był mój pomysł, by Peter został Strażnikiem Tajemnicy i mogę winić tylko i wyłącznie siebie, za swoją bezmyślność.
Byłem taki zaślepiony! Taki głupi!
–– Lord Voldemort zginął –– rzekłem lodowato, a oczy mężczyzny rozszerzyły się jak spodki. –– Twój Pan jest martwy –– powtórzyłem i rzuciłem nim do przodu. –– Nigdy ci tego nie wybaczę, Glizdogonie. –– Wycelowałem różdżką w swojego byłego przyjaciela, pewny tego, co chcę uczynić.
–– Syriuszu, nie… Nie rób tego… To ja, Peter… Twój przyjaciel! –– wołał, a ja warknąłem niczym pies. –– Spójrz na tych biednych mugoli… –– dodał. Odwróciłem się, nie zdając sobie wcześniej sprawy, jak wiele par oczu nas obserwuje. Zakląłem siarczyście pod nosem, wracając wzrokiem do Pettigrew, jednak nie było go w tym miejscu.
Do jasnej cholery, rozproszył mnie. Zrobił to specjalnie.
–– PETER! –– krzyknąłem obracając się wkoło własnej osi, aż go dostrzegłem. Stał między około dwunastoma mugolami i uśmiechał się głupkowatą w moją stronę.
–– Morsmordre! –– wypowiedział i uniósł swoją różdżkę do góry. Snop światła wystrzelił do nieba, a po chwili w tym samym miejscu pojawiła się czaszka z wężem. Mroczny Znak. –– Przykro mi Syriuszu, ale to koniec. –– W tym samym momencie mężczyzna odciął sobie palec, a ja wpatrywałem się w niego zszokowany. –– Żegnaj, przyjacielu. Bombarda Maxima! –– Ogromna eksplozja odrzuciła mnie do tyłu, mimo że nie stałem blisko. Pomyślałem o ludziach, którzy byli tuż obok Petera, jednak przez chmarę kurzu i pyłu, niczego nie mogłem dostrzec. Chwilę później usłyszałem odgłos przemiany, która towarzyszy przy transmutacji w zwierzę i kątem oka dostrzegłem szczura, chowającego się w kanałach. Wstałem, wykończony fizycznie jak i psychicznie, by pomóc ludziom poszkodowanym przez wybuch. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nikt z nich nie wstaje, ani się nie rusza. Otworzyłem szczerzej oczy, rozumiejąc, że Pettigrew chciał mnie wrobić nie tylko w zdradę Potterów, ale i śmierć tych bezbronnych ludzi.
Nagle usłyszałem trzaski, pojawiające się naokoło mnie. Zaniemówiłem. Sześć par różdżek wycelowanych było w moją stronę, a ja tylko podniosłem ręce do góry, wiedząc, że jestem na przegranej pozycji.
–– Syriuszu Black, jesteś aresztowany. Nie ruszaj się. –– Barty Crouch Sr stanął przede mną z zaciętą miną i domyślałem się, że powstrzymuje się, by mnie nie uderzyć. –– Zabrać go do Azkabanu. Tam będzie czekał na swój proces.
Dwóch potężnych czarodziejów złapało mnie z dwóch stron, po czym deportowaliśmy się do miejsca, które każdego czarodzieja prowadzi do obłędu.
Azkaban, więzienie czarodziejów, gdzie urzędują dementorzy, prawdopodobnie jedne, z najgorszych istot, jakie widział czarodziejski świat.
Co ja tu robię?
Jestem niewinny.
JESTEM NIEWINNY!!!

*

Leżałam w łóżku, nie mając siły się podnieść. Cierpiałam i nie potrafiłam myśleć o czymś innym, jak James, Lily, Harry.
Syriusz.
Gdzie jest Harry? Co się z nim stało? Jakim cudem przeżył? Jakim cudem zaledwie roczne dziecko pokonało Lorda Voldemorta?!
JAK?!?!
Załkałam. Nie umiałam się pozbierać.
Straciłam wszystko.
–– Sis… –– Do pokoju wszedł William. Odwróciłam się od niego, zakrywając twarz dłońmi. Naprawdę nie potrafiłam wstać. –– Kochana moja…
–– Will, ja nic z tego nie rozumiem. To nie jest prawda, On by tego nie zrobił –– szlochałam. –– Znam go. To nie on –– powtarzałam. Nie wiedziałam jakie jest racjonalne rozwiązanie tej sytuacji.
–– Ja też nie mogę w to uwierzyć –– szepnął i usiadł obok mnie. –– Jednak Zaklęcie Fideliusa…
–– Nie kończ, proszę. –– Ukryłam twarz w dłoniach i ponowie się rozpłakałam. Will położył mi rękę na ramieniu i głaskał.
Chciałam umrzeć.

*

Syriusz Black, lat dwadzieścia cztery, został skazany bez procesu na dożywocie w Azkabanie za zamordowanie Petera Pettigrew i dwunastu mugoli, za podanie informacji o miejscu, w którym znajdują się Potterowie, co przyczyniło się do ich śmierci oraz za usługiwanie Lordowi Voldemortowi. Dożywocie spędzi w izolatce, skazany na łaskę gwardii Azkabanu – dementorów.

Siedziałem w celi, wygłodzony, zmęczony i wymarznięty. Czułem obecność dementorów, jednak uparcie starałem się nie zawracać sobie tym głowy. Miałem w głowie tylko dwa cele. Dwa cele, które utrzymywały mnie przy zdrowych zmysłach.
Niewinność.
I Dorcas.
Nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Nie chciałem myśleć o niczym innym. Nieustannie zastanawiałem się, jakim cudem znalazłem się w Azkabanie? Miejscu, gdzie trafia najgorsza szumowina wśród czarodziejów. Miejscu, gdzie nie istnieje ludzkie traktowanie, gdzie wariujesz. Dostajesz kompletnego świra.
Jak się stało, że tu trafiłem? 
Zostałem oskarżony o zdradę. Zdradę mojego najlepszego przyjaciela.
Na głowę Merlina, kto w to uwierzył?
Wszyscy.
Wszyscy, bo od samego początku kłamaliśmy z Jamesem, na temat prawdziwego Strażnika Fideliusa.
Jednak mimo to…
Nie mogę w to uwierzyć. Dlaczego nikt nie chce się ze mną spotkać? Dlaczego jestem skazany za niewinność.
Ale czy na pewno niewinność?
To mój pomysł, by zataić przed wszystkimi, że wcale nie jestem strażnikiem tajemnicy. Okłamywałem przyjaciół, okłamywałem wszystkich. Gdyby nie mój pomysł… James by żył. Lily by żyła. A Harry…?
Co z Harrym?
Setki pytań przelatywały mi przez głowę, przez co nie mogłem zmrużyć oka. Dzień wydawał się nocą, a noc czarną dziurą. Nie dostrzegłem światła. Widziałem tylko ciemność, która mnie zabijała od środka. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.
Nie miałem pojęcia, jaki jest dzień, ani jaka jest pora dnia. Mogłem tylko przypuszczać, gdy dawano mi posiłki. Jednak były dni, gdzie nie dawano ich prawie wcale. Jadłem byle gówno, by przeżyć.
Dla zemsty. Dla Harrego. Dla Dorcas.
Co z Dorcas? Co ona czuje? Uwierzyła, że mogłem dopuścić się niewybaczalnego czynu? Doprowadzić Voldemorta do Jamesa i Lily? I zabić tego perfidnego zdrajcę Pettigrew…?
Modliłem się, by zechciała się choć raz ze mną zobaczyć, jednak dni mijały, a ona nadal się nie pojawiła. Czułem się obco sam w swoim ciele. Moja głowa domagała się odpowiedzi, a jedyne co mogłem jej zaserwować to zwiększona ilość pytań. Pytań bez odpowiedzi i bez znaczenia. Bez znaczenia, bo życie toczy się dalej, a ja siedzę sam.. w zatęchłej celi. Bez kontaktu z kimkolwiek.
Bez kontaktu, do chwili, gdy celę obok zajął nie kto inny, jak Barty Crouch Jr. Wpatrywałem się skupiony, gdy dementorzy wprowadzali nowego więźnia. Ku mojemu zdziwieniu, pojawił się również sam Barty Crouch Senior, a wzrok jaki kierował na syna, ukazywał czystą pogardę. Junior śmiał się przeraźliwie, wykrzykując obelgi na swojego ojca, jak i wychwalając Czarnego Pana. Nie widziałem go tak naprawdę wcale, bo otaczały mnie betonowe ściany i tylko mała kratka w drzwiach, pozwalała zobaczyć cokolwiek.
–– Zostawisz mnie tu ojcze?! –– krzyknął Crouch Jr, gdy cela zamknęła się, a starszy Crouch wycofał się z zamiarem odejścia.
–– Ja nie mam syna –– rzekł tonem wypranym z emocji i czym prędzej skierował się do wyjścia.
Dni mijały, a towarzystwo Croucha było coraz cięższe do zniesienia. Codziennie monologi na temat Voldemorta, które urządzał sobie z współwięźniami, którzy stopniowo zapełniali cele obok nas, trwał w najlepsze i doprowadzał mnie do szału. Crouch nie miał bladego pojęcia, że jestem obok, aż do dnia, gdy nowy więzień szepnął mu parę słów.
–– Doprawdy? Syriusz Black jest moim sąsiadem? ––zapytał na tyle głośno, że spokojnie mogłem to usłyszeć. –– Black! BLACK! –– wołał, a ja warknąłem zirytowany. Nie miałem zamiaru zniżać się do tego poziomu, by wpadać w dyskusję ze Śmierciożercą. –– No wiesz, ranisz moje serce. Choć z drugiej strony, chyba już nie masz serca, co? Być oskarżonym o zdradę, to ciężki orzech do zgryzienia. Tym bardziej, że wszyscy wiemy, jak było naprawdę –– mówił, a we mnie kipiała wściekłość. –– Taaak… Grubiutki przyjaciel nieźle to wymyślił, a wszyscy uważali, że jest głupszy od gumochłona. Przeliczyli się, co? –– dopytywał, jednak nadal nie odezwałem się. –– Widzę, że nie jesteś zbyt rozmowny, jednak nie martw się… to minie.
Puściłem to mimo uszu, jednak codziennie słyszałem komentarze Croucha w swoją stronę. Mężczyzna chciał mnie zniszczyć psychicznie, jednak nie poddawałem się, bo wiedziałem, że to nie koniec. Wiedziałem, że muszę się stąd wydostać – nie wiem jak, ale muszę.
Jestem niewinny.

Od Autorki: Będę musiała przepraszać?

2019/01/15

Rozdział 37 „Walcząc z ciszą”

6 komentarzy:

Od samego ranka w moim domu było gwarno. Wuj Robert złożył nam niezapowiedzianą wizytę i próbował mnie przekonać, bym wjechała do ciotki Mii. Zdawałam sobie sprawę, że chce dla mnie jak najlepiej, ale nie wyobrażałam sobie, że mogę teraz od tak wszystko zostawić i po prostu wyjechać. Miałam tutaj swoje obowiązku, dla Zakonu, rodziny i przyjaciół. Twardo przedstawiałam swoje argumenty.
–– Jesteś tak uparta, jak Colin! –– mruknął wuj Meadowes, próbując po raz kolejny przedstawić mi dobre strony tego pomysłu. –– Wszyscy powinniście się wyprowadzić i mówię tutaj też o tobie Alaricu i Williamie –– zwrócił się do moich braci, na co Will prychnął.
            –– Wuju, wiemy, że się o nas martwisz, ale nigdzie się nie wybieramy. To jest nasz dom –– powiedział dobitnie najmłodszy Meadowes, na co wuj westchnął głęboko.
–– Niczym was nie przekonam, prawda? –– upewnił się i spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. –– W takim razie polej mi szklaneczkę Ognistej, moja bratanico. –– Puścił mi oko, a ja wywróciłam oczami, po czym udałam się do barku, by nalać trunku. Alaric z daleka wskazał również na siebie, a Allie posłała mu rozbawione spojrzenie. Czułam się parszywie, więc stwierdziłam, że alkohol nie będzie takim złym pomysłem.
Nalałam trunek sobie, wujowi, Alaricowi i Willowi, bo wiedziałam, że Allie nie przepada za alkoholem, w odróżnieniu do mojego najstarszego brata, którego był to ulubiony sposób na „odpoczynek”. Allie postanowiła zabrać się za obiad, w którym chciałam jej pomóc, jednak kobieta szybko wygoniła mnie z kuchni, sądząc, że narobię więcej szkód niż pożytku. Oczywiście William nie mógł powstrzymać się od komentarza na ten temat i tym sposobem rozgrzała się między nami kłótnia.
–– Znowu zaczynacie… –– mruknął Alaric i pokręcił głową. Spojrzałam na niego ostrzegawczo, by nie wtrącał się w naszą rozmowę. William postąpił identycznie jak ja, dlatego po chwili zamiast kontynuować naszą małą wymianę zdań, roześmialiśmy się i stuknęliśmy szklankami.
–– Tak sobie pomyślałem… –– zaczął wuj Robert i podrapał się po brodzie. –– Czy bardzo będzie wam ciążyć, jeśli zatrzymam się u was na dłuższy czas? –– zapytał.
–– Wuju, możesz tu zostać tak długo, jak tylko będziesz miał ochotę. To ogromny dom, tym bardziej, że William nas opuścił i… –– mówił Alaric, jednak gwałtownie przerwał, spoglądając na mnie kątem oka.
–– Syriusz również. –– Zakończyłam za niego, a mój wuj zaczął przyglądać mi się badawczo. –– Już tu nie wróci –– dodałam pewnie. Robert wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę, a potem położył swoją dłoń na mojej i ścisnął mocno.
–– Jesteś wspaniałą kobietą. Pamiętaj o tym, zawsze –– poprosił. Wzruszyłam się słysząc jego słowa i pokiwałam głową na znak zgody. Musiałam być silna, dla mojej rodziny.
Godzinę później zajadaliśmy się obiadem, który przygotowała żona mojego brata. Uwielbiałam jej kuchnię, wszystko co trafiło w jej ręce, zawsze było przepyszne. Tylko dzięki niej dobrze się odżywialiśmy, bo nikt z Meadowes nie potrafi gotować. To rodzinne, naprawdę.
Przesiedzieliśmy cały wieczór razem, a gdy każde z nas skierowało się do swoich pokoi, poczułam pustkę. Moja sypialnia wydawała się za duża na jedną osobę. Usiadłam na łóżku i dotknęłam lekko poduszki, na której spał Syriusz. Od wielu tygodni nie rozmawialiśmy ze sobą, a na spotkaniach Zakonu Feniksa, umiejętnie się omijaliśmy. U Lily i Jamesa również bywaliśmy często, jednak osobno. Ciężko było mi się pogodzić z tym wszystkim, ale uważałam, że to dobry pomysł, póki sama nie zrozumiem siebie.
Nagle usłyszałam hałas i dostrzegłam sowę, która dobija się do mojego okna. Podeszłam, otworzyłam je, a sowa wyciągnęła nóżkę, w której znajdował się list. Zabrałam go i pospiesznie usiadłam na łóżku i drżącymi dłońmi zaczęłam otwierać list od Regulusa, do którego napisałam wczorajszej nocy.

Bądź w Soho, blisko Queen's Theatre. Znajdę Cię, o każdej porze.

Wpatrywałam się w pergamin, a stres opanował moje ciało. Wstałam gwałtownie, pewna, że muszę się z nim spotkać i porozmawiać. Przebrałam się szybko i wyszłam z domu, najciszej jak się da. Miałam nadzieję, że nikt mnie nie nakryje. Teleportowałam się do  centralnej część dzielnicy West End. Godzina wskazywała pierwszą w nocy. Stanęłam na środku, nie wiedząc gdzie mam się udać, ani jakim cudem Reg ma mnie znaleźć, ale uwierzyłam mu na słowo. W pewnym momencie zatrzymałam wzrok na witrynie sklepu jubilerskiego i mimowolnie zaczęłam się bawić pierścionkiem, który otrzymałam od Syriusza na święta. Z jakiegoś powodu nie chciałam go zdejmować, był dla mnie bardzo cenny, tak jak sam Black.
Stałam tam kilkanaście minut, gdy nagle ktoś złapał mnie za ramię. Przestraszyłam się, chcąc wyciągnąć różdżkę, ale poczułam jak czyjaś dłoń łapie mnie za moją. Spojrzałam na mężczyznę, a oczy młodszego Blacka, przeszywały mnie na wskroś. Poczułam ciepło w sercu, widząc go całego i chciałam coś powiedzieć, ale czarnowłosy przyłożył palec do swoich ust. Złapał mnie za rękę, po czym teleportowaliśmy się przed drzwi mieszkania. Nie wiedziałam gdzie jesteśmy, jednak po chwili Regulus wymruczał jakieś zaklęcie, a zamek w drzwiach przekręcił się. Otworzył je i gestem ręki zaprosił mnie do środka, bym pierwsza weszła. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Znajdowaliśmy się w małej kawalerce, w której musiał urzędować Black. Mężczyzna zamknął drzwi, rzucając zaklęcia, po czym zdjął kaptur i przyjrzał mi się uważnie.
–– Jesteśmy nadal w Londynie? –– palnęłam bez namysłu, a na twarzy czarnowłosego pojawił się zawadiacki uśmiech.
–– To nie jest porwanie –– zaznaczył, a ja zawstydziłam się lekko. Czułam rumieńce na twarzy. Odwróciłam się od mężczyzny, by nie dostrzegł mojego zawstydzenia, choć miałam wrażenie, że już dawno to wyczuł, bo przyglądał mi się zaciekawiony.
–– Wiem, że nie –– powiedziałam od siebie, podchodząc do okna, gdzie widok rozciągał się na Covent Garden. –– Mogłam się domyśleć, że masz artystyczną duszę –– dodałam, podśmiewając się.
–– Napijesz się czegoś? –– zapytał, stojąc w kuchni.
–– Procentów, potrzebuję procentów –– poprosiłam i ponownie wywołałam zaciekawienie na twarzy Blacka. Uśmiechnął się lekko, po czym wyjął dwie szklanki i napełnij je Ognistą Whiskey. Czułam jak pocą mi się ręce i sama nie wiedziałam, dlaczego ta sytuacja, tak bardzo na mnie działa. Wzięłam głęboki oddech, by się uspokoić, a po chwili podszedł do mnie Regulus i podał mi szklankę z trunkiem. Wypiłam dość sporego łyka, odstawiłam szkło i odwróciłam się w stronę mężczyzny, przyglądając mu się badawczo.
–– Co tutaj robisz, Meadowes? –– Jego oczy zaglądały w moją duszę, a ja czułam się całkowicie obnażona ze wszystkiego. Miałam wrażenie, że Black rozumie mnie, moje zachowania i każdą sprzeczność, która we mnie narastała.
–– Umm… –– zacięłam się, nie potrafiąc odpowiedzieć na pytanie Blacka.
–– Syriusz nie będzie zadowolony, gdy się o tym dowie –– dopowiedział, a ja przegryzłam wargę.
–– Rozstaliśmy się. –– Regulus zmarszczył brwi i spojrzał na mnie zdziwiony. Wiedziałam, że nie tego się spodziewał.
–– Powiedziałbym, że mi przykro, ale… –– odpowiedział, przyglądając mi się badawczo.  
–– To ty byłeś tego powodem –– wyszeptałam, odkrywając się przed nim. –– Jakaś część mnie nie potrafi, nie chce… zapomnieć o tobie –– zwierzyłam się, nie przerywając naszego kontaktu wzrokowego. Widziałam te emocje w jego oczach. Wydawało mi się, że nadal nie pojmuje tego, co właściwie się dzieje. Ja też tego nie pojmowałam.
–– Ciężko uwierzyć, że to nie jest sen –– mruknął w końcu, kręcąc głową.
–– Nie planowałam tego Reg, ale… ja… zakochałam się w tobie. –– Zdałam się na odwagę i powiedziałam mężczyźnie to, co czułam. Musiałam być szczera sama ze sobą, jak i z nim. Ostrożnie położyłam rękę na jego klatce piersiowej, nie spodziewając się, że tak bardzo go zaskoczę. Myślałam, że może się czegoś domyślać.
Regulus się nie odzywał. Przeszywał mnie spojrzeniem, by po chwili zbliżyć się do mnie bardziej i złożyć na mych ustach pocałunek. Gdy nasze usta zetknęły się ze sobą, poczułam niesamowitą euforię i pragnienie, którego moje ciało już dawno nie odczuwało. Chwilę później nasze pocałunki stały się bardziej namiętne i żarliwie. Ręce mężczyzny zacisnęły się mocniej na mojej tali, a ja zarzuciłam mu ręce na szyję. Chwilę później bez najmniejszego wysiłku, czarnowłosy podniósł mnie, a ja zaczepiłam się o niego nogami. Pożądanie, jakie ogarnęło moje ciało, było wprost niewyobrażalne. Black położył mnie na łóżku, namiętnie całując każdy skrawek mojego ciała. W tym momencie liczył się on i jego żarliwe pocałunki na moim ciele. Gdy nasze usta ponownie się złączyły, zarzuciłam jedną nogę na niego, chcąc poczuć go bliżej. Naprawdę nie mam pojęcia kiedy pozbyliśmy się wzajemnie swoich ubrań, ale widok nagiego Rega, ponownie wywołał we mnie falę pożądania. Gdy czarnowłosy dotykał moich piersi, mruczałam cicho, błagając, by nie przestawał. Wygięłam się w łuk, czując kolejne doznania ze strony mężczyzny.
Noc, która nas połączyła, była dowodem na to, że nie da się wygrać z miłością. Miłością, która kiełkuje w każdym z nas, która w pewnych przypadkach, takich jak ten, jest zakazana.
Więc dlaczego, gdy tylko przebudziłam się nad ranem, czułam tak mocne wyrzuty sumienia, że chciałam zapaść się pod ziemię.
Och, Syriusz.
Syriusz, Syriusz, Syriusz.
Nie, to Regulus.
–– Znam cię Dor, wiem, że czujesz wyrzuty sumienia –– powiedział mi Reg, gdy kierowaliśmy się w stronę parku, bym mogła w spokoju się teleportować. –– Nie spodziewałem się, że i ja jakieś poczuję, a jednak. Mimo to, chcę, byś wiedziała, że to najwspanialsza noc w moim życiu. Jesteś jedyną osobą, która w pełni potrafi zaakceptować to, jaki jestem, co więcej, pokochałaś mnie za to –– mówił. –– Dziękuję, za wszystko, a teraz odnajdź samą siebie. To czego potrzebujesz, to nie ja, nie Syriusz, mała. Potrzebujesz poznać i spędzić czas tylko i wyłącznie ze sobą. –– Musnął delikatnie moje usta i nie czekając na moją odpowiedź, odwrócił się na pięcie i zniknął.


Przez ostatnie tygodnie wiele czasu spędzałem na misjach dla Zakonu. Nadal mieszkałem u Lunatyka, którego ostatnio naprawdę bardzo mało widywałem. Remus potrafił znikać na tygodnie, a wracał zmęczony, poraniony. Wymagał opieki i prawdę mówiąc, cieszę się, że miał wtedy mnie. Pomagałem mu i podczas pełni księżyca, trwałem przy jego boku. Biegaliśmy po lesie, a ja robiłem wszystko, by mój przyjaciel, chociaż przez chwilę, był szczęśliwy i zapomniał o problemach.
Wszystko się zmieniło tego dnia, gdy sam Albus Dumbledore złożył wizytę w posiadłości Potterów, w której akurat przebywałem, co nie było niczym nowym. Siedzieliśmy przy stole wraz z Harrym, którego próbowała nakarmić Lily, choć nie było to proste, bo chłopiec ciągle czymś się rozpraszał. Zaśmiewałem się w niebogłosy, komentując, że od razu widać geny Rogacza. Usłyszeliśmy dzwonek do drzwi i po chwili do salonu wszedł nasz były profesor. Przywitaliśmy się z nim serdecznie, a Lily zaproponowała gorącą herbatę.
–– Bardzo wam dziękuję za gościnę. –– Dumbledore uśmiechnął się, a wzrok utkwił w Harrym, który wpatrywał się w niego zaciekawiony i pokazywał palcem w jego stronę. Zapewne był pod wrażeniem długiej brody i niesamowitej elegancji, która cechowała dyrektora. –– Przykro mi, że przychodząc, nie mam dla was dobrych wieści –– powiedział i poprawił swoje okulary połówki. Lily usiadła przy stole i złapała Jamesa za rękę. –– Obawiam się, że wasza rodzina jest kolejnym celem Voldemorta. –– Widziałem jak rudowłosa mocniej złapała rękę Pottera, a ja mimowolnie zacisnąłem dłoń w pięść.
–– Skąd ta pewność? –– zapytał Rogacz, a jego zacięta mina ukazywała gotowość do walki.
–– Pewności nigdy nie ma, ale nie możemy tego zbagatelizować. Zaklęcie Fideliusa jest jedynym rozwiązaniem –– tłumaczył. –– Zostanę waszym Strażnikiem Tajemnicy.
–– Z całym szacunkiem profesorze, ale… Chciałbym, żeby Syriusz został naszym Strażnikiem. –– Wzrok Jamesa spoczął na mnie, a ja pokiwałem głową na znak zgody, pewny swego.
–– Jesteście pewni? Nie mam do ciebie zastrzeżeń, Syriuszu, ale to będzie bardzo niebezpieczne. –– Dumbledore spojrzał na mnie.
–– Dam sobie radę. –– Wypiąłem dumnie pierś.
–– W takim razie postanowione. Będę się już zbierał, dziękuję za herbatę. –– Albus wstał, uśmiechnął się w kierunku małego Harry’ego i zniknął tak szybko, jak się pojawił.
Lily poszła położyć małego, a ja wraz z Jamesem rozmawialiśmy na temat wiadomości, którą przyniósł nam Dumbledore.
–– James, mam lepszy pomysł –– zacząłem, gdy zostaliśmy sami. –– Niech Peter zostanie waszym Strażnikiem Tajemnicy. Tylko ty będziesz o tym wiedział. Inni będą przekonani, że to ja. To będzie idealna przykrywka –– mówiłem, ciesząc się, że wpadłem na tak świetny pomysł.
–– To nie głupie, Black. –– Potter pokiwał głową. –– Nikt nie będzie podejrzewał naszego Glizdogona.
–– Nikt nie może o tym się dowiedzieć –– zaznaczyłem. –– Lily…
–– Nie dowie się, spokojnie –– przerwał mi Rogacz. –– Nie lubię mieć przed nią tajemnic, ale na pewno by panikowała, a tego chcemy uniknąć.
–– Dokładnie.

Tydzień później poprosiliśmy Petera o spotkanie, u Lunatyka w domu. Remusa nie było i na pewno miał nie wrócić tej nocy, więc było to bezpieczne miejsce, byśmy mogli sami się spotkać. Siedziałem z Rogaczem w salonie, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Wpuściłem przyjaciela do środka i zaproponowałem coś do picia, jak na dobrego gospodarza przystało.
–– Peter, dobrze cię widzieć, przyjacielu. –– James podszedł do chłopaka i poklepał go po plecach, zatapiając go w niedźwiedzim uścisku. Peter trochę się zmieszał, ale po chwili również odwzajemnił uścisk. Zrobiłem to samo, po czym usiedliśmy w salonie, rozmawiając o ostatnich wydarzeniach.
–– Glizdogonie, chcieliśmy spotkać się z tobą sami i jest tego konkretny powód –– zacząłem poważnie. Słyszałem, jak Pettigrew wciąga powietrze, zestresowany. –– Spokojnie, nic ci nie grozi –– uspokoiłem go. –– James i Lily są w niebezpieczeństwie, przyjacielu i to właśnie my musimy mu pomóc –– powiedziałem.
–– Mmm..yyy? –– zająkał się. –– Syriuszu…
–– Peter, chciałbym, żebyś został moim Strażnikiem Tajemnicy –– zwrócił się James do brązowowłosego, którego oczy rozszerzyły się jak spodki. –– Nie bój się. Wszyscy będą myśleć, że Syriusz nim jest.
–– Ale… alee.. jak to? –– Peter pociągnął nosem, wpatrując się w nas. –– Nic z tego nie rozumiem…
–– To proste. James i Lily będą bezpieczni i ty również. Volde…
–– Nie wypowiadaj tego imienia! –– przerwał mi.
–– Dobrze, dobrze… –– Wywróciłem oczami. –– Sam-Wiesz-Kto i tak czyha na moje życie. Nikt, by się nie zdziwił, gdybym został Strażnikiem Tajemnicy, a w ten sposób, gdyby coś mi się stało, wy będziecie nadal bezpieczni. To dobry układ, Peter –– wytłumaczyłem.
–– Ja.. nie wiem…
–– Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi –– dodałem, widząc zawahanie chłopaka. –– Musimy wspierać się wzajemnie.
–– Tak, tak… Jesteśmy przyjaciółmi –– powtórzył Pettigrew. –– Zgadzam się. –– Uśmiechnął się w naszą stronę, a Rogacz poklepał go wdzięcznie po ramieniu.
–– Wygramy tą wojnę, czuję to w kościach –– rzekł do mnie Rogacz, gdy pożegnaliśmy się z Peterem. –– Nie wiedziałem przyjacielu, że potrafisz być tak mądry.
–– Czasem moje szare komórki jeszcze się do czegoś nadają –– mruknąłem, a chwilę później James również mnie opuścił, wracając do domu, gdzie czekała na niego żona i synek.
Usiadłem w salonie i nalałem sobie szklaneczkę Ognistej. Ostatnio bardzo często spędzałem tak wieczory, co nie było pocieszające. Wszak od długiego czasu… nie byłem sam, tak jak teraz. Moje myśli pobiegły ku brązowowłosej. Zastanawiałem się, czy wszystko u niej w porządku i jak sobie radzi. Oczywiście miałem relację z pierwszej ręki, od Potterów, gdyż Lily nigdy nie szczędziła rozmów na jej temat. Wydawało mi się, że nadzieja o tym, że ja i Dorcas możemy być znowu razem, nie opuszczała jej. Głęboko wierzyła w to, że uda nam się poukładać nasze problemy i będziemy mogli liczyć na siebie wzajemnie. Schlebiała mi, ale na tą chwilę nadal nie czułem się na siłach, by móc próbować ponownie.
Tęskniłem za nią, ale także za całą rodzinę Meadowes. Pomyślałem o Alaricu, z którym zdążyłem bardzo się zżyć i upiłem kolejny łyk alkoholu. Powinienem z nimi porozmawiać… Zapytać czy wszystko w porządku, tak po prostu.
Powinienem również przestać omijać Dorcas. Sytuacja dla nas obojga jest niekomfortowa, mimo to mamy wspólnych przyjaciół, jak i chrześniaka, który potrzebuje oboje rodziców chrzestnych. Minął już jakiś czas od naszego rozstania… więc powinniśmy zachować się jak dorośli ludzie i przestać przed sobą uciekać.
Wyobraziłem sobie to. Ja i ona w tym samym pomieszczeniu i wiecie co?
To nie mogło skończyć się dobrze.
Ja i ona.
Merlinie, dopomóż mi.


Od Autorki: Hej! Jestem coraz bardziej podekscytowana końcem serii i wprost nie mogę oderwać się od pisania. Dawno tak nie miałam, więc tym bardziej się cieszę! Co sądzicie o rozdziale? Spodziewacie się najgorszego względem Potterów, czy może jednak nie? Nie przeszkadza wam, że rozdziały pojawiają się teraz tak często?
Pozdrawiam ;*
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline