Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rudolf Lestrange. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rudolf Lestrange. Pokaż wszystkie posty

2019/07/01

Rozdział 60 „Istniejemy póki ktoś o nas pamięta”

8 komentarzy:
Hope
[w tym fragmencie znajduje się wiele dialogów i opisów z książki Harry Potter i Zakon Feniksa – zmodfikowanych na potrzebny opowiadania]

–– Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać nazwisko i powód wizyty.
–– Harry Potter, Ron Weasley, Hermiona Granger –– odpowiedział Harry bardzo szybko. –– Ginny Weasley, Neville Longbottom, Luna Lovegood, Hope… –– zatrzymał się na chwilę.
–– Meadowes-Black –– dodałam pewnie, a chłopak kiwnął głową.
–– Jesteśmy tu, żeby kogoś uratować, chyba że wasze Ministerstwo zrobi to pierwsze!
–– Dziękuję –– odparł chłodny damski głos. –– Gości prosimy o wzięcie plakietek i umieszczenie ich z przodu swojej szaty.
Siedem tabliczek wysunęło się z metalowej rynienki, którą zwykle wylatują niewykorzystane monety. Hermiona zebrała je i bez słowa podała mi oraz Harry'emu ponad głową Ginny. Spojrzałam na pierwszą z nich, Hope Meadowes-Black, Misja Ratunkowa.
–– Goście Ministerstwa są zobowiązani poddać się przeszukaniu i oddać swoje różdżki do rejestracji przy biurku ochrony, które znajduje się na przeciwległym końcu atrium.
–– Świetnie! –– powiedział głośno Harry, który trzymał się kurczowo za bliznę. Musiała znów dawać mu się we znaki. –– Czy możemy wreszcie ruszyć?
Podłoga budki zadygotała i chodnik pojechał w górę za jej szybami. Żerujące Śmiercioślady znikały z pola widzenia. Ciemność zamknęła się nad naszymi głowami i z głuchym, skrzypiącym dźwiękiem spłynęliśmy na dół w głębiny Ministerstwa Magii.          
Promień miękkiego złocistego światła dotknął ich stóp i, rosnąc, oświetlił z wolna ich całych. Harry ugiął kolana i uchwycił różdżkę tak mocno, jak tylko zdołał w takim ścisku i przylgnął do szyby, aby sprawdzić, czy w atrium ktoś na nas czeka, ale zdawało się ono całkiem puste. Światło było słabsze niż za dnia, w kominkach po obu stronach nie płonął żaden ogień.
–– Ministerstwo Magii życzy przyjemnego wieczoru –– oznajmił damski głos.
Pół godziny później udało nam się odnaleźć to miejsce: wysokie jak katedra i wypełnione wyłącznie piętrzącymi się półkami, na których stały małe, zakurzone szklane kule. Połyskiwały mętnie w świetle sączącym się z lichtarzy, umieszczonych na półkach w pewnych odstępach. Podobnie jak te w okrągłej sali, świece płonęły niebieskim płomieniem. W pomieszczeniu było bardzo zimno. Harry ruszył naprzód i podążył jednym z mrocznych przejść między dwoma rzędami półek. Poszłam od razu za nim, rozglądając się naokoło. W pomieszczeniu panowała cisza.
–– Mówiłeś, że to był rząd dziewięćdziesiąty siódmy –– wyszeptała Hermiona do Harry’ego.
–– Tak –– odszepnął Harry, spoglądając w górę na koniec najbliższego rzędu. Poniżej pęku płonących niebiesko świec, w świetle rzucanym przez nie lśniła srebrna liczba pięćdziesiąt trzy.
–– Myślę, że powinniśmy iść w prawo –– wyszeptała Hermiona, zezując w stronę następnego rzędu. –– Tak... tu jest pięćdziesiąt cztery...
–– Trzymajcie różdżki w pogotowiu –– powiedział cicho Harry, a my kiwnęliśmy głowami. Wypatrywałam mojego tatę, jednak niczego nie mogłam dostrzec.
–– Jest dokładnie na końcu –– powiedział Harry, któremu trochę zaschło w ustach. –– Stąd nie widać dokładnie. –– I poprowadził nas między wznoszącymi się rzędami szklanych kul. Niektóre błyskały delikatnie, kiedy przechodzili.
–– Powinien być blisko –– wyszeptałam, przekonana, że każdy następny krok ukaże mi  sylwetkę Syriusza na tle ciemnej posadzki. –– Gdzieś tu... naprawdę blisko...
–– Harry... –– odezwała się Hermiona nieśmiało, ale chłopak nie chciał jej odpowiedzieć.
–– Gdzieś zaraz... tutaj... –– dopowiedział. Dotarliśmy do końca rzędu i wkroczyliśmy w mętne światło świec. Nikogo tam nie było. Tylko dzwoniąca, zakurzona cisza dookoła. –– Może być... –– wyszeptał chrypliwie Harry, zaglądając w następną alejką. –– Albo może... –– w pośpiechu zajrzał w następną uliczkę.
–– Harry? –– odezwała się znowu Hermiona.
–– Co? –– prychnął.
–– Ja... ja myślę, że Syriusza tu nie ma.
–– Harry? –– zawołałam oddalając się od reszty. Ulżyło mi, że nie ma tutaj mojego taty. Prawdę mówiąc byłam przeszczęśliwa, że okazało się, że to fałszywy alarm. Miałam nadzieję, że nie cieszę się za wcześnie.
–– Co?
–– Widziałeś to? ––zapytałam.
–– Co? –– spytał Harry, ale tym razem skwapliwie. –– No co? –– powtórzył Harry ponuro.
–– Pod... pod tą jest twoje imię –– powiedziałam i spojrzałam na chłopaka, który zmarszczył brwi. Harry przysunął się trochę bliżej. Wskazywałam na jedną z małych kul, która świeciła słabym wewnętrznym światłem, chociaż była bardzo zakurzona i wydawała się nietknięta od wielu lat.
–– Moje imię? –– powtórzył tępo Harry.
Podszedł do półki i wyciągał szyję, aby odczytać żółtawą etykietkę, przytwierdzoną do półki dokładnie pod zakurzoną szklaną kulą. Cienkim i kanciastym pismem wypisano na niej datę sprzed jakichś szesnastu lat, a poniżej:

S.P.T. do A.P.W.B.D.
Czarny Pan
i (?) Harry Potter

Harry zapatrzył się na nią.
–– Co to jest? –– dopytywał się Ron, najwyraźniej wystraszony. –– Co tu robi twoje imię? –– Przyjrzał się pozostałym etykietkom na najbliższych półkach. –– Mnie tu nie ma –– zauważył zakłopotany. –– Nikogo z pozostałych nas tu nie ma.
–– Harry, sądzę, że nie powinieneś tego ruszać –– powiedziała Hermiona ostro, gdy wyciągnął rękę.
–– Dlaczego? –– zaprotestował. –– To ma coś wspólnego ze mną, prawda?
–– Nie, Harry! –– odezwał się nagle Neville. Harry spojrzał na niego. Okrągła twarz Neville'a lśniła lekko od potu. Wyglądał, jakby już nie był w stanie znieść dalszej niepewności.
–– Pod nią jest moje imię –– powiedział Harry. Zacisnął palce na pokrytej pyłem powierzchni kuli. Oczekując, a nawet mając nadzieję, że stanie się coś dramatycznego, coś ekscytującego, co nada w końcu sens ich długiej i niebezpiecznej podróży, Harry podniósł szklaną kulę z jej półki i spojrzał w nią. Absolutnie nic się nie stało. Stłoczyliśmy się wokół Harry'ego, przyglądając się kuli, którą przecierał z pokrywającego ją kurzu.
I wtedy, tuż za nami, rozległ się cedzący słowa głos:
–– Bardzo dobrze, Potter. A teraz odwróć się, grzecznie i powoli daj mi to.

*

Wbiegliśmy przez drzwi i w jednej chwili zaczęliśmy spadać w dół. Za pomocą magii wylądowaliśmy gładko na nawierzchni i zaczęliśmy się rozglądać, by oszacować, gdzie się znajdujemy. Usłyszałam krzyk, a żołądek podszedł mi do gardła. Kątem oka spojrzałam na Syriusza, który również skupił na mnie wzrok. Widziałam tą miłość, która bije od niego na kilometr. Musiałam wyglądać podobnie, ponieważ Moody przerwał naszą wymianę spojrzeń i rozkazał się skupić. Pobiegliśmy przed siebie, nasłuchując odgłosów walki, gdy nagle dostrzegliśmy mnóstwo szkła na podłodze. Zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć co się stało, gdy nagle dostrzegłam ciało na posadzce. Przerażona, zdałam sobie sprawę, że jest to nie kto inny jak Hermiona Granger. Tonks podbiegła do niej w ekspresowym tempie i sprawdziła puls.
–– Żyje! –– krzyknęła, a ja odetchnęłam z ulgą. Kobieta chwilę później ocuciła Hermionę, która rozglądała się, przerażona.
–– Co z Harrym? Hope żyje? –– dopytywała, a ja słysząc te dwa pytania o mało nie dostałam zawału. Modliłam się w duchu, by nic im nie było. Kochałam ich i chciałam, żeby byli cali i zdrowi. Ze mną.
–– Nie mamy czasu –– warknął Moody i wskazał laską na drzwi, znajdujące się na końcu korytarza. Podbiegliśmy do nich i otworzyliśmy, a naszym oczom ukazał się kamienny łuk, a wokół niego zgromadzeni byli Śmierciożercy oraz dzieciaki. Ginny, blondwłosa dziewczyna i brązowowłosy chłopak, których nie znałam, oraz Hope byli przetrzymywani przez Śmierciożerców z różdżkami przy skroniach. Ron leżał nieruchomo z mózgiem, a macki zostawiały coraz więcej śladów na skórze. Za to na krtani Harry’ego znajdowała się mocno zaciskająca się dłoń Bellatrix Lestrange. Gdy to dostrzegłam, zagotowało się we mnie i nie myśląc długo, zaatakowaliśmy, a masa zaklęć przelatywała nam nad głowami. Biegłam przed siebie, by jak najszybciej znaleźć się przy Hope.  Nagle na mojej drodze pojawił się Rudolf Lestrange. Wyciągnęłam daleko różdżkę przed siebie i wpatrywałam się zajadle w czarnowłosego.
–– Żałuję, że mieliśmy dla siebie tak mało czasu –– powiedział i uśmiechnął się niczym szaleniec. Nie odpowiedziałam na jego zaczepkę, tylko zaczęłam rzucać zaklęcia, by móc się przez niego przebić do mojej córki. Nasza walka stawała się coraz bardziej brutalna.
–– Protego! –– Bariera wytworzyła się wokół mnie w tym samym momencie, gdy czarnowłosy rzucił na mnie niebezpieczne zaklęcie.
–– Nie baw się ze mną w kotka i myszkę –– warknął, a ja widziałam, że staje się coraz bardziej zdenerwowany. Kątem oka spojrzałam w swoją prawą stronę, niepotrzebnie, ponieważ zobaczyłam, jak Bellatrix pojedynkuje się z Tonks która nagle upadła. Przeraziłam się i chciałam do niej podbiec, jednak czarnowłosy nie pozwalał mi na to.

*

Kingsley stał tuż blisko mnie i pojedynkował się z dwoma Śmierciożercami. Straciłem z oczu Dorcas, co nie napawało mnie optymizmem. Gdy dostrzegłem, że magiczne oko Moody'ego wiruje po podłodze, a jego właściciel leży na boku krwawiąc z głowy, poczułem niepohamowaną wściekłość. Spojrzałem na Dołohowa, który był odpowiedzialny za stan Szalonookiego i kierował różdżką w stronę Harry’ego i Nevilla, staranowałem mężczyznę i z całej siły uderzyłem go w bok. Nie myśląc długo zacząłem ataktować Śmierciożercę, który nie pozostawał mi dłużny. Z naszych różdżek tryskały iskry, a zaklęcia stawały się coraz bardziej potężne. Nagle upadłem na kolano i skierowałem głowę ku mężczyźnie, który już we mnie mierzył.
–– Petrificus Totalus! –– krzyknął Harry i pojawił się tuż przede mną. Dołohow upadł z łoskotem, a chłopak podał mi dłoń, na której się wsparłem.
–– Nieźle –– pochwaliłem go i chwilę później oboje zniżyliśmy głowy, chroniąc się przed zaklęciami lecącymi w naszą stronę. –– A teraz bierz resztę i wynoście się stąd –– dodałem i nagle zielony promień światła świsnął mi koło głowy. Spojrzeliśmy przez salę i w połowie schodów zobaczyliśmy upadającą Tonks. Jej bezwładne ciało zwalało się w dół po kamiennych ławach, a triumfująca Bellatrix biegła z powrotem w kierunku bitwy. Odwróciłem się ponownie w stronę czarnowłosego. –– Bierz przepowiednię i uciekajcie! –– powtórzyłem i popędziłem ku Bellatrix, którą miałem nadzieję, że zetrę w pył.
–– Tato! –– Ujrzałem Hope jak biegnie w moją stronę i przytuliłem ją do siebie z całej siły. –– Myślałam… –– zaczęła, a głos ugrzązł jej w gardle.
–– Nic mi nie jest, skarbie. –– Uspokoiłem ją. –– Uciekajcie, proszę. Nie wybaczę sobie, jeśli coś ci się stanie.
–– Zrobię dla ciebie wszystko –– wyszeptała, a ja ponownie utuliłem ją do siebie.
–– A ja dla ciebie, kocham cię, Hope. A teraz zmiatajcie stąd.

*

–– Confringo! –– krzyknęłam i wycelowałam w kamień tuż obok Lestrange. Nastąpiła eksplozja, a Rudolfa odrzuciło do tyłu. Pobiegłam przed siebie, próbując w tłumie znaleźć Hope, jednak bezskutecznie. Zaczęłam się bać, że nigdzie jej nie ma.
–– Mamo! –– Usłyszałam nagle i odwróciłam się w stronę krzyku. Brązowowłosa krwawiła z ramienia, a Remus podtrzymywał ją tak, by mogła iść. W ciągu kilku sekund przybiegłam do nich i sprawdziłam ranę córki.
–– Dorcas, nie mamy teraz na to czasu –– powiedział do mnie Lupin, a ja zacisnęłam zęby, zdając sobie sprawę, że ma rację.
–– Nic mi nie będzie –– powiedziała dziewczyna. –– Znajdźmy resztę i zbierajmy się st… –– Hope nie dokończyła, ponieważ przy naszej trójce nastąpiła ogromna eksplozja. Upadłam na zimną posadzkę, a głową uderzyłam w wystający kamień. Mimowolnie złapałam się za głowę, czując sączącą się krew.
–– Nie tak szybko, Meadowes –– warknął Lestrange i wymierzył we mnie różdżką. –– Myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? Diffindo! –– Siła zaklęcia zostawiła krwawiące przecięcie na moim policzku. Lestrange bawił się mną. Próbowałam wstać, jednak kręcenie w głowie, spowodowane przez upadek, dawało mi się we znaki. Nagle tuż obok Rudolfa pojawił się Lupin i uderzył go z całej siły pięścią w głowę. Mężczyźnie różdżka wypadła z ręki, a Remus wykorzystał moment i obezwładnił Śmierciożercę. Odetchnęłam z ulgą i powoli wstałam, chcąc znaleźć Hope.
–– Drętwota! –– Usłyszałam krzyk i odwróciłam się nagle, widząc jak czerwony snop światła mknie w moją stronę. Nie miałam szans, by zdążyć przed nim uciec, gdy niespodziewanie przede mną pojawiła się Hope i zasłoniła mnie własnym ciałem. Moja córka upadła na ziemię, a ja razem z nią, trzymając ją w ramionach. Leżała nieruchomo, oszołomiona i straciła przytomność. Warknęłam zła i skierowałam swój wzrok do mężczyzny, który był za to odpowiedzialny. Rockwood uśmiechał się głupkowato i ponownie skierował różdżkę w moją stronę.
–– Protego! –– Odbiłam atak i walcząc sama ze sobą, ponownie rzuciłam się w wir walki. Pobiegłam bliżej i dopiero teraz dostrzegłam, że Syriusz pojedynkuje się z Bellatrix.
–– Przepowiednia, Potter, daj mi przepowiednię! –– warknął głos Lucjusza Malfoya, a ja odwróciłam się w stronę Harry’ego i blondwłosego, który wręcz wbijał mu koniec różdżki w gardło.
–– Nie! Odwal się... Neville... łap ją! –– odwarknął Harry i rzucił przepowiednię po podłodze, a Neville przetoczył się na plecy i przygarnął kulę do piersi. Malfoy przeniósł różdżkę na Neville'a, ale Harry wytknął różdżkę przez ramię i wrzasnął. –– Impedimenta!  –– Malfoya odrzuciło i mężczyzna wpadł na podest, na którym Syriusz walczył z Bellatrix. Malfoy ponownie wycelował różdżką w Neville'a, ale zanim zdołał zebrać oddech, by zaatakować ponownie, wskoczyłam między nimi.
–– Harry, weź pozostałych i uciekajcie! Teraz! –– krzyknęłam, a Potter pokiwał głową i zabrał Nevilla pod pachę, jednak w tym samym momencie, gdy chłopak schodził, obok niego trafiło zaklęcie. Sturlał się po stopniach, rozbijając przepowiednie, lecz mimo to nie dawał za wygraną. Nagle chłopak zaczął się w coś wpatrywać, więc odwróciłam się w tamtą stronę i dostrzegłam, że w ramie drzwi prowadzących do Komnaty Mózgów z uniesioną w górę różdżką, z twarzą bladą i gniewną stał Albus Dumbledore.

*

Tonks leżała nieprzytomna, tak samo jak moja córka. Miałem ochotę zabić wszystkich Śmierciożerców, znajdujących się w tym pomieszczeniu i naprawdę bardzo musiałem się hamować, by tego nie zrobić. W tym momencie jednak nie to było dla mnie najważniejsze, ponieważ przede mną znajdowała się moja kuzynka, Bellatrix Lestrange, o której śmierci marzyłem jeszcze od czasów szkoły.
–– Co jest Black? Zapomniałeś już jak wyglądają pojedynki? Nie dziwie się, że ukrywałeś się tyle czasu, skoro jesteś taki beznadziejny –– mówiła, a krew we mnie zawrzała. Uniknąłem smugi czerwonego światła i ponownie zaatakowałem czarnowłosą.
–– Syriusz! –– Usłyszałem krzyk mojej żony i kątem oka spojrzałem na nią. Była poobijana, a z wielu jej ran sączyła się krew. Dostrzegłem również, że do Sali wkroczył Dumbledore. Odetchnąłem z ulgą, bo wiedziałem, że pojawienie się siwowłosego przyniesie nam wygraną. Miałem tylko nadzieję, że wszyscy obecni tutaj przeżyli i ich obrażenia nie będą długotrwałe. Odwróciłem ponownie głowę ku Bellatrix i uśmiechnąłem się do niej kpiąco.
–– Tylko na tyle cię stać? –– zironizowałem, a kobieta uśmiechnęła się zwycięsko, a ja pojąłem dopiero, że zielony snop światła leci prosto na mnie. Odwróciłem lekko głowę i zobaczyłem przerażone i załzawione oczy Dorcas. Nie miałem szans.
–– Kocham cię –– wyszeptałem.

*

Kocham cię.
Nie wiedziałam kiedy, ale zaczęłam biec. Biegłam z całych sił przed siebie, słysząc naokoło osoby, które krzyczały moje imię. Nie słuchałam ich, tylko nadal biegłam przed siebie. Gdy snop zielonego światła zbliżał się ku Syriuszowi, wpadłam w jego ramiona i poczułam silne uderzenie. Gdy otworzyłam oczy, nie wiedziałam gdzie jestem.


Od Autorki: Hej kochani! 60! Wow, wow, wow! Nigdy nie myślałam, że dojdę do takiej liczby. Co myślicie o końcówce? Przed nami został tylko i wyłącznie epilog – kolejne wow! Piszcie proszę co uważacie! Pozdrawiam i do zobaczenia ;*

2019/05/19

Rozdział 53 „Za zamkniętymi drzwiami”

8 komentarzy:
Remus przyglądał mi się badawczo, a ja chodziłem w tą i z powrotem, mając ochotę coś rozwalić. Nie mogłem pozwolić na to, by Dorcas coś się stało. Nie tym razem. Tak wiele lat żyłem w przeświadczeniu, że brązowowłosa nie żyje i dopiero od niedawna los mnie zaskoczył i uświadomił, że taki szmat czasu byłem w błędzie. Minął tydzień. Zbyt długi tydzień.
–– Zbieraj się –– powiedziałem do Lupina, który wstał i położył mi dłonie na ramionach.
–– Syriuszu, to nie jest dobry pomysł –– zaczął, ale szybko mu przerwałem.
–– Nie pytam cię jaki to pomysł. Idziesz czy nie? –– sprecyzowałem, a brązowowłosy przygadał mi się przez chwilę, po czym westchnął głośno, zirytowany.
–– Pozwól, że powiadomię resztę –– mruknął i chwilę później wyczarował patronusa. –– Dokąd?
–– Dwór Malfoy’ów. Jestem pewny –– odpowiedziałem, a przyjaciel pokiwał głową.  Remus ruszył do wyjścia i raptownie odwrócił się w moją stronę.
–– Nie mamy czasu na kamuflaże. Gdyby coś się działo, przyjmij postać psa, gdy..
–– Lunatyku, przestań. Umiem sobie radzić –– zauważyłem. Wiedziałem, że przyjaciel się martwi, ale nie mieliśmy czasu na takie pogadanki. –– Czas ruszać.
Wyszliśmy pośpiesznie, udając się do miejsca, gdzie mogliśmy się deportować. Remus rozglądał się uważnie na wszystkie strony, a ja nie bacząc na konsekwencję, chciałem jak najszybciej się dostać do Malfoy’ów. Bellatrix nie miała własnego domu, odkąd Ministerstwo przejęło jej posiadłość. Jednym słusznym rozwiązaniem było zatrzymanie się u siostry, Narcyzy. Deportowaliśmy się  na terenie hrabstwa Wiltshire. Remus postanowił poczekać tu na wsparcie, ponieważ posiadłość Malfoy’ów na pewno była bardzo dobrze chroniona. Z daleka widziałem już żywopłot otaczający dom. Nie musieliśmy długo czekać, gdy przed nami pojawił się Kingsley, Tonks, Emmelina oraz Moody.
–– Nie powinno cię tu być, Black –– warknął Szalonooki, ale puściłem jego słowa mimo uszu.
–– Mamy jakiś plan? –– zapytał Kingsley, przypatrując się nam. –– Nie możemy od tak wejść do środka.
–– Z tyłu jest wnęka i wejście do piwnicy. Z piwnicy jest wejście do domu –– poinformowałem mężczyznę, który uniósł pytająco brew do góry.
–– Jestem Blackiem –– odpowiedziałem na jego nieme pytanie. –– Bywałem tu w dzieciństwie.
–– Lupin, Vance i Tonks, zabezpieczajcie tyły. My pójdziemy przodem –– rozkazał Moody, a my wykonaliśmy jego polecenie. Ruszyliśmy do przodu, a kilkanaście minut później doszliśmy od prawej strony do żywopłotu, szukając jakiegoś wejścia.
–– Jak dostaniemy się na teren? –– Emmelina spojrzała od góry do dołu na płot. Było pewne, że chronią je potężne zaklęcia.
–– Odsuńcie się –– powiedział Moody, wyciągając przed siebie swoją laskę. Skupiony, mruczał pod nosem, gdy nagle jeden strzał zrobił w płocie ogromną dziurę. Zmarszczyłem brwi, będąc pod wrażeniem jego talentu.
–– Mnie takich rzeczy nie uczyłeś… –– mruknęła Tonks, a Moody rzucił jej mordercze spojrzenie. Kobieta nic sobie z tego nie zrobiła i jedynie wywróciła oczami. Przechodziliśmy przez dziurę, uważnie lustrując otoczenie. Różdżki trzymaliśmy w pogotowiu, a ja machnąłem ręką w stronę wejścia do piwnicy. Śnieg skrzypiał pod nogami, gdy stanąłem naprzeciwko wejścia i mruknąłem krótkie Alohomora. Drzwi się otworzyły i za pomocą Lumos, oświetliliśmy sobie drogę. Schodziliśmy powoli. Otuliłem się mocniej płaszczem, czując ziąb na dole. Nagle usłyszeliśmy szmery. Moody wyciągnął rękę ku górze, byśmy się zatrzymali, a Kingsley powoli ruszył do przodu, mając różdżkę w pogotowiu.
–– Elena? –– wyszeptał otwierając szerzej oczy, a ja nie bacząc na wszystko, pognałem do przodu. Kobieta podniosła się lekko, a z obfitych ran na jej ciele, sączyła się krew.
–– Syriusz? –– szepnęła ledwie słyszalnie, a ja podbiegłem do wejścia, szarpiąc na kraty. Na nic.
–– Jestem tutaj –– powiedziałem i zbliżyłem się do niej, wyciągając ku niej dłoń. Złapała ją pewnie, a krew na jej ciele, dłoniach raziła mnie w oczy. Pogładziłem jej knykcie, wpatrując się w zmęczone oczy brązowowłosej. –– Wszystko będzie dobrze, zaufaj mi.
–– Ufam ci –– odpowiedziała cicho, a w jej oczach dostrzegłem tak wiele emocji, tak wiele uczuć, których od lat nie widziałem.
Kilka chwil później Kingsley’owi udało się otworzyć celę. Wszedłem do środka, pomagając kobiecie wstać, a następnie uniosłem ją do góry, dostrzegając, jak wiele wysiłku kosztuje ją samo ustanie na nogach. Zacisnąłem mocniej wargi, wściekły, a brązowowłosa mocniej się do mnie przytuliła. Nie miała siły rozmawiać. Kierowaliśmy się ku wyjściu, gdy usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciłem się raptownie i spojrzałem na resztę.
–– Black, zabierz ją stąd. Tonks, osłaniaj ich –– polecił Moody, a kobieta kiwnęła głową i zaczęła pierwsza się wspinać po schodach, a ja szedłem zaraz za nią. Mocno trzymałem brązowowłosą, chcąc uciec z nią jak najdalej. Na zewnątrz panował mrok, a światło różdżki Tonks oświetlało nam drogę. Z tyłu za sobą usłyszeliśmy krzyki i zaklęcia, a ja poczułem nutkę strachu, związaną z obawą o resztę. Meadowes mruknęła coś pod nosem, walcząc ze snem.
–– Będziesz bezpieczna. –– Obiecałem kobiecie. Zbliżaliśmy się do dziury w płocie, gdy nagle koło ucha świsnęło mi zaklęcie. Dorcas przebudziła się gwałtownie i spojrzała na mnie przerażona. Tonks w mgnieniu oka pojawiła się przy nas i zaczęła rzucać zaklęcia w mężczyznę, biegnącego za nami.
–– Biegnij jak najdalej i deportujcie się –– poinformowała mnie Tonks i wymówiła Protego, ochraniając nas przed atakiem. –– Nie damy radę wszyscy.
–– Nie, nie… –– wyszeptała Meadowes, próbując mi się wyrwać. Złapałem ją mocniej, dając znak, by się nie ruszała i zgodziwszy się z Tonks, pobiegłem przez dziurę w żywopłocie, próbując znaleźć się jak najdalej domu. Wiedziałem, że Dorcas potrzebuje lekarza, ale nie mogłem od tak pojawić się w Świętym Mungu. Odwróciłem się po raz ostatni, patrząc na moją kuzynkę i chwilę późnej deportowałem się z głośnym trzaskiem blisko Grimmauld Place 12. Postawiłem lekko Dorcas na ziemi, okrywając się szczelniej kapturem, po czym nie zważając na jej protesty, ponownie wziąłem ją w ramiona i pognałem do domu. Szedłem ciemnym korytarzem, słysząc głosy w kuchni, a gdy wszedłem do środka, moim oczom ukazała się znacząca ilość członków Zakonu Feniksa.
–– Syriusz! –– zawołała Hestia i podeszła do mnie szybko. –– Co z nią? Gdzie jest reszta? –– pytała i spojrzała na stan Meadowes. Skrzywiła się lekko, widząc jej rany, a ja spojrzałem jej prosto w oczy, wiedząc, że wymagam od niej tak wiele.
–– Hestio, zabierz ją do Świętego Munga, proszę –– powiedziałem do blondynki. Kobieta wpatrywała się we mnie chwilę, po czym kiwnęła głową i odwróciła się w stronę Artura.
–– Arturze, pomóż mi proszę. –– Weasley kiwnął twierdząco głową i wziął ją ode mnie na ręce, wychodząc pospiesznie razem z Dorcas i Hestią. Ja byłem gotowy wrócić do posiadłości i pomóc reszcie.
–– Ani mi się waż –– warknęła Molly, widząc moją zaciętą minę. –– Pomyśl o Harrym, pomyśl o swojej córce i pomyśl o Elenie –– powiedziała dobitnie, a ja zacisnąłem dłoń w pięść.
–– Dorcas. Nazywa się Dorcas –– odwarknąłem, wychodząc z pomieszczenia i trzasnąłem za sobą drzwiami. Przez dłuższą chwilę obmyślałem plan powrotu na pole bitwy, ale sam przed sobą nie chciałem się przyznać, że rudowłosa miała rację. Muszę myśleć o rodzinie.

*

Otworzyłam lekko oczy tylko po to, by za chwilę je zamknąć. Światło słoneczne raziło moją twarz, a ból, który promieniował z moich kończyn, dawał mi się we znaki. Uniosłam się lekko do pozycji siedzącej i od razu rozpoznałam salę szpitalną. Przekręciłam głowę w prawo, dostrzegając szklankę z wodą, którą ostrożnie podniosłam i wypiłam całą jej zawartość. Odetchnęłam głęboko, spoglądając na swoje ciało i dostrzegłam, że w wielu miejscach moje rany się zagoiły. Tylko w kilku znajdował się bandaż, a ja nadal nie mogłam uwierzyć w to, że jestem cała. Dziwnym trafem przypomniałam sobie dzień, w którym obudziłam się w Nowym Jorku, nie pamiętając niczego. Teraz pamiętałam wszystko.
Syriusz. Przyszedł po mnie.
Minęło kilka minut, gdy w drzwiach pojawiła się Hestia Jones. Uniosłam brwi zaintrygowana, spodziewając się, że będzie ona ostatnią osobą, która mogłaby tu się pojawić. Blondynka usiadła na krześle obok i posłała mi lekki uśmiech.
–– Dobrze, że już się obudziłaś –– powiedziała, nie spuszczając ze mnie wzroku.
–– Ile czasu byłam nieprzytomna? –– wychrypiałam, patrząc z utęsknieniem za pustą szklankę.
–– Trzy dni –– odpowiedziała i dostrzegła mój wzrok. Wstała i skierowała się na korytarz, by zaraz wrócić z napełnioną szklanką. Podziękowałam jej i ponownie wszystko wypiłam. –– Jak to się stało? –– zapytała. Położyłam się lekko na poduszce i spojrzałam w biały sufit.
–– Wyszłam z Ministerstwa, kierowałam się w stronę Grimmauld Place –– mówiłam, próbując przypomnieć sobie szczegóły. –– Po drodze…

*

Na zewnątrz niemiłosiernie prószył śnieg, a ja postanowiłam urządzić sobie spacer, by jeszcze raz wszystko przemyśleć. Swoje kroki kierowałam do Syriusza i miałam dziwne wrażenie, że wszystkie drogi zawsze prowadzą mnie do niego. Weszłam do parku, by skrócić sobie drogę, gdy dostrzegłam, że od kilku minut, śledzi mnie zakapturzona postać. Zmarszczyłam brwi, skręcając gwałtownie w lewo i zmieniając kurs. Przyspieszyłam, a mężczyzna za mną również przyspieszył. Kilka chwil później zatrzymałam się gwałtownie i odwróciłam do przybysza, trzymając różdżkę mocno w górze. Mężczyzna również we mnie celował.
–– Tym razem nie uciekniesz –– powiedział i odkrył kaptur. Od razu rozpoznałam czarnowłosego.
–– Rudolf Lestrange –– syknęłam i mocniej zacisnęłam place na różdżce. –– Zgubiłeś swoją pomagierkę? –– zakpiłam, a czarnowłosy uśmiechnął się szaleńczo.
–– Bella już na ciebie czeka. –– Uśmiech nie schodził mi z twarzy, a ja przełknęłam głośno ślinę. Byłam gotowa na walkę.
–– Zapłacisz… –– Nie zdążyłam dokończyć zdania, gdy poczułam uderzenie w głowę. Upadłam, a różdżka wypadła mi z rąk. Próbowałam ją odszukać, lecz na marne. Kilka chwil później poczułam kolejne uderzenie i właśnie wtedy straciłam przytomność.

*

Siedziałam na krześle, a ręce miałam przywiązane od tyłu. Metalowe kajdanki wbijały mi się w nadgarstki, powodując ból. Zmęczona fizycznie i psychicznie, wpatrywałam się z jadem w oczach w kobietę, która fundowała mi tortury.
–– Jak otworzyć Księgę Zaklęć? –– zapytała, a ja zacisnęłam wargi w cienką linię. –– Crucio! –– zawyłam z bólu, oddychając ciężko. Po polikach płynęły mi samoistnie łzy. Milczałam. Cały czas milczałam.
–– Bella, wystarczy na dziś. Nic nie powie –– odezwała się Narcyza, siostra Bellatrix. Nie spojrzałam na kobietę, ani nie czułam do niej wdzięczności, choć na pewno bardzo różniła się od swojej siostry.
–– Leta i Charles już są? –– zapytała Lestrange, zmieniając temat.
–– Powinni być w Hogwarcie… –– odpowiedziała niezrozumiale Narcyza. Uniosłam głowę lekko do góry, przysłuchując się ich rozmowie.
–– Mają zadanie do wykonania –– zakomunikowała czarnowłosa, a gdy Malfoy chciała dowiedzieć się więcej, kobieta machnęła ręką i podeszła bliżej mnie. –– Do zobaczenia za parę godzin, Meadowes –– syknęła i uderzyła mnie z całej siły w policzek. Plunęłam krwią i jedyne co słyszałam, to stukot jej wychodzących obcasów.

*

Leżałam na podłodze, a zakrwawionymi dłońmi próbowałam podnieść się, jednak za każdą próbą, otrzymywałam mocniejsze uderzenie. Powoli traciłam nadzieję, że uda mi się stąd wydostać.
–– Jesteś twarda, Meadowes –– mruknął Rudolf i złapał moją twarz. –– Pomyśl. Gdy tylko powiesz nam jak otworzyć Księgę, umrzesz. Bezboleśnie.
–– Nie dowiecie się ode mnie niczego, Lestrange –– odpowiedziałam słaby głosem, wpatrując się jadowicie w czarnowłosego. Z dala oboje usłyszeliśmy krzyki. Mężczyzna rzucił mną na podłogę i wstał, wpatrując się w obie kobiety, które kłóciły się zażarcie.
–– Posuwasz się za daleko, siostro –– warknęła Bellatrix, kierując palec wskazujący ku kobiecie. –– To moje dzieci i ja będę o nich decydowała, rozumiesz?
–– Dzieci, które wychowałam ja, jak swoje własne –– odwarknęła jej Narcyza, a ja po raz pierwszy w życiu usłyszałam, że kobieta postawiła się swojej siostrze. –– Mam prawo również o nich decydować.
–– Nie masz żadnego prawa –– wtrącił Rudolf i podszedł do obu czarownic. –– Ostrzegam cię Narcyzo, ty i Lucjusz jesteście tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że Czarny Pan jest łaskawy. Twoją siostrą jest moja żona, dlatego cię toleruję, ale jeżeli jeszcze raz usłyszę, że rościsz sobie prawa do moich dzieci, zabiję cię –– syknął, a przerażona kobieta zrobiła krok do tyłu. –– Bella, zajmij się Meadowes. Ja mam dzisiaj inne sprawy na głowie –– powiedział, po czym wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.

*

… Lestrange mnie zaskoczył. Pojmał mnie –– dokończyłam, przypominając sobie zdarzenia z dworu Malfoy’ów. Tam się dowiedziałam, że Lestrange mają dzieci, które tak naprawdę nawet nie znają swoich rodziców. Przez lata byli wychowywani przez Narcyzę i Lucjusza Malfoy’ów, a teraz Narcyza ma od tak je oddać swojej szalonej siostrze i szwagrowi. W dodatku miałam dziwne wrażenie, że już gdzieś słyszałam te imiona, jednak nie miałam bladego pojęcia gdzie.
–– Wszyscy żyją, jeśli cię to pocieszy –– powiedziała. –– Emmelina jest poturbowana, ale znajduje się już w Zakonie, odpoczywa.
–– Nie zrozum mnie źle Hestio, ale dlaczego tu jesteś? –– Spojrzałam na kobietę, która wzruszyła ramionami.
–– Syriusz mnie o to poprosił. –– Uniosłam brwi zdziwiona i parsknęłam pod nosem. Ze wszystkich osób wybrał akurat ją. Cały on. –– Wyglądasz jakoś… inaczej. –– Dostrzegła, a ja przełknęłam ślinę. Nikt nie wiedział o tym, że odzyskałam pamięć.
–– Kiedy będę mogła stąd wyjść? –– zapytałam pośpiesznie.
–– Zapewne dzisiaj. –– Przyglądała mi się badawczo. –– Skoro nie jestem już tutaj potrzebna, będę się zbierać. –– Wstała i skierowała się do wyjścia.
–– Hestio, dziękuję. –– Zatrzymała się i odwróciła głowę w moją stronę.
–– Dbaj o niego. –– Kiwnęłam głową, a blondynka wyszła z pomieszczenia. W głowie miałam harmider, a największy ból sprawiała mi myśl na temat mojej rodziny i przyjaciół. Minęło tak wiele lat, a ja dopiero teraz poznałam całą prawdę. Tak bardzo mnie to bolało i tak ogromną wywoływało tęsknotę za ludźmi, którzy byli mi tak bardzo bliscy. Myślałam też o Regulusie. Prawdą jest to, że gdyby nie on i gdyby nie jego zaklęcie zapomnienia, psychicznie bym tego nie przeżyła. Teraz, po latach i po mojej wewnętrznej zmianie, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że dopiero teraz dorosłam do wielu rzeczy. Dorosłam do prawdziwego życia bez huśtawki emocjonalnej, niezdecydowania i strachu.
Jestem z ciebie bardzo dumny i jestem pewny, że świetnie sobie poradzisz. Nazywasz się Dorcas Meadowes i jesteś moją córką. Nie może być inaczej.
Nazywam się Dorcas Meadowes.


Od Autorki: Hej! Jak wam mija weekend? Ja przychodzę z kolejnym rozdziałem i serdecznie zapraszam do wyrażania swoich opinii. Spodziewaliście się, że Charles i Leta są dziećmi Bellatrix i Rudolfa? (wiem, że niektórzy tak, brawo!) Pozdrawiam ;*

2019/02/18

Rozdział 44 „Spojrzenie, którego się nie zapomina”

9 komentarzy:
Ten tydzień był niezwykle interesujący. Po rozmowie z Albusem Dumbledorem na temat Dorcas, a w zasadzie dawnej mnie, zaczęłam intensywnie szukać informacji na swój temat, jak i rodziny oraz przyjaciół. W Ministerstwie Magii udało mi się znaleźć wiele rzeczy. Tak jak myślałam, Colin Meadowes, był moim tatą. Wiele o nim czytałam i z opowieści od innych osób, byłam pewna, że był wspaniałym czarodziejem. W głębi duszy poczułam się dumna, że jestem jego córką. To niesamowite uczucie wiedzieć, że nie byłam sama. Żałuję, że nie mam żadnych wspomnień z nim związanych. Dowiedziałam się również, że Colin miał rodzeństwo. Ja również miałam rodzeństwo. Ukłucie straty gościło gdzieś na końcu mojej głowy, jednak prawdą jest to, że nie mogłam w pełni tego wszystkiego zaakceptować, bo to nie były moje wspomnienia. Zaklęcie Zapomnienia jest silne. Jeżeli ja nie odzyskam wspomnień, swoich wspomnień, nic innego mi nie pomoże. Nie przywróci uczuć, mimo to będę się starała dowiedzieć jak najwięcej. Ponownie zaczęły mnie intrygować moje lata młodości, dlatego postanowiłam udać się do miejsca, gdzie podobno zostałam pochowana. Dreszcz przeszył moje ciało, gdy o tym myślałam, ale postanowiłam  się tam wybrać.
Mimo tego, że zbliżała się zima, to za oknem świeciło piękne słońce. Ubrałam na siebie ciepły, karmelowy płaszcz i opatuliłam się chustą. Na głowę założyłam czarny kapelusz i otworzyłam drzwi, przed którymi stanęła zziajana Tonks.
–– Tonks! –– zawołałam. –– Co się stało? –– zaniepokoiłam się.
–– Dopiero wszystkiego się dowiedzieliśmy od Dumbledore’a! –– Pokręciła głową, mówiąc szybko. –– Nie wierzę, że ty to Dorcas! Bez urazy oczywiście, po prostu inaczej sobie ją wyobrażałam…
–– Jak? –– Uniosłam zaciekawiona brwi do góry.
–– Mój kuzyn, Syriusz, zawsze mówił o niej rzadko, ale jeśli już mówił… wydaje mi się, że była dla niego bardzo ważna. –– Uśmiechnęła się lekko. Westchnęłam, powracając do tematu Syriusza Blacka.
Syriusza Blacka znałam z pracy. W Kongresie również było głośno o czarodzieju, który uciekł z Azkabanu. Dopuścił się wielu zbrodni, przez co świat czarodziejów był w zagrożeniu. Zdziwiłam się, gdy siwowłosy powiedział mi, że jest niewinny. Część mnie była oburzona faktem, że czarodziej, który niczym nie zawinił, odsiadywał niesłuszny wyrok. Część mnie chciała mu pomóc, bo na tym polegało moje życie. Na sprawiedliwości.
Jednakże, gdy dowiedziałam się, że Syriusz Black był moim chłopakiem, zdziwiłam się jeszcze bardziej. Byliśmy ze sobą jeszcze w szkole. Ciężko było mi w to uwierzyć, patrząc na długość moich związków. Domyślałam się, że mężczyzna musi mieć w sobie to coś i myślę, że to jeden z powodów, dla którego odwlekam pojawienie się w siedzibie Zakonu Feniksa.
Poza tym, to nie o mnie tu chodziło. Czekałam na zielone światło od Dumbledore’a. Poinformował mnie, że ma zamiar powiedzieć prawdę o mnie. Zastanawiałam się, jacy są moi przyjaciele z tamtego życia i bardzo chciałam przypomnieć sobie cokolwiek.
–– Będzie niezręcznie. Jestem tego pewna –– mruknęłam szczerze.
–– Uważaj na Hestię, jego dziewczynę. Walczy o niego jak lwica –– podkreśliła. W głębi serca poczułam dziwne ukłucie, jednak zbagatelizowałam sprawę. –– Wybierasz się gdzieś?
–– Ja… Miałam zamiar udać się na cmentarz do Bristolu, gdzie…
–– Ojej, przepraszam w takim razie, że ci przeszkadzam!
–– Prawdę mówiąc, przyda mi się towarzystwo. –– Uśmiechnęłam się, a brązowowłosa pokiwała głową. Chwilę później obie wyszłyśmy na zewnątrz i teleportowałyśmy się w wyznaczone miejsce.
Arnos Vale urzekał. Jesień dodawała uroku nagrobkom, jak i drzewom i krzewom, rosnącym wokoło. Wpatrywałam się w łuk, zapraszający do wędrówki i spojrzałam na Tonks, która kiwnęła ochoczo głową. Zrobiłam pierwsze kroki i obie zaczęłyśmy poszukiwania grobowca, który został tu wybudowany dla całej rodziny Meadowes.
–– Opowiedz mi coś o nim –– poprosiłam, sama nie wiedząc, dlaczego wciąż myślę o Blacku.
–– Hmm… –– zastanowiła się przez chwilę. –– Syriusz jest przystojny i zabawny. Dusza towarzystwa. Jest bardzo lojalny i wytrwały, ale posiada też masę wad i to widocznych dla oczu –– przyznała szczerze. –– Piętno Azkabanu bardzo na niego wpłynęło, tak jak śmierć jego przyjaciół. Teraz wydaje mi się, że stara poświęcać się jak najwięcej dla Harry’ego, swojego chrześniaka. Hestia bardzo mu pomaga.
–– Dlaczego nie miał procesu, gdy trafił do Azkabanu? –– zapytałam z ciekawości.
–– Jego wina była oczywista. Wtedy. Porozmawiaj z Remusem i Emmeliną, Eleno. Oni dobrze cię znali. Remus jest niesamowitym słuchaczem…
–– Doprawdy? –– Uniosłam brwi do góry, podśmiewając się cicho. Od razu widziałam, że Remus, kimkolwiek by nie był… jest w głowie brązowowłosej.
–– No co? –– Uciekła wzrokiem. –– Elena, zdaje mi się, że to tutaj. –– Wskazała na kopułę przed nami i podeszłyśmy bliżej.
Stałam oniemiała i wpatrywałam się w grobowiec, obrośnięty bluszczem. Światło słońca padało idealnie w górną część kopuły, rozchodząc się na wszystkie strony. Podeszłam bliżej i dotknęłam dłonią białego marmuru. Przejechałam dłonią i chwilę później weszłam do środka, rozglądając się naokoło. Po lewej i prawej stronie rozciągały się groby z podobiznami czarodziejów, wykute w marmurze. Prze górny otwór wpadało światło słoneczne, nadając piękny klimat temu miejscu. Po kolei podchodziłam do nagrobków, wpatrując się w zastygłe twarze rodziny Meadowes. Będąc tutaj czułam się w pewnym sensie spełniona, jednak z drugiej strony, ból, że nie pamiętam jak ważni dla mnie byli. Nie pamiętam jak to jest mieć rodzinę. Teraz mam tylko Hope. To moja rodzina. Zatrzymałam się na nagrobku z moją podobizną. Wpatrywałam się w rzeźbę, uświadamiając sobie, że tak naprawdę, Dorcas Meadowes nie żyje. Kiedyś nią byłam, ale już nie jestem. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym nią być. Teraz jestem Eleną Carter.
–– Jak się czujesz? –– Tonks podeszła do mnie i położyła dłoń na moim ramieniu.
–– Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę ta dziewczyna nie żyje –– odparłam pusto, pewna swego. –– Los zdecydował, że zostałam Eleną Carter.
–– Nie ważne jak się nazywasz, Carter. –– Nimfadora spojrzała wprost w moje oczy. –– Ważne kim jesteś.
–– Dziękuję, Tonks. Oddałabym wszystko, by mieć taką przyjaciółkę w Nowym Jorku, jak ty –– powiedziałam szczerze i w przypływie emocji, przytuliłam brązowowłosą.
–– Ja też się cieszę, Eleno. –– Tonks odwzajemniła uścisk i uśmiechnęła się do mnie.
Spędziłyśmy tutaj jeszcze kilkanaście minut. Wyczarowałam wieniec i zawiesiłam go nad samym wejściem do kopuły. Spojrzałam po raz ostatni na mauzoleum i wraz z Tonks zaczęłyśmy kierować się do małego kościołka, mieszczącego się na cmentarzu. Rozmawiałyśmy przyciszonymi głosami, gdy nagle usłyszałyśmy chrzęst łamanych gałęzi. Odwróciłyśmy się raptownie, zaalarmowane.
–– Wiedziałam, że to musisz być ty. –– Usłyszałam zdecydowany głos i zza drzewa wyłoniła się czarnowłosa kobieta. –– Nasze spotkania ponownie odbywa się na cmentarzu, ironia losu co? Nikt nie rozumie, dlaczego jeszcze żyjesz –– warknęła w moją stronę, a ja zjeżyłam się, zirytowana.
–– Nimfadora Tonks. –– Zza drzewa wyszła jeszcze jedna postać. Tym razem był to czarnowłosy mężczyzna, niezwykle elegancki i miał w sobie coś… niebezpiecznego. Tak jak czarnowłosa kobieta. –– Bellatrix, jest tu i twoja siostrzenica. –– Czarnowłosa zaśmiała się ironicznie. Moja ręka niepostrzeżenie wylądowała na różdżce. Czekałam na odpowiedni moment, by zaatakować. Najgorsze było to, że ci ludzie mnie znali, a ja ich w ogóle.
–– Meadowes, gorzko pożałujesz, że wtedy mi uciekłaś –– warknęła i uniosła różdżkę ku górze.
–– Arresto Momentum! –– wypowiedziałam w myślach, spoglądając na dwójkę obcych, po czym dopiero złapałam za różdżkę. Moja przyjaciółka patrzyła na mnie będąc pod wrażeniem. –– Tonks, mamy dosłownie chwilę. Unieszkodliwimy ich i wynośmy się stąd. Może być ich tutaj więcej –– mówiłam szybko, korzystając z tego, że za sprawą zaklęcia, czas spowolnił się na tyle, byśmy mogły wykonać szybki ruch.
–– Drętwota! –– Brązowowłosa wycelowała w Rudolfa, a ja machnęłam różdżka, szepcząc Petrificus Totalus.
Złapałam brązowowłosą za rękę i kilka minut później znalazłyśmy się zza bramą cmentarza. Nie poluźniając uścisku, użyłam teleportacji łącznej i znalazłyśmy się w parku, obok mojego mieszkania. Puściłam rękę brązowowłosej i intensywnie myślałam nad spotkaniem, które przed chwilą się odegrało.
–– Kim oni byli? –– zapytałam, nie mogąc racjonalnie wytłumaczyć mojej złości. Czułam wściekłość na ową dwójkę.
–– Bellatrix i Rudolf Lestrange, Śmierciożercy i najwierniejsi zwolennicy Sama-Wiesz-Kogo –– odpowiedziała kobieta, krzywiąc się. –– Bellatrix to siostra mojej mamy –– dodała i zacisnęła mocniej szczękę. Zdziwiłam się, ale nie skomentowałam tego. Rodziny się nie wybiera.
–– Wiedzą kim byłam –– stwierdziłam.
–– Będziesz miała o czym rozmawiać z innymi członkami Zakonu, którzy cię znali –– pocieszyła mnie, ale nie uspokoiło mnie to wcale. Jeszcze bardziej się tego obawiałam. –– Tonks, nie wiem co myśleć.
–– Spokojnie, wszystko jakoś się ułoży. Wiem, że to wszystko jest nowe i niepewne, ale czy to nie ty jesteś tą wonder woman?
–– Jesteś niemożliwa. –– Zaśmiałam się i pokręciłam głową. Prawdę mówiąc, miała rację. Jestem wonder woman i muszę być twarda. Weszłyśmy do mieszkania i zaparzyłam nam kawę. Trunek działał pobudzająco i pozwalał na przeanalizowanie dzisiejszego dnia. Pytania piętrzyły się przed nami i zastanawiałyśmy się, czy wiedzieli, że tam byłyśmy i jeśli wiedzieli, to skąd. Nagle w okno zapukała sowa, a Tonks od razu rozpoznała własność Alastora Moody’ego. Wzięłam od zwierzęcia kawałek pergaminu i otworzyłam list, skierowany do mnie.
–– I co, i co? –– dopytywała przyjaciółka.
–– Mam się zjawić w gabinecie Moody’ego, a potem razem z Dumbledore’m ruszymy na spotkanie członków Zakonu Feniksa –– wypowiedziałam na jednym wdechu, a kobieta uśmiechnęła się szeroko.
–– Jeśli przejdziesz przez Moody’ego, przejdziesz przez wszystkich –– skomentowała i wzruszyła ramionami, uśmiechając się. –– Kiedy?
–– Dzisiaj.

*

Dzisiaj.
Zobaczę ją.
Od samego rana chodziłem poddenerwowany i drażliwy. Nie odzywałem się do nikogo, mimo że Remus i Emmelina próbowali dotrzeć do mnie w jakiś sposób. Każdy z nas przeżywał inaczej wiadomość o tym, że Dorcas żyje, jednak doskonale zdawałem sobie sprawę, że na mnie wpłynęło to szczególnie drażliwie. Zgodziłem się, by pojawiła się tutaj, ale nie byłem do tego przekonany. Nie wiedziałem, jak na nią zareaguje, a tym bardziej bolało mnie, że dla niej to będzie obojętne. Ona mnie nie pamięta. Prawdą jest to, że cały dzień trochę sobie folgowałem. Szklaneczka z alkoholowym trunkiem była wszędzie, tam gdzie ja i dziękowałem Vance, że poinformowała Hestię, że nie ma mnie w domu i musiałem ponownie uciec, by trochę odczuć wolności. Jones szybko w to uwierzyła i pożegnała się, obiecując, że wieczorem zjawi się na spotkaniu. Nie chciałem widzieć się teraz z blondynką, nie chciałem jej denerwować, a tym bardziej sprawiać przykrości. Zdawałem sobie sprawę, że rozmowa na temat Dorcas nie ucieknie, ale na początek, chciałem się z tym zmierzyć sam.
–– Zjedz obiad, a potem masz się przespać. –– Emmelina położyła talerz na stół przede mną, a ja bawiłem się szklanką. –– Musisz trochę wytrzeźwieć –– dodała szorstko. Również była zdenerwowana i mam wrażenie, że na mnie.
–– Co cię ugryzło? –– zapytałem, trochę bełkocząc.
–– Twoje zachowanie mnie ugryzło. Zobacz co ze sobą zrobiłeś –– warknęła i pokazała na mnie ręką. –– Zamiast porozmawiać i na spokojnie zastanowić się, jak to rozegrać, odgradzasz się od wszystkich i pijesz, zamiast zmierzyć się z tym razem z nami! –– W tym momencie do kuchni wszedł Lupin, przyglądając mi się badawczo.
–– Lunatyku, nie bądź taki. Może chociaż ty nie będziesz prawił mi morałów? –– Mój przyjaciel pokręcił zdegustowany głową i usiadł naprzeciwko mnie.
–– Wiadomość, którą przekazał nam Dumbledore, nie jest łatwa, Syriuszu, ale nie myśl tylko o sobie. Dla niej to też nie będzie łatwe. Dumbledore opowiedział jej co nieco o jej życiu, ale to tylko jego opowieści. Ona nas nie zna, rozumiesz? My również nie znamy jej, taką jak jest teraz –– tłumaczył, mówiąc mi prawdę prosto w oczy.
–– Czego ode mnie oczekujesz? –– Domyślałem się, że jest haczyk.
–– Zachowuj się normalnie i z kulturą –– poprosił, a ja parsknąłem cicho i ku mojemu zdziwieniu, Emma również parsknęła. Remus spojrzał na mnie, a potem na czarnowłosą. Uśmiechnął się pod nosem, próbując również opanować śmiech. –– Naprawdę się połóż, a później umyj. Wyglądasz nędznie.
–– Zgoda, nie będę już się z wami kłócił. –– Rozłożyłem ręce na znak kapitulacji i jak powiedziałem, tak później zrobiłem.
Wieczór nastał nim się obejrzałem, a to przede wszystkim dlatego, że przespałem się parę godzin. Gdy wstałem, czułem się o niebo lepiej i byłem gotowy na dzisiejszy dzień. Wykąpałem się i ubrałem się adekwatnie do spotkania. Zszedłem na dół i dostrzegłem Hestię, która uśmiechnęła się do mnie zachęcająco. Również się do niej uśmiechnąłem i schyliłem się ku niej, by pocałować ją w usta.
–– Dobrze wyglądasz –– mruknęła kobieta, przyglądając mi się badawczo. –– Żałuję, że nie mamy więcej czasu –– szepnęła i puściła mi oko. Ponownie wpiłem się w jej usta i spojrzałem na Lupina, przyglądającego mi się z ukosa.
Usiadłem na swoim miejscu, tuż obok Hestii. Emmelina zajęła moją prawą stronę, a Lupin siedział naprzeciw nas. Na stole mieściło się wiele różnych potraw, nad którymi pracowała Molly Weasley oraz Emmelina. Spojrzałem na wprost i w drzwiach pojawił się Kingsley oraz Tonks. Przekomarzali się na jakiś temat, a brązowowłosa śmiała się szczerze. Remus spojrzał na kobietę, a ja widziałem w tym spojrzeniu pełną gamę podziwu. To był już kolejny raz, kiedy przyłapuje na tym przyjaciela, więc dlaczego jeszcze z nim o tym nie porozmawiałem?
–– Tonks, Kingsley! –– Wstałem i skierowałem się do przyjaciół. –– Siadajcie z nami. –– Zaprosiłem ich gestem ręki i zauważyłem, jak Lupin poprawia swoją marynarkę. Uśmiechnąłem się pod nosem, zagadując swoją kuzynkę. –– Remusie, zrób miejsce dla Tonks –– zasugerowałem, a przyjaciel spojrzał na mnie spode łba. Brązowowłosa spojrzała na niego, uśmiechając się pod nosem i zajęła miejsce obok. Bawiło mnie, widząc ich zachowanie.
–– Syriuszu, udało ci się czegoś dowiedzieć od Harry’ego? –– Kingsley usiadł również naprzeciwko mnie.
–– Niestety. Milczą, choć myślę, że może gdy wróci na święta, dowiem się czegoś więcej –– odpowiedziałem zgodnie z prawdą. 
–– Uparty niczym jego chrzestny –– skomentowała Hestia, a ja posłałem jej wymowny uśmiech. 
Tęsknym wzrokiem spojrzałem w stronę Ognistej Whiskey, ale widząc ostrzegawczy wzrok Emmy, odpuściłem. Do jadalni wszedł Severus Snape, a ja warknąłem pod nosem. Miałem dosyć tego, że uczestniczy w każdym spotkaniu. Nie powinien tutaj być.
–– Przetrwamy to. Wszystko będzie dobrze –– zapewniła mnie cicho Emma, a lekko ścisnąłem jej rękę. Za chwilę powróciłem do rozmowy z Kingsley’em, który informował, że przed świętami Artur Weasley obejmie wartę w Departamencie Tajemnic.
–– Arturze, czy to aby na pewno dobry pomysł? –– zapytałem rudowłosego, nie będąc do końca pewien, czy czarodziej będzie bezpieczny.
–– Bez obaw, Syriuszu. Wszystko pójdzie zgodnie z planem. –– Kiwnął głową na znak zgody i wziął w dłoń kremowe piwo, by zaraz upić łyka.
–– Arturze, mógłbyś się powstrzymać! –– Molly Weasley lekko pacnęła męża w ucho, trzymając w dłoniach ścierkę.
            –– Kochanie, to nic takiego…
Prawie wszyscy członkowie Zakonu Feniksa byli obecni na tym spotkaniu. Traciłem cierpliwość z każdą minutą, w której nie pojawiała się trójka, na którą czekaliśmy. Nie mogłem wyobrazić sobie tego momentu, do czasu, gdy przez próg wkroczyła ona.
Brązowowłosa weszła do pomieszczenia z dumnie uniesioną brodą. Emanowała pięknem i było w niej coś niesamowicie pociągającego. Od razu można było to dostrzec. Była również niebezpieczna. Podchodząc bliżej światła, zauważyłem, że postawiła na klasykę. Długie, przylegające, czarne spodnie, do tego luźny tego samego koloru golf i na to beżowy, wręcz miodowy płaszcz, nonszalancko zarzucony na ramiona. Jej lśniące włosy, kiedyś proste niczym struny, teraz subtelnie kręcone, dodające blasku.
Patrząc na Elenę Carter, od razu można było dostrzec majestatyczność, jaką daje władza nad powierzonym zadaniem, celem w życiu. Prawdę mówiąc, od razu porównałem ją do Colina Meadowesa. Wiedziałem wiele uroku i piękna, ale bardzo mało z mojej Dorcas. Byłem ciekaw, czy to dobrze, czy źle. Mimo to nie potrafiłem oderwać od niej wzroku.
Podeszła bliżej stołu, obserwując zgromadzonych, a zaraz za nią pojawił się Alastor Moody i Albus Dumbledore. Stanęli po obu stronach kobiety, gotowi do przekazania pewnych wieści. Ja kątem oka ciągle obserwowałem brązowowłosą, próbując odczytać z niej cokolwiek. Marnie mi szło.
–– Miło mi was widzieć ponownie, moi drodzy –– zaczął Albus, rozkładając lekko ręce. –– Miło mi również przedstawić Elenę Carter, nową członkinię Zakonu Feniksa. –– Dumbledore przedstawił ją, a ona w podziękowaniu uśmiechnęła się lekko. Dostrzegłem, że przy tym zaczął jej się robić dołeczek w policzku.
–– Dziękuję, Albusie –– odezwała się, a ja wsłuchiwałem się w jej melodyjny ton głosu. –– Jestem Dyrektorem Ochrony Magicznej z Nowego Jorku i przyjechałam tu po to, by wam pomóc –– mówiła, a ja byłem pod wrażeniem, jak kobieta się zmieniła. –– Reżim, który chce wprowadzić Voldemort w Ministerstwie jest do obalenia, musimy tylko wiele pracować i zacząć skazywać tych, którzy na to zasługują. Tym właśnie zajmę się ja –– powiedziała pewnie. –– Wprowadzę sprawiedliwość i mam nadzieję, że z waszą pomocą mi się to uda. –– Zakończyła, a ja usłyszałem oklaski dochodzące od Kingsley’a, Tonks, a za nimi poszła reszta. Dostrzegłem, że Snape wpatruje się uważnie w brązowowłosą i zastanawiałem się, czy siwowłosy rozmawiał z nim na jej temat. Uśmiechnęła się ponownie w odpowiedzi na brawa, kłaniając się lekko, a potem jej wzrok spoczął na mojej osobie.
Uczucie, które mnie wypełniło, było zdecydowanie czymś pozytywnym, ekscytującym. Jej wzrok, tak znajomy wzrok, radował mnie i dziękowałem, że ta kobieta żyje. Nie chodziło to, czy mnie pamięta, czy nie, tylko o… o jej życie i szczęście. Na pierwszy rzut oka widać, że w pracy jest spełniona, ale jej prywatne życie…? Jak ono wygląda? Pozwoliłem powiekom opaść, by za chwilę znów wpatrywać się w czekoladowe spojówki. Wiedziałem, że kobieta myśli nad czymś intensywnie. Nadal pojawiała jej się na czole mała zmarszczka, oznaczająca głębokie myślenie lub analizowanie sytuacji. Uśmiechnąłem się pod nosem na myśl, że może jednak trochę ją znam. Po chwili Moody złapał ją za ramię, przez co straciła mnie z oczu. Byłem rozbawiony faktem, że nie pozwała, bym zwyciężył tą bitwę spojrzeń. 
Musiałem mieć się jednak na baczności, bo Hestia w pewnym momencie zaczęła mnie intensywnie obserwować, co wcale mnie nie dziwiło. Czułem, że zachowuję się inaczej.
–– Na pewno nie chcesz, żebym została? –– upewniła się Hestia, gdy stałem z nią obok drzwi i rozmawialiśmy przyciszonymi głosami.
–– Jestem zmęczony, kochanie. –– Wziąłem jej kosmyk włosów i założyłam za ucho.
–– W takim razie dobranoc, Syriuszu. –– Pocałowała mnie mocno, a ja odwdzięczyłem się tym samym. Spotkanie zakończyło się późno w nocy, aż w pomieszczeniu została tylko garstka osób. W jadalni znajdowałem się ja, Emmelina, Remus, Tonks, Kingsley, Moody, Dumbledore i ona. Dorcas. Elena. Do diabła z tym.
–– Cieszę się, że zostaliśmy sami. –– Przed nami wyszła brązowowłosa i uśmiechnęła się lekko. W mgnienia oku dostrzegłem jak zmieniła ton głosu, sylwetkę i minę. Z poważnej i eleganckiej kobiety, stała się po prostu taka domowa, taka naturalna. –– Musicie mnie zrozumieć, ta rozmowa nie jest dla mnie łatwa. –– Westchnęła lekko, przekrzywiła głowę i zbłąkany kosmyk włosów założyła za ucho. Przez chwilę sam chciałem to zrobić, jakbym zapomniał, że jeszcze chwilę temu zrobiłem to, ale Hestii. –– Historia, którą opowiedział mi Albus o dziewczynie, Dorcas Meadowes… –– Zatrzymała się na moment. –– Wstrząsnęła mną i naprawdę ciężko mi uwierzyć w to, że kiedyś nią byłam. Wiem, że mnie znacie i przykro mi, że ja nie nam was, ale proszę byście dali mi tylko szansę na… poznanie was. Od nowa. –– Posłała wszystkim uśmiech. Hagrid przecierał oczy chusteczką, wzruszony przemową brązowowłosej. Kobieta podeszła do nas bliżej, witając się z każdym z osobna.
–– Emmelina Vance. –– Czarnowłosa wpatrywała się w kobietę, a ja widziałem, jak mocno się powstrzymuje, by jej nie objąć. Mimo to chciała dać jej wolną rękę i pozwolić, by zaznała się z całą sytuacją. Brązowowłosa posłała jej piękny uśmiech, który aż mnie lekko onieśmielił. Podeszłą potem do brązowowłosego, również wyciągając dłoń.
–– Remus Lupin. –– Mój przyjaciel uśmiechnął się przyjaźnie, poprawiając lekko koszulę, by zasłonić jego blizny na szyi. Zawsze czuł się z tym niekomfortowo. Czarownica ujęła jego dłoń, przyglądając mu się zaciekawiona.
–– Remusie, czy ty…?
–– Tak. Od razu to tak widać? –– zapytał, uśmiechając się smutno.
–– Oczywiście, że nie. Wyczuwam takie osoby, bo są mi bardzo bliskie –– odpowiedziała, zaskakując tym Lupina, mnie oraz innych zebranych. Mimo to kobieta nie kontynuowała tego tematu.
Jako ostatni byłem na liście ja. Stałem nonszalancko, oparty o ścianę i ręce trzymałem w kieszeni. Obserwowałem brązowooką, jej zachowanie, sposób mówienia, gestykulację,generalnie na wszystko co mogłem. Chciałam się o niej więcej dowiedzieć. Zwróciła się w moją stronę i miałem nieodparte wrażenie, że celowo zostawiła mnie na sam koniec. Bądź co bądź, Dumbledore musiał jej powiedzieć, co nas kiedyś łączyło.
Wyciągnęła do mnie dłoń, a ja po chwili ująłem ją pewnie. Uśmiechnąłem się szelmowsko, nie dając jej pokazać, że ma nade mną przewagę. Wydaje mi się, że jest do tego przyzwyczajona.
Wybacz mała, właśnie trafiłaś na Blacka.
–– Elena Carter czy Dorcas Meadowes? Wybacz, ale zaczynam się gubić w twoich odrębnych życiach –– zironizowałem, licząc na małą konfrontację ze strony brązowowłosej. Nie pomyliłem się.
–– Arogancki i bezczelny, Syriusz Black, czyż nie? –– Posłała mi zwycięski uśmiech, a ja zagryzłem wargę, zaintrygowany.
Czułem się szczęśliwy, że ona tutaj jest. Moja była dziewczyna, żyje.
Tak, jestem szczęśliwy.

Od Autorki,
Hej, kochani i jak wrażenia? Spotkanie Dorcas i Syriusza za nami i obiecuję, że teraz trochę się tego zacznie… wiem, że się cieszycie! :) Pozdrawiam❤
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline