Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bellatrix Black. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bellatrix Black. Pokaż wszystkie posty

2019/07/01

Rozdział 60 „Istniejemy póki ktoś o nas pamięta”

8 komentarzy:
Hope
[w tym fragmencie znajduje się wiele dialogów i opisów z książki Harry Potter i Zakon Feniksa – zmodfikowanych na potrzebny opowiadania]

–– Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać nazwisko i powód wizyty.
–– Harry Potter, Ron Weasley, Hermiona Granger –– odpowiedział Harry bardzo szybko. –– Ginny Weasley, Neville Longbottom, Luna Lovegood, Hope… –– zatrzymał się na chwilę.
–– Meadowes-Black –– dodałam pewnie, a chłopak kiwnął głową.
–– Jesteśmy tu, żeby kogoś uratować, chyba że wasze Ministerstwo zrobi to pierwsze!
–– Dziękuję –– odparł chłodny damski głos. –– Gości prosimy o wzięcie plakietek i umieszczenie ich z przodu swojej szaty.
Siedem tabliczek wysunęło się z metalowej rynienki, którą zwykle wylatują niewykorzystane monety. Hermiona zebrała je i bez słowa podała mi oraz Harry'emu ponad głową Ginny. Spojrzałam na pierwszą z nich, Hope Meadowes-Black, Misja Ratunkowa.
–– Goście Ministerstwa są zobowiązani poddać się przeszukaniu i oddać swoje różdżki do rejestracji przy biurku ochrony, które znajduje się na przeciwległym końcu atrium.
–– Świetnie! –– powiedział głośno Harry, który trzymał się kurczowo za bliznę. Musiała znów dawać mu się we znaki. –– Czy możemy wreszcie ruszyć?
Podłoga budki zadygotała i chodnik pojechał w górę za jej szybami. Żerujące Śmiercioślady znikały z pola widzenia. Ciemność zamknęła się nad naszymi głowami i z głuchym, skrzypiącym dźwiękiem spłynęliśmy na dół w głębiny Ministerstwa Magii.          
Promień miękkiego złocistego światła dotknął ich stóp i, rosnąc, oświetlił z wolna ich całych. Harry ugiął kolana i uchwycił różdżkę tak mocno, jak tylko zdołał w takim ścisku i przylgnął do szyby, aby sprawdzić, czy w atrium ktoś na nas czeka, ale zdawało się ono całkiem puste. Światło było słabsze niż za dnia, w kominkach po obu stronach nie płonął żaden ogień.
–– Ministerstwo Magii życzy przyjemnego wieczoru –– oznajmił damski głos.
Pół godziny później udało nam się odnaleźć to miejsce: wysokie jak katedra i wypełnione wyłącznie piętrzącymi się półkami, na których stały małe, zakurzone szklane kule. Połyskiwały mętnie w świetle sączącym się z lichtarzy, umieszczonych na półkach w pewnych odstępach. Podobnie jak te w okrągłej sali, świece płonęły niebieskim płomieniem. W pomieszczeniu było bardzo zimno. Harry ruszył naprzód i podążył jednym z mrocznych przejść między dwoma rzędami półek. Poszłam od razu za nim, rozglądając się naokoło. W pomieszczeniu panowała cisza.
–– Mówiłeś, że to był rząd dziewięćdziesiąty siódmy –– wyszeptała Hermiona do Harry’ego.
–– Tak –– odszepnął Harry, spoglądając w górę na koniec najbliższego rzędu. Poniżej pęku płonących niebiesko świec, w świetle rzucanym przez nie lśniła srebrna liczba pięćdziesiąt trzy.
–– Myślę, że powinniśmy iść w prawo –– wyszeptała Hermiona, zezując w stronę następnego rzędu. –– Tak... tu jest pięćdziesiąt cztery...
–– Trzymajcie różdżki w pogotowiu –– powiedział cicho Harry, a my kiwnęliśmy głowami. Wypatrywałam mojego tatę, jednak niczego nie mogłam dostrzec.
–– Jest dokładnie na końcu –– powiedział Harry, któremu trochę zaschło w ustach. –– Stąd nie widać dokładnie. –– I poprowadził nas między wznoszącymi się rzędami szklanych kul. Niektóre błyskały delikatnie, kiedy przechodzili.
–– Powinien być blisko –– wyszeptałam, przekonana, że każdy następny krok ukaże mi  sylwetkę Syriusza na tle ciemnej posadzki. –– Gdzieś tu... naprawdę blisko...
–– Harry... –– odezwała się Hermiona nieśmiało, ale chłopak nie chciał jej odpowiedzieć.
–– Gdzieś zaraz... tutaj... –– dopowiedział. Dotarliśmy do końca rzędu i wkroczyliśmy w mętne światło świec. Nikogo tam nie było. Tylko dzwoniąca, zakurzona cisza dookoła. –– Może być... –– wyszeptał chrypliwie Harry, zaglądając w następną alejką. –– Albo może... –– w pośpiechu zajrzał w następną uliczkę.
–– Harry? –– odezwała się znowu Hermiona.
–– Co? –– prychnął.
–– Ja... ja myślę, że Syriusza tu nie ma.
–– Harry? –– zawołałam oddalając się od reszty. Ulżyło mi, że nie ma tutaj mojego taty. Prawdę mówiąc byłam przeszczęśliwa, że okazało się, że to fałszywy alarm. Miałam nadzieję, że nie cieszę się za wcześnie.
–– Co?
–– Widziałeś to? ––zapytałam.
–– Co? –– spytał Harry, ale tym razem skwapliwie. –– No co? –– powtórzył Harry ponuro.
–– Pod... pod tą jest twoje imię –– powiedziałam i spojrzałam na chłopaka, który zmarszczył brwi. Harry przysunął się trochę bliżej. Wskazywałam na jedną z małych kul, która świeciła słabym wewnętrznym światłem, chociaż była bardzo zakurzona i wydawała się nietknięta od wielu lat.
–– Moje imię? –– powtórzył tępo Harry.
Podszedł do półki i wyciągał szyję, aby odczytać żółtawą etykietkę, przytwierdzoną do półki dokładnie pod zakurzoną szklaną kulą. Cienkim i kanciastym pismem wypisano na niej datę sprzed jakichś szesnastu lat, a poniżej:

S.P.T. do A.P.W.B.D.
Czarny Pan
i (?) Harry Potter

Harry zapatrzył się na nią.
–– Co to jest? –– dopytywał się Ron, najwyraźniej wystraszony. –– Co tu robi twoje imię? –– Przyjrzał się pozostałym etykietkom na najbliższych półkach. –– Mnie tu nie ma –– zauważył zakłopotany. –– Nikogo z pozostałych nas tu nie ma.
–– Harry, sądzę, że nie powinieneś tego ruszać –– powiedziała Hermiona ostro, gdy wyciągnął rękę.
–– Dlaczego? –– zaprotestował. –– To ma coś wspólnego ze mną, prawda?
–– Nie, Harry! –– odezwał się nagle Neville. Harry spojrzał na niego. Okrągła twarz Neville'a lśniła lekko od potu. Wyglądał, jakby już nie był w stanie znieść dalszej niepewności.
–– Pod nią jest moje imię –– powiedział Harry. Zacisnął palce na pokrytej pyłem powierzchni kuli. Oczekując, a nawet mając nadzieję, że stanie się coś dramatycznego, coś ekscytującego, co nada w końcu sens ich długiej i niebezpiecznej podróży, Harry podniósł szklaną kulę z jej półki i spojrzał w nią. Absolutnie nic się nie stało. Stłoczyliśmy się wokół Harry'ego, przyglądając się kuli, którą przecierał z pokrywającego ją kurzu.
I wtedy, tuż za nami, rozległ się cedzący słowa głos:
–– Bardzo dobrze, Potter. A teraz odwróć się, grzecznie i powoli daj mi to.

*

Wbiegliśmy przez drzwi i w jednej chwili zaczęliśmy spadać w dół. Za pomocą magii wylądowaliśmy gładko na nawierzchni i zaczęliśmy się rozglądać, by oszacować, gdzie się znajdujemy. Usłyszałam krzyk, a żołądek podszedł mi do gardła. Kątem oka spojrzałam na Syriusza, który również skupił na mnie wzrok. Widziałam tą miłość, która bije od niego na kilometr. Musiałam wyglądać podobnie, ponieważ Moody przerwał naszą wymianę spojrzeń i rozkazał się skupić. Pobiegliśmy przed siebie, nasłuchując odgłosów walki, gdy nagle dostrzegliśmy mnóstwo szkła na podłodze. Zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć co się stało, gdy nagle dostrzegłam ciało na posadzce. Przerażona, zdałam sobie sprawę, że jest to nie kto inny jak Hermiona Granger. Tonks podbiegła do niej w ekspresowym tempie i sprawdziła puls.
–– Żyje! –– krzyknęła, a ja odetchnęłam z ulgą. Kobieta chwilę później ocuciła Hermionę, która rozglądała się, przerażona.
–– Co z Harrym? Hope żyje? –– dopytywała, a ja słysząc te dwa pytania o mało nie dostałam zawału. Modliłam się w duchu, by nic im nie było. Kochałam ich i chciałam, żeby byli cali i zdrowi. Ze mną.
–– Nie mamy czasu –– warknął Moody i wskazał laską na drzwi, znajdujące się na końcu korytarza. Podbiegliśmy do nich i otworzyliśmy, a naszym oczom ukazał się kamienny łuk, a wokół niego zgromadzeni byli Śmierciożercy oraz dzieciaki. Ginny, blondwłosa dziewczyna i brązowowłosy chłopak, których nie znałam, oraz Hope byli przetrzymywani przez Śmierciożerców z różdżkami przy skroniach. Ron leżał nieruchomo z mózgiem, a macki zostawiały coraz więcej śladów na skórze. Za to na krtani Harry’ego znajdowała się mocno zaciskająca się dłoń Bellatrix Lestrange. Gdy to dostrzegłam, zagotowało się we mnie i nie myśląc długo, zaatakowaliśmy, a masa zaklęć przelatywała nam nad głowami. Biegłam przed siebie, by jak najszybciej znaleźć się przy Hope.  Nagle na mojej drodze pojawił się Rudolf Lestrange. Wyciągnęłam daleko różdżkę przed siebie i wpatrywałam się zajadle w czarnowłosego.
–– Żałuję, że mieliśmy dla siebie tak mało czasu –– powiedział i uśmiechnął się niczym szaleniec. Nie odpowiedziałam na jego zaczepkę, tylko zaczęłam rzucać zaklęcia, by móc się przez niego przebić do mojej córki. Nasza walka stawała się coraz bardziej brutalna.
–– Protego! –– Bariera wytworzyła się wokół mnie w tym samym momencie, gdy czarnowłosy rzucił na mnie niebezpieczne zaklęcie.
–– Nie baw się ze mną w kotka i myszkę –– warknął, a ja widziałam, że staje się coraz bardziej zdenerwowany. Kątem oka spojrzałam w swoją prawą stronę, niepotrzebnie, ponieważ zobaczyłam, jak Bellatrix pojedynkuje się z Tonks która nagle upadła. Przeraziłam się i chciałam do niej podbiec, jednak czarnowłosy nie pozwalał mi na to.

*

Kingsley stał tuż blisko mnie i pojedynkował się z dwoma Śmierciożercami. Straciłem z oczu Dorcas, co nie napawało mnie optymizmem. Gdy dostrzegłem, że magiczne oko Moody'ego wiruje po podłodze, a jego właściciel leży na boku krwawiąc z głowy, poczułem niepohamowaną wściekłość. Spojrzałem na Dołohowa, który był odpowiedzialny za stan Szalonookiego i kierował różdżką w stronę Harry’ego i Nevilla, staranowałem mężczyznę i z całej siły uderzyłem go w bok. Nie myśląc długo zacząłem ataktować Śmierciożercę, który nie pozostawał mi dłużny. Z naszych różdżek tryskały iskry, a zaklęcia stawały się coraz bardziej potężne. Nagle upadłem na kolano i skierowałem głowę ku mężczyźnie, który już we mnie mierzył.
–– Petrificus Totalus! –– krzyknął Harry i pojawił się tuż przede mną. Dołohow upadł z łoskotem, a chłopak podał mi dłoń, na której się wsparłem.
–– Nieźle –– pochwaliłem go i chwilę później oboje zniżyliśmy głowy, chroniąc się przed zaklęciami lecącymi w naszą stronę. –– A teraz bierz resztę i wynoście się stąd –– dodałem i nagle zielony promień światła świsnął mi koło głowy. Spojrzeliśmy przez salę i w połowie schodów zobaczyliśmy upadającą Tonks. Jej bezwładne ciało zwalało się w dół po kamiennych ławach, a triumfująca Bellatrix biegła z powrotem w kierunku bitwy. Odwróciłem się ponownie w stronę czarnowłosego. –– Bierz przepowiednię i uciekajcie! –– powtórzyłem i popędziłem ku Bellatrix, którą miałem nadzieję, że zetrę w pył.
–– Tato! –– Ujrzałem Hope jak biegnie w moją stronę i przytuliłem ją do siebie z całej siły. –– Myślałam… –– zaczęła, a głos ugrzązł jej w gardle.
–– Nic mi nie jest, skarbie. –– Uspokoiłem ją. –– Uciekajcie, proszę. Nie wybaczę sobie, jeśli coś ci się stanie.
–– Zrobię dla ciebie wszystko –– wyszeptała, a ja ponownie utuliłem ją do siebie.
–– A ja dla ciebie, kocham cię, Hope. A teraz zmiatajcie stąd.

*

–– Confringo! –– krzyknęłam i wycelowałam w kamień tuż obok Lestrange. Nastąpiła eksplozja, a Rudolfa odrzuciło do tyłu. Pobiegłam przed siebie, próbując w tłumie znaleźć Hope, jednak bezskutecznie. Zaczęłam się bać, że nigdzie jej nie ma.
–– Mamo! –– Usłyszałam nagle i odwróciłam się w stronę krzyku. Brązowowłosa krwawiła z ramienia, a Remus podtrzymywał ją tak, by mogła iść. W ciągu kilku sekund przybiegłam do nich i sprawdziłam ranę córki.
–– Dorcas, nie mamy teraz na to czasu –– powiedział do mnie Lupin, a ja zacisnęłam zęby, zdając sobie sprawę, że ma rację.
–– Nic mi nie będzie –– powiedziała dziewczyna. –– Znajdźmy resztę i zbierajmy się st… –– Hope nie dokończyła, ponieważ przy naszej trójce nastąpiła ogromna eksplozja. Upadłam na zimną posadzkę, a głową uderzyłam w wystający kamień. Mimowolnie złapałam się za głowę, czując sączącą się krew.
–– Nie tak szybko, Meadowes –– warknął Lestrange i wymierzył we mnie różdżką. –– Myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? Diffindo! –– Siła zaklęcia zostawiła krwawiące przecięcie na moim policzku. Lestrange bawił się mną. Próbowałam wstać, jednak kręcenie w głowie, spowodowane przez upadek, dawało mi się we znaki. Nagle tuż obok Rudolfa pojawił się Lupin i uderzył go z całej siły pięścią w głowę. Mężczyźnie różdżka wypadła z ręki, a Remus wykorzystał moment i obezwładnił Śmierciożercę. Odetchnęłam z ulgą i powoli wstałam, chcąc znaleźć Hope.
–– Drętwota! –– Usłyszałam krzyk i odwróciłam się nagle, widząc jak czerwony snop światła mknie w moją stronę. Nie miałam szans, by zdążyć przed nim uciec, gdy niespodziewanie przede mną pojawiła się Hope i zasłoniła mnie własnym ciałem. Moja córka upadła na ziemię, a ja razem z nią, trzymając ją w ramionach. Leżała nieruchomo, oszołomiona i straciła przytomność. Warknęłam zła i skierowałam swój wzrok do mężczyzny, który był za to odpowiedzialny. Rockwood uśmiechał się głupkowato i ponownie skierował różdżkę w moją stronę.
–– Protego! –– Odbiłam atak i walcząc sama ze sobą, ponownie rzuciłam się w wir walki. Pobiegłam bliżej i dopiero teraz dostrzegłam, że Syriusz pojedynkuje się z Bellatrix.
–– Przepowiednia, Potter, daj mi przepowiednię! –– warknął głos Lucjusza Malfoya, a ja odwróciłam się w stronę Harry’ego i blondwłosego, który wręcz wbijał mu koniec różdżki w gardło.
–– Nie! Odwal się... Neville... łap ją! –– odwarknął Harry i rzucił przepowiednię po podłodze, a Neville przetoczył się na plecy i przygarnął kulę do piersi. Malfoy przeniósł różdżkę na Neville'a, ale Harry wytknął różdżkę przez ramię i wrzasnął. –– Impedimenta!  –– Malfoya odrzuciło i mężczyzna wpadł na podest, na którym Syriusz walczył z Bellatrix. Malfoy ponownie wycelował różdżką w Neville'a, ale zanim zdołał zebrać oddech, by zaatakować ponownie, wskoczyłam między nimi.
–– Harry, weź pozostałych i uciekajcie! Teraz! –– krzyknęłam, a Potter pokiwał głową i zabrał Nevilla pod pachę, jednak w tym samym momencie, gdy chłopak schodził, obok niego trafiło zaklęcie. Sturlał się po stopniach, rozbijając przepowiednie, lecz mimo to nie dawał za wygraną. Nagle chłopak zaczął się w coś wpatrywać, więc odwróciłam się w tamtą stronę i dostrzegłam, że w ramie drzwi prowadzących do Komnaty Mózgów z uniesioną w górę różdżką, z twarzą bladą i gniewną stał Albus Dumbledore.

*

Tonks leżała nieprzytomna, tak samo jak moja córka. Miałem ochotę zabić wszystkich Śmierciożerców, znajdujących się w tym pomieszczeniu i naprawdę bardzo musiałem się hamować, by tego nie zrobić. W tym momencie jednak nie to było dla mnie najważniejsze, ponieważ przede mną znajdowała się moja kuzynka, Bellatrix Lestrange, o której śmierci marzyłem jeszcze od czasów szkoły.
–– Co jest Black? Zapomniałeś już jak wyglądają pojedynki? Nie dziwie się, że ukrywałeś się tyle czasu, skoro jesteś taki beznadziejny –– mówiła, a krew we mnie zawrzała. Uniknąłem smugi czerwonego światła i ponownie zaatakowałem czarnowłosą.
–– Syriusz! –– Usłyszałem krzyk mojej żony i kątem oka spojrzałem na nią. Była poobijana, a z wielu jej ran sączyła się krew. Dostrzegłem również, że do Sali wkroczył Dumbledore. Odetchnąłem z ulgą, bo wiedziałem, że pojawienie się siwowłosego przyniesie nam wygraną. Miałem tylko nadzieję, że wszyscy obecni tutaj przeżyli i ich obrażenia nie będą długotrwałe. Odwróciłem ponownie głowę ku Bellatrix i uśmiechnąłem się do niej kpiąco.
–– Tylko na tyle cię stać? –– zironizowałem, a kobieta uśmiechnęła się zwycięsko, a ja pojąłem dopiero, że zielony snop światła leci prosto na mnie. Odwróciłem lekko głowę i zobaczyłem przerażone i załzawione oczy Dorcas. Nie miałem szans.
–– Kocham cię –– wyszeptałem.

*

Kocham cię.
Nie wiedziałam kiedy, ale zaczęłam biec. Biegłam z całych sił przed siebie, słysząc naokoło osoby, które krzyczały moje imię. Nie słuchałam ich, tylko nadal biegłam przed siebie. Gdy snop zielonego światła zbliżał się ku Syriuszowi, wpadłam w jego ramiona i poczułam silne uderzenie. Gdy otworzyłam oczy, nie wiedziałam gdzie jestem.


Od Autorki: Hej kochani! 60! Wow, wow, wow! Nigdy nie myślałam, że dojdę do takiej liczby. Co myślicie o końcówce? Przed nami został tylko i wyłącznie epilog – kolejne wow! Piszcie proszę co uważacie! Pozdrawiam i do zobaczenia ;*

2019/05/19

Rozdział 53 „Za zamkniętymi drzwiami”

8 komentarzy:
Remus przyglądał mi się badawczo, a ja chodziłem w tą i z powrotem, mając ochotę coś rozwalić. Nie mogłem pozwolić na to, by Dorcas coś się stało. Nie tym razem. Tak wiele lat żyłem w przeświadczeniu, że brązowowłosa nie żyje i dopiero od niedawna los mnie zaskoczył i uświadomił, że taki szmat czasu byłem w błędzie. Minął tydzień. Zbyt długi tydzień.
–– Zbieraj się –– powiedziałem do Lupina, który wstał i położył mi dłonie na ramionach.
–– Syriuszu, to nie jest dobry pomysł –– zaczął, ale szybko mu przerwałem.
–– Nie pytam cię jaki to pomysł. Idziesz czy nie? –– sprecyzowałem, a brązowowłosy przygadał mi się przez chwilę, po czym westchnął głośno, zirytowany.
–– Pozwól, że powiadomię resztę –– mruknął i chwilę później wyczarował patronusa. –– Dokąd?
–– Dwór Malfoy’ów. Jestem pewny –– odpowiedziałem, a przyjaciel pokiwał głową.  Remus ruszył do wyjścia i raptownie odwrócił się w moją stronę.
–– Nie mamy czasu na kamuflaże. Gdyby coś się działo, przyjmij postać psa, gdy..
–– Lunatyku, przestań. Umiem sobie radzić –– zauważyłem. Wiedziałem, że przyjaciel się martwi, ale nie mieliśmy czasu na takie pogadanki. –– Czas ruszać.
Wyszliśmy pośpiesznie, udając się do miejsca, gdzie mogliśmy się deportować. Remus rozglądał się uważnie na wszystkie strony, a ja nie bacząc na konsekwencję, chciałem jak najszybciej się dostać do Malfoy’ów. Bellatrix nie miała własnego domu, odkąd Ministerstwo przejęło jej posiadłość. Jednym słusznym rozwiązaniem było zatrzymanie się u siostry, Narcyzy. Deportowaliśmy się  na terenie hrabstwa Wiltshire. Remus postanowił poczekać tu na wsparcie, ponieważ posiadłość Malfoy’ów na pewno była bardzo dobrze chroniona. Z daleka widziałem już żywopłot otaczający dom. Nie musieliśmy długo czekać, gdy przed nami pojawił się Kingsley, Tonks, Emmelina oraz Moody.
–– Nie powinno cię tu być, Black –– warknął Szalonooki, ale puściłem jego słowa mimo uszu.
–– Mamy jakiś plan? –– zapytał Kingsley, przypatrując się nam. –– Nie możemy od tak wejść do środka.
–– Z tyłu jest wnęka i wejście do piwnicy. Z piwnicy jest wejście do domu –– poinformowałem mężczyznę, który uniósł pytająco brew do góry.
–– Jestem Blackiem –– odpowiedziałem na jego nieme pytanie. –– Bywałem tu w dzieciństwie.
–– Lupin, Vance i Tonks, zabezpieczajcie tyły. My pójdziemy przodem –– rozkazał Moody, a my wykonaliśmy jego polecenie. Ruszyliśmy do przodu, a kilkanaście minut później doszliśmy od prawej strony do żywopłotu, szukając jakiegoś wejścia.
–– Jak dostaniemy się na teren? –– Emmelina spojrzała od góry do dołu na płot. Było pewne, że chronią je potężne zaklęcia.
–– Odsuńcie się –– powiedział Moody, wyciągając przed siebie swoją laskę. Skupiony, mruczał pod nosem, gdy nagle jeden strzał zrobił w płocie ogromną dziurę. Zmarszczyłem brwi, będąc pod wrażeniem jego talentu.
–– Mnie takich rzeczy nie uczyłeś… –– mruknęła Tonks, a Moody rzucił jej mordercze spojrzenie. Kobieta nic sobie z tego nie zrobiła i jedynie wywróciła oczami. Przechodziliśmy przez dziurę, uważnie lustrując otoczenie. Różdżki trzymaliśmy w pogotowiu, a ja machnąłem ręką w stronę wejścia do piwnicy. Śnieg skrzypiał pod nogami, gdy stanąłem naprzeciwko wejścia i mruknąłem krótkie Alohomora. Drzwi się otworzyły i za pomocą Lumos, oświetliliśmy sobie drogę. Schodziliśmy powoli. Otuliłem się mocniej płaszczem, czując ziąb na dole. Nagle usłyszeliśmy szmery. Moody wyciągnął rękę ku górze, byśmy się zatrzymali, a Kingsley powoli ruszył do przodu, mając różdżkę w pogotowiu.
–– Elena? –– wyszeptał otwierając szerzej oczy, a ja nie bacząc na wszystko, pognałem do przodu. Kobieta podniosła się lekko, a z obfitych ran na jej ciele, sączyła się krew.
–– Syriusz? –– szepnęła ledwie słyszalnie, a ja podbiegłem do wejścia, szarpiąc na kraty. Na nic.
–– Jestem tutaj –– powiedziałem i zbliżyłem się do niej, wyciągając ku niej dłoń. Złapała ją pewnie, a krew na jej ciele, dłoniach raziła mnie w oczy. Pogładziłem jej knykcie, wpatrując się w zmęczone oczy brązowowłosej. –– Wszystko będzie dobrze, zaufaj mi.
–– Ufam ci –– odpowiedziała cicho, a w jej oczach dostrzegłem tak wiele emocji, tak wiele uczuć, których od lat nie widziałem.
Kilka chwil później Kingsley’owi udało się otworzyć celę. Wszedłem do środka, pomagając kobiecie wstać, a następnie uniosłem ją do góry, dostrzegając, jak wiele wysiłku kosztuje ją samo ustanie na nogach. Zacisnąłem mocniej wargi, wściekły, a brązowowłosa mocniej się do mnie przytuliła. Nie miała siły rozmawiać. Kierowaliśmy się ku wyjściu, gdy usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciłem się raptownie i spojrzałem na resztę.
–– Black, zabierz ją stąd. Tonks, osłaniaj ich –– polecił Moody, a kobieta kiwnęła głową i zaczęła pierwsza się wspinać po schodach, a ja szedłem zaraz za nią. Mocno trzymałem brązowowłosą, chcąc uciec z nią jak najdalej. Na zewnątrz panował mrok, a światło różdżki Tonks oświetlało nam drogę. Z tyłu za sobą usłyszeliśmy krzyki i zaklęcia, a ja poczułem nutkę strachu, związaną z obawą o resztę. Meadowes mruknęła coś pod nosem, walcząc ze snem.
–– Będziesz bezpieczna. –– Obiecałem kobiecie. Zbliżaliśmy się do dziury w płocie, gdy nagle koło ucha świsnęło mi zaklęcie. Dorcas przebudziła się gwałtownie i spojrzała na mnie przerażona. Tonks w mgnieniu oka pojawiła się przy nas i zaczęła rzucać zaklęcia w mężczyznę, biegnącego za nami.
–– Biegnij jak najdalej i deportujcie się –– poinformowała mnie Tonks i wymówiła Protego, ochraniając nas przed atakiem. –– Nie damy radę wszyscy.
–– Nie, nie… –– wyszeptała Meadowes, próbując mi się wyrwać. Złapałem ją mocniej, dając znak, by się nie ruszała i zgodziwszy się z Tonks, pobiegłem przez dziurę w żywopłocie, próbując znaleźć się jak najdalej domu. Wiedziałem, że Dorcas potrzebuje lekarza, ale nie mogłem od tak pojawić się w Świętym Mungu. Odwróciłem się po raz ostatni, patrząc na moją kuzynkę i chwilę późnej deportowałem się z głośnym trzaskiem blisko Grimmauld Place 12. Postawiłem lekko Dorcas na ziemi, okrywając się szczelniej kapturem, po czym nie zważając na jej protesty, ponownie wziąłem ją w ramiona i pognałem do domu. Szedłem ciemnym korytarzem, słysząc głosy w kuchni, a gdy wszedłem do środka, moim oczom ukazała się znacząca ilość członków Zakonu Feniksa.
–– Syriusz! –– zawołała Hestia i podeszła do mnie szybko. –– Co z nią? Gdzie jest reszta? –– pytała i spojrzała na stan Meadowes. Skrzywiła się lekko, widząc jej rany, a ja spojrzałem jej prosto w oczy, wiedząc, że wymagam od niej tak wiele.
–– Hestio, zabierz ją do Świętego Munga, proszę –– powiedziałem do blondynki. Kobieta wpatrywała się we mnie chwilę, po czym kiwnęła głową i odwróciła się w stronę Artura.
–– Arturze, pomóż mi proszę. –– Weasley kiwnął twierdząco głową i wziął ją ode mnie na ręce, wychodząc pospiesznie razem z Dorcas i Hestią. Ja byłem gotowy wrócić do posiadłości i pomóc reszcie.
–– Ani mi się waż –– warknęła Molly, widząc moją zaciętą minę. –– Pomyśl o Harrym, pomyśl o swojej córce i pomyśl o Elenie –– powiedziała dobitnie, a ja zacisnąłem dłoń w pięść.
–– Dorcas. Nazywa się Dorcas –– odwarknąłem, wychodząc z pomieszczenia i trzasnąłem za sobą drzwiami. Przez dłuższą chwilę obmyślałem plan powrotu na pole bitwy, ale sam przed sobą nie chciałem się przyznać, że rudowłosa miała rację. Muszę myśleć o rodzinie.

*

Otworzyłam lekko oczy tylko po to, by za chwilę je zamknąć. Światło słoneczne raziło moją twarz, a ból, który promieniował z moich kończyn, dawał mi się we znaki. Uniosłam się lekko do pozycji siedzącej i od razu rozpoznałam salę szpitalną. Przekręciłam głowę w prawo, dostrzegając szklankę z wodą, którą ostrożnie podniosłam i wypiłam całą jej zawartość. Odetchnęłam głęboko, spoglądając na swoje ciało i dostrzegłam, że w wielu miejscach moje rany się zagoiły. Tylko w kilku znajdował się bandaż, a ja nadal nie mogłam uwierzyć w to, że jestem cała. Dziwnym trafem przypomniałam sobie dzień, w którym obudziłam się w Nowym Jorku, nie pamiętając niczego. Teraz pamiętałam wszystko.
Syriusz. Przyszedł po mnie.
Minęło kilka minut, gdy w drzwiach pojawiła się Hestia Jones. Uniosłam brwi zaintrygowana, spodziewając się, że będzie ona ostatnią osobą, która mogłaby tu się pojawić. Blondynka usiadła na krześle obok i posłała mi lekki uśmiech.
–– Dobrze, że już się obudziłaś –– powiedziała, nie spuszczając ze mnie wzroku.
–– Ile czasu byłam nieprzytomna? –– wychrypiałam, patrząc z utęsknieniem za pustą szklankę.
–– Trzy dni –– odpowiedziała i dostrzegła mój wzrok. Wstała i skierowała się na korytarz, by zaraz wrócić z napełnioną szklanką. Podziękowałam jej i ponownie wszystko wypiłam. –– Jak to się stało? –– zapytała. Położyłam się lekko na poduszce i spojrzałam w biały sufit.
–– Wyszłam z Ministerstwa, kierowałam się w stronę Grimmauld Place –– mówiłam, próbując przypomnieć sobie szczegóły. –– Po drodze…

*

Na zewnątrz niemiłosiernie prószył śnieg, a ja postanowiłam urządzić sobie spacer, by jeszcze raz wszystko przemyśleć. Swoje kroki kierowałam do Syriusza i miałam dziwne wrażenie, że wszystkie drogi zawsze prowadzą mnie do niego. Weszłam do parku, by skrócić sobie drogę, gdy dostrzegłam, że od kilku minut, śledzi mnie zakapturzona postać. Zmarszczyłam brwi, skręcając gwałtownie w lewo i zmieniając kurs. Przyspieszyłam, a mężczyzna za mną również przyspieszył. Kilka chwil później zatrzymałam się gwałtownie i odwróciłam do przybysza, trzymając różdżkę mocno w górze. Mężczyzna również we mnie celował.
–– Tym razem nie uciekniesz –– powiedział i odkrył kaptur. Od razu rozpoznałam czarnowłosego.
–– Rudolf Lestrange –– syknęłam i mocniej zacisnęłam place na różdżce. –– Zgubiłeś swoją pomagierkę? –– zakpiłam, a czarnowłosy uśmiechnął się szaleńczo.
–– Bella już na ciebie czeka. –– Uśmiech nie schodził mi z twarzy, a ja przełknęłam głośno ślinę. Byłam gotowa na walkę.
–– Zapłacisz… –– Nie zdążyłam dokończyć zdania, gdy poczułam uderzenie w głowę. Upadłam, a różdżka wypadła mi z rąk. Próbowałam ją odszukać, lecz na marne. Kilka chwil później poczułam kolejne uderzenie i właśnie wtedy straciłam przytomność.

*

Siedziałam na krześle, a ręce miałam przywiązane od tyłu. Metalowe kajdanki wbijały mi się w nadgarstki, powodując ból. Zmęczona fizycznie i psychicznie, wpatrywałam się z jadem w oczach w kobietę, która fundowała mi tortury.
–– Jak otworzyć Księgę Zaklęć? –– zapytała, a ja zacisnęłam wargi w cienką linię. –– Crucio! –– zawyłam z bólu, oddychając ciężko. Po polikach płynęły mi samoistnie łzy. Milczałam. Cały czas milczałam.
–– Bella, wystarczy na dziś. Nic nie powie –– odezwała się Narcyza, siostra Bellatrix. Nie spojrzałam na kobietę, ani nie czułam do niej wdzięczności, choć na pewno bardzo różniła się od swojej siostry.
–– Leta i Charles już są? –– zapytała Lestrange, zmieniając temat.
–– Powinni być w Hogwarcie… –– odpowiedziała niezrozumiale Narcyza. Uniosłam głowę lekko do góry, przysłuchując się ich rozmowie.
–– Mają zadanie do wykonania –– zakomunikowała czarnowłosa, a gdy Malfoy chciała dowiedzieć się więcej, kobieta machnęła ręką i podeszła bliżej mnie. –– Do zobaczenia za parę godzin, Meadowes –– syknęła i uderzyła mnie z całej siły w policzek. Plunęłam krwią i jedyne co słyszałam, to stukot jej wychodzących obcasów.

*

Leżałam na podłodze, a zakrwawionymi dłońmi próbowałam podnieść się, jednak za każdą próbą, otrzymywałam mocniejsze uderzenie. Powoli traciłam nadzieję, że uda mi się stąd wydostać.
–– Jesteś twarda, Meadowes –– mruknął Rudolf i złapał moją twarz. –– Pomyśl. Gdy tylko powiesz nam jak otworzyć Księgę, umrzesz. Bezboleśnie.
–– Nie dowiecie się ode mnie niczego, Lestrange –– odpowiedziałam słaby głosem, wpatrując się jadowicie w czarnowłosego. Z dala oboje usłyszeliśmy krzyki. Mężczyzna rzucił mną na podłogę i wstał, wpatrując się w obie kobiety, które kłóciły się zażarcie.
–– Posuwasz się za daleko, siostro –– warknęła Bellatrix, kierując palec wskazujący ku kobiecie. –– To moje dzieci i ja będę o nich decydowała, rozumiesz?
–– Dzieci, które wychowałam ja, jak swoje własne –– odwarknęła jej Narcyza, a ja po raz pierwszy w życiu usłyszałam, że kobieta postawiła się swojej siostrze. –– Mam prawo również o nich decydować.
–– Nie masz żadnego prawa –– wtrącił Rudolf i podszedł do obu czarownic. –– Ostrzegam cię Narcyzo, ty i Lucjusz jesteście tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że Czarny Pan jest łaskawy. Twoją siostrą jest moja żona, dlatego cię toleruję, ale jeżeli jeszcze raz usłyszę, że rościsz sobie prawa do moich dzieci, zabiję cię –– syknął, a przerażona kobieta zrobiła krok do tyłu. –– Bella, zajmij się Meadowes. Ja mam dzisiaj inne sprawy na głowie –– powiedział, po czym wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.

*

… Lestrange mnie zaskoczył. Pojmał mnie –– dokończyłam, przypominając sobie zdarzenia z dworu Malfoy’ów. Tam się dowiedziałam, że Lestrange mają dzieci, które tak naprawdę nawet nie znają swoich rodziców. Przez lata byli wychowywani przez Narcyzę i Lucjusza Malfoy’ów, a teraz Narcyza ma od tak je oddać swojej szalonej siostrze i szwagrowi. W dodatku miałam dziwne wrażenie, że już gdzieś słyszałam te imiona, jednak nie miałam bladego pojęcia gdzie.
–– Wszyscy żyją, jeśli cię to pocieszy –– powiedziała. –– Emmelina jest poturbowana, ale znajduje się już w Zakonie, odpoczywa.
–– Nie zrozum mnie źle Hestio, ale dlaczego tu jesteś? –– Spojrzałam na kobietę, która wzruszyła ramionami.
–– Syriusz mnie o to poprosił. –– Uniosłam brwi zdziwiona i parsknęłam pod nosem. Ze wszystkich osób wybrał akurat ją. Cały on. –– Wyglądasz jakoś… inaczej. –– Dostrzegła, a ja przełknęłam ślinę. Nikt nie wiedział o tym, że odzyskałam pamięć.
–– Kiedy będę mogła stąd wyjść? –– zapytałam pośpiesznie.
–– Zapewne dzisiaj. –– Przyglądała mi się badawczo. –– Skoro nie jestem już tutaj potrzebna, będę się zbierać. –– Wstała i skierowała się do wyjścia.
–– Hestio, dziękuję. –– Zatrzymała się i odwróciła głowę w moją stronę.
–– Dbaj o niego. –– Kiwnęłam głową, a blondynka wyszła z pomieszczenia. W głowie miałam harmider, a największy ból sprawiała mi myśl na temat mojej rodziny i przyjaciół. Minęło tak wiele lat, a ja dopiero teraz poznałam całą prawdę. Tak bardzo mnie to bolało i tak ogromną wywoływało tęsknotę za ludźmi, którzy byli mi tak bardzo bliscy. Myślałam też o Regulusie. Prawdą jest to, że gdyby nie on i gdyby nie jego zaklęcie zapomnienia, psychicznie bym tego nie przeżyła. Teraz, po latach i po mojej wewnętrznej zmianie, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że dopiero teraz dorosłam do wielu rzeczy. Dorosłam do prawdziwego życia bez huśtawki emocjonalnej, niezdecydowania i strachu.
Jestem z ciebie bardzo dumny i jestem pewny, że świetnie sobie poradzisz. Nazywasz się Dorcas Meadowes i jesteś moją córką. Nie może być inaczej.
Nazywam się Dorcas Meadowes.


Od Autorki: Hej! Jak wam mija weekend? Ja przychodzę z kolejnym rozdziałem i serdecznie zapraszam do wyrażania swoich opinii. Spodziewaliście się, że Charles i Leta są dziećmi Bellatrix i Rudolfa? (wiem, że niektórzy tak, brawo!) Pozdrawiam ;*

2019/05/15

Rozdział 51 „Czysta brudna prawda”

8 komentarzy:
Hope

Minął tydzień od świąt, a ja stałam na polanie w lesie Epping Forest obserwując Remusa i zastanawiałam się, jak wiele go kosztuje bycie tutaj. Lupin od samego początku wydawał mi się lekko wycofany, ale mimo to nie dało się przejść obok niego obojętnie. Nie dziwiłam się, że Tonks jest w niego tak mocno zapatrzona. Sama byłam ciekawa mężczyzny i miałam nadzieję, że spotkanie tutaj mu pomoże. Tupałam nogą niespokojnie, nie mogąc się doczekać, by zobaczyć Magnusa. Mężczyzna tak wiele dla mnie zrobił. On i jego wataha. Zawsze czułam się z nimi wyjątkowo i uwielbiałam pełnie, w których mogłam poczuć się wolna. Miałam ogromną nadzieję, że i Remus dziś tak się poczuje.
–– Niczym się nie przejmuj. –– Podeszłam do mężczyzny, kładąc mu dłoń na ramieniu. –– Poczujesz się wolny, od całego świata. To najpiękniejsze uczucie, jakie można przeżyć. Zaufaj mi –– powiedziałam, a Lupin uśmiechnął się w odpowiedzi.
–– Całe życie byłem potępiany z powodu mojego wilkołactwa –– przyznał szczerze. –– Jesteś pierwszą mi znaną osobą, która uważa to za coś dobrego. Zaskakujesz mnie.
–– Zawsze robię na przekór. –– Wzruszyłam ramionami, a mężczyzna parsknął śmiechem. –– Przemiana jest bolesna, ale potem…
–– Wszystko jest tego warte –– dokończył Magnus, wkraczając do rozmowy. W mgnieniu oka rzuciłam się w jego stronę i uścisnęłam go mocno. Wayne objął mnie i spojrzał swoim przenikającym wzrokiem. –– Moja mała wilczyco. Tęskniłem za tobą.
–– Magnusie, tak się cieszę, że cię widzę. –– Uśmiechnęłam się szczerze. –– Tym bardziej dzisiaj.
–– Przyjemność po mojej stronie. –– Puścił mi oko i zwrócił się do Remusa. –– Dobrze, że przyjąłeś naszą propozycję.
–– To się okaże –– stwierdził brązowowłosy, a ja wywróciłam oczami.
–– Jakby nie patrzeć, jesteś za mnie odpowiedzialny. Słyszałam twoją rozmowę z mamą oraz Syriuszem. –– Uniosłam rozbawiona brwi do góry, widząc minę mężczyzny. –– Hej, nie zrobiłam tego specjalnie! –– wytłumaczyłam się szybko. Lupin pokręcił głową i spojrzał w niebo.
–– Już czas –– przerwał nam Magnus.
Kiwnęłam głową, biorąc od niego fiolkę z eliksirem. Drugą podałam Remusowi, który myślał intensywnie, wpatrując się w napój, a chwilę później przechylił fiolkę i wypił ją jednym haustem. Poszliśmy z Magnusem za jego przykładem i poczułam, jak gorzki smak eliksiru rozgrzewa moje podniebienie. Spojrzałam na księżyc, czując w kościach pierwsze spazmy bólu. Zacisnęłam mocniej dłoń i kątem oka spojrzałam na brązowowłosego, który wyglądał nadzwyczaj spokojnie. Zaczęłam się o niego obawiać, jednak w tej samej chwili dostrzegłam na jego twarzy pierwsze oznaki walki. Zamknęłam oczy wdychając mroźne powietrze dzisiejszej nocy, by zaraz ponownie doznać coraz to większego bólu. Wiedziałam, że tak musiało być, a trwało to dosłownie kilka minut, gdy padłam na śnieg, wyciągając dłonie przed siebie. Zaczęły pojawiać się na nich pazury, a ja krzyknęłam i słyszałam również krzyki obu mężczyzn. Wzrok zaczął mi się wyostrzać, a dłonie oraz resztę ciała zaczęło pokrywać futro. Kilka chwil później pod skutkiem przemiany moje ciuchy zostały momentalnie rozerwane, a ja stałam w postaci wilka, wpatrując się w towarzyszy. Nie czekając długo, puściłam się biegiem w las, będąc całkowicie wolna. Wyczułam, że mężczyźni biegną za mną, ale to była właśnie ta chwila, w której mogłam wszystko. Chwila, dla której warto cierpieć katusze, by móc przemienić się w wilkołaka. Chwila, w której myślisz, że wszystko ci się uda i że nic nie jest w stanie cię pokonać.
Wolność.
Stanęłam raptownie nad przepaścią, z której był widok na  jezioro. Wpatrywałam się w taflę wody, dostrzegając jak światło księżyca oświetla okolicę. Odwróciłam łeb w stronę Remusa, którego oczy nie mogły się oderwać od srebrzystej kuli. Gdy dostrzegłam w jego oczach tą determinację, uśmiechnęłam się w myślach sama do siebie. Chciałam mu pomóc i chciałam, by przestał postrzegać siebie jako wyrzutka. Był wyjątkowy i właśnie w ten sposób powinien na to patrzeć.
Wróciliśmy nad ranem. Magnus się z nami pożegnał, obiecując, że wkrótce zobaczę się z resztą watahy, a Lupin wyglądał na szczęśliwego. Niespodziewanie, gdy stanęliśmy pod samymi drzwiami przy Grimmauld Place 12, mężczyzna objął mnie i podziękował. Było to dla mnie najlepszym sposobem, bym wiedziała, że właśnie tego potrzebował. Marzyłam o tym, by pójść spać, w tym samym momencie, co przekroczyłam próg domu. Zdziwiłam się wielce, gdy wchodząc do kuchni wszyscy jedli śniadanie. Zmrużyłam oczy widząc, że mama siedzi zamyślona, wyjątkowo daleko od Syriusza, który również nie jest w humorze. Kątem oka spojrzałam dyskretnie na Harry’ego, który tylko wzruszył ramionami. Pokręciłam głową zażenowana zachowaniem obojga i chrząknęłam, dając do zrozumienia, że wróciłam.
–– Dobrze, że jesteś. Musisz się spakować. –– Mama uśmiechnęła się do mnie lekko, a ja westchnęłam zirytowana.
–– Musimy wracać dzisiaj? –– Upewniłam się, siadając przy stole.
–– Jutro masz zajęcia. –– Brązowowłosa uniosła rozbawiona brwi do góry. –– Orientuj się. –– Spojrzałam na nią spod byka, ale kobieta dzielnie wytrzymała mój wzrok.
–– Jesteś niemożliwa.
–– Hope…
–– Tak, wiem. Przepraszam. –– Puściłam jej oko, a rodzicielka pokręciła głową zdegustowana. Czasem nie potrafiłam powstrzymać się przed komentarzem. Zmieniłam temat i opowiedziałam reszcie o dzisiejszej pełni, chwaląc przy okazji Remusa, który również wypowiedział się pochlebnie na ten temat.
Po śniadaniu poszłam się spakować i nie miałam pojęcia, za co się wziąć. Wiedziałam, że mama mi nie pomoże, a sama nie mogłam jeszcze używać magii, co było najbardziej dołujące w tej sytuacji. Nagle usłyszałam dźwięk pukania do pokoju i wstałam szybko z łóżka, udając, że pośpiesznie się pakuję. Do pomieszczenia wszedł Syriusz, patrząc na mnie rozbawiony. Machnął różdżką, a moje rzeczy w ekspresowym tempie zaczęły lądować w kufrze. Uśmiechnęłam się uradowana i podeszłam do mężczyzny, z którym ostatnio naprawdę spędzałam dużo czasu. W wielu aspektach dostrzegałam, jak bardzo podobni jesteśmy i mimo że w pewnych sprawach nadal czułam się trochę niekomfortowo, to starłam się, by nasza relacja powoli się zacieśniała.
–– Dziękuję! –– zawołałam uradowana.
–– Tylko nie mów mamie –– ostrzegł i uśmiechnął się pod nosem. –– Ostatnio wyjątkowo moje działania nie są jej w smak.
–– A ma powód? –– zapytałam.
–– Niestety tak.
–– W takim razie udobruchaj ją jakoś –– zaproponowałam. Czarnowłosy parsknął i wyciągnął ręce w moją stronę. Nie myśląc długo, przytuliłam się do niego, żałując, że nie mogę spędzić z nim więcej czasu. –– Żałuję, że muszę wyjechać –– powiedziałam szczerze.
–– Ja też –– odpowiedział. –– Hope, poznanie ciebie było jedną z lepszych rzeczy w moim życiu –– wyznał. –– Chcę, żebyś wiedziała, że zawsze możesz na mnie polegać. Jestem tu dla ciebie. –– Przycisnął mnie mocniej do siebie, a ja poczułam w kącikach oczu łzy. Wzruszyłam się, choć nie należałam do osób nazbyt emocjonalnych.
–– Hope, już pora… –– Do sypialni weszła mama, a ja oderwałam się powoli od czarnowłosego, skrawkiem bluzki wycierając pojedyncze łzy. Mama utkwiła przez chwilę wzrok w Syriuszu, a ja dostrzegłam, jak wiele ma do niego niewypowiedzianych słów. Chciałabym, żeby się dogadali i wyjaśnili swoje sprawy, bo bądź co bądź, na pierwszy rzut oka widać, że coś ich łączy, mimo że sami nie są do końca pewni swojego uczucia.
–– Będę za wami tęsknić –– oznajmiałam obojgu. –– Gdy zobaczymy się po raz kolejny, macie już ze sobą rozmawiać, zgoda? –– Syriusz spojrzał w stronę mamy, a ona pokiwała lekko głową.
–– Nie martw się. Jesteśmy dorośli –– odpowiedziała, a ja wywróciłam oczami.
–– Co wcale nie oznacza, że mądrzejsi –– odparowałam, ale gdy dostrzegłam wzrok rodzicielki, podbiegłam do niej i pocałowałam ją w policzek. –– Zbierajmy się, zanim całkowicie wyprowadzę cię z równowagi.

*

Dorcas wyszła wraz z resztą odprowadzić dzieciaki na King’s Cross, a ja zbierałem siły, by porozmawiać z Hestią, a następnie z Dorcas. Musiałem to zrobić, ale wewnętrznie byłem spięty. Dużo myślałem o tym, co jest dla mnie ważne i co tak naprawdę czuje. Rozmyślałem o Hestii oraz tym, jak wiele dla mnie zrobiła. Było nam ze sobą dobrze, naprawdę dobrze. Pojawienie się Meadowes zburzyło to co było między nami, tworząc barierę, która runęła. Runęła i to w sposób najgorszy z możliwych. Nie chciałem, by tak sprawy się potoczyły, ale stało się i teraz musiałem zebrać swoje żniwo. Przed wyjściem poprosiłem brązowowłosą, by wróciła jeszcze dzisiaj, do mnie, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Nie byłem pewny, czy wróci.
W domu wyjątkowo byłem sam i nawet Weasley’ów  w nim nie było. Artur czuł się już lepiej i wrócił do pracy, a Molly poszła z resztą na dworzec. Modliłem się tylko o to, by Harry i Hope nie wpadli w jakieś kłopoty. Oboje mieli do tego talent.
Wszedłem do kuchni i nastawiłem wodę na herbatę, której nigdy nie pije. Stwierdziłem, że tym razem nie sięgnę po alkohol, bo trudniej będzie mi rozmawiać się z Hestią. Chociaż sam już nie wiem, może byłoby to lepsze rozwiązanie?
Nie zdążyłem usiąść na krześle, a w drzwiach pojawiła się blondwłosa. Spojrzałem na nią przepraszającym wzrokiem, ale minę miała twardą, nie pokazywała emocji. Zawsze taka była.
–– Przykro mi –– zacząłem. –– Wiem, że przeprosiny na niewiele się zdadzą, ale przepraszam. Szczerze –– powiedziałem, a kobieta dalej stała z zaciętą miną.
–– Masz rację, na niewiele się zdadzą –– odpowiedziała, a ja poczułem ukłucie w sercu. –– Zachowałeś się jak prawdziwy cham numer jeden –– dodała, mrużąc oczy. –– Myślałam, że coś więcej dla ciebie znaczę.
–– Bo znaczysz –– zaprzeczyłem.
–– Jak widać za mało –– przerwała. –– Gdy się poznaliśmy, byłeś wrakiem człowieka, Syriuszu –– mówiła. –– Czułam wewnętrzną potrzebę, by ci pomóc, byś znów mógł być szczęśliwy. Przez chwilę nawet myślałam, że to mi się udało. Nie chciałam z tobą być, a mimo to los zaprowadził nas na wspólną ścieżkę. Mijał czas, a zaczęło zależeć mi na tobie coraz bardziej. Starałam się, walczyłam o ciebie. –– Zamknęła na moment oczy. –– Potraktowałeś mnie okropnie. Nigdy się tak nie czułam.
–– Jestem osobą, która rani najbardziej swoich bliskich –– przyznałem szczerzę. –– Mimo, że tego nie chcę. Ponownie pojawienie się Dorcas przewróciło moje życie do góry nogami. Powinienem ci o tym powiedzieć.
–– Powinieneś, ale nie zrobiłeś tego.
–– Bałem się.
–– Czego?
–– Bałem się, że mi nie wybaczysz. –– Spojrzałem w oczy kobiety, które po raz pierwszy w czasie rozmowy zaszkliły się łzami. –– Zależy mi na tobie i to się nie zmieniło, ale…
–– Ale mnie nie kochasz –– dopowiedziała, nie hamując już łez. Wstałem i podszedłem do kobiety. Mimo jej protestów, przytuliłem ją mocno do siebie, pozwalając, by wyrzuciła wszystkie swoje emocje względem mojej osoby. Płakała kilka minut, żegnając się ze mną. Otarła łzy i stanęła przede mną, będąc twardą i stanowczą. Zawsze mi tym imponowała.
–– Nie chcę, byś przeze mnie odchodziła z Zakonu Feniksa.
–– Nie pochlebiaj tak sobie –– odparła, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. –– Nie będzie to łatwe, ale poradzę sobie. No i nie myśl sobie, że zaakceptuję Elenę, Dorcas, czy już jak jej tam –– zaznaczyła. –– Chciałabym, żeby ktoś mnie kiedyś tak pokochał, jak ty kochasz ją.
–– Jestem pewny, że tak będzie.
–– Zobaczymy. –– Rozmawialiśmy długo, o naprawdę wielu rzeczach, nawet o Dorcas. Jones wypytywała o nasz wcześniejszy związek, mimo że nie było to dla niej łatwe. Gdy kobieta wyszła, westchnąłem głośno, zadowolony z rozmowy jaką przeprowadziliśmy. W tym momencie czułem się naprawdę dojrzały. Zbliżał się wieczór, a Molly wraz z Emmeliną wróciły do domu. Molly, co do niej podobne, krzątała się po kuchni przygotowując kolację, a Emma weszła do salonu, w którym urzędowałem, zastanawiając się nad tym, jak poprowadzić rozmowę z Meadowes i dalej widzę swoje życie. Poszukiwany numer jeden, Syriusz Black.
–– Nabroiłeś. –– Vance usiadła obok mnie, a w dłoni trzymała kufle z piwem. Uśmiechnąłem się do niej, kiwając głową, po czym wziąłem szklankę i upiłem sporego łyka.
–– Nie da się ukryć –– odpowiedziałem. –– Rozmawiałaś z nią?
–– Trochę –– przyznała. –– Jest zmieszana. Czuje się winna i nie chciała ranić Hestii. Jeśli zapytasz mnie co o tym sądzę, to lepiej teraz niż później. –– Spojrzałem z politowaniem na brązowowłosą, ponieważ od zawsze nie lubiła Jones. –– Głupio wyszło, ale chyba najwyższa pora, co?
–– Nikt nie potrafi podnieść na duchu tak, jak ty to robisz –– zauważyłem, a kobieta dała mi kuksańca w bok. –– Dorcas ma dziś przyjść?
–– Taką mam nadzieję.
–– Przyjdzie –– zapewniła mnie. –– Myślę, że…  –– Nagle do salonu wpadł zdyszany Kingsley, a za nim Tonks. Wstałem raptownie, widząc jego minę i dostrzegłem, że Tonks również jest zdenerwowana. Przestraszona.
–– Porwali Elenę –– powiedział Shacklebolt. –– Wyszła z Ministerstwa po południu i ślad po niej zaginął.
–– Byliśmy w jej mieszkaniu –– dodała Tonks. –– Księga zniknęła, a mieszkanie jest prawie doszczętnie zniszczone.
–– Kto…? –– wyszeptała Emma, a ja zacisnąłem dłoń w pięść.
–– Bellatrix. To musi być ona. –– Wpatrywałem się w Tonks, a jej zacięta mina mówiła wszystko. Musieliśmy działać szybko.
–– Dumbledore już wie? –– zapytałem, siląc się na spokojny ton.
–– Nigdzie nie idziesz –– przerwał Kingsley, a ja mocniej zacisnąłem pięść. –– Będziemy jej szukać. Musisz być w pogotowiu, Syriuszu.
–– Ma rację –– przyznała Nimfadora. –– Tutaj chodzi również o twoje bezpieczeństwo. Remus powinien niedługo się zjawić. Będziemy informować was na bieżąco. –– Spojrzałem na Emmeliną, a ona odpłaciła mi się przepraszającym wzrokiem. Warknąłem pod nosem, mierzwiąc włosy. Musiałem coś zrobić, cokolwiek.

*

Głowa bolała mnie niemiłosiernie i czułam jak zimno oplata moje ciało. Powoli otwierałam oczy, ale to co widziałam przed sobą, to mrok. Podniosłam głowę ku górze, dostrzegając małe okno, chronione przez kraty. Próbowałam lekko się podnieść, ale czułam ból w każdej kończynie mojego ciała. Zaczęłam się zastanawiać, jak tutaj trafiłam, ale nie mogłam skojarzyć na początku faktów. Lekko usiadłam do pozycji siedzącej, opierając się o zimny mur. Ręką przejechałam po gołej skórze ramion, próbując się rozgrzać. Bezskutecznie. Nie miałam przy sobie niczego, a cela, w której się znajdowałam, była pusta. Próbowałam wysilić wzrok i dostrzec cokolwiek w mroku, ale na marne. Oddychałam ciężko i starłam z czoła ślady zakrzepniętej krwi. Objęłam się mocniej ramionami, mając wrażenie, że zamarznę. 
Nie mam pojęcia ile czasu znajdowałam się w tej pozycji, ale musiało minąć parę godzin, ponieważ gdy usłyszałam dźwięki stukotu na schodach, zmieniłam pozycję, odczuwając ponownie promieniowania bólu. Do krat podeszła czarnowłosa kobieta, a ja wytężyłam wzrok, zdając sobie sprawę, że już się spotkałyśmy.
–– Gdybym wiedziała wcześniej, że żyjesz, szybko bym to zmieniła. –– Wpatrywała się we mnie, a ja poczułam wewnętrzną złość względem kobiety. –– Podobno straciłaś pamięć. –– Nadmieniła, trzymając w dłoniach cienki miecz.
–– Pieprz się –– odpowiedziałam, wbijając paznokcie w skórę dłoni.
–– Jesteś w moim domu, Meadowes i radzę ci zwracać się do mnie z należytym szacunkiem –– warknęła i schyliła się, tak, by być bliżej mnie. Skierowała ostrze w moją stronę. –– Gdy tylko otworzysz Księgę Zaklęć, zabiję cię i upewnię się, że mój nędzny kuzyn zobaczy twoje ciało. Martwe –– syknęła, po czym wstała, odwróciła się na pięcie i wyszła, zostawiając mnie samą. Warknęłam pod nosem, a w kącikach oczy poczułam łzy. Wiedziałam, że muszę się stąd wydostać, ale nie miałam żadnego pomysłu, jak mogę to zrobić. Byłam na siebie wściekła, że pozwoliłam na to, by mnie pojmano. Nadal nie mogłam dojść do spójnych wniosków, jak to wszystko się stało.
Wychodziłam z Ministerstwa Magii, gotowa na rozmowę z Syriuszem. Chciałam mu powiedzieć, że powinniśmy na razie przystopować i zobaczyć, jak dalsze wydarzenia na nas wpłyną. Nie byłam gotowa na to, by się z nim związać, tym bardziej, że z Hestią wyszło jak wyszło. Miałam absolutną pewność, że mi na nim zależy, ale nadal brakowało mi puzzli do tej układanki i wiedziałam, że póki ich nie złożę, nie będę do końca szczęśliwa. Miałam nadzieję, że Black to zrozumie.
Nagle usłyszałam trzask. Wstałam, mimo bólu i złapałam za kraty, przypatrując się przybyszowi. Widziałam tego skrzata parę razy i za każdym razem, miałam wrażenie, że coś chce mi powiedzieć, jednak nie może. Zdziwiłam się jego widokiem.
–– Dorcas Meadowes –– zaskrzeczał i podszedł bliżej krat. –– Stworek musi wypełnić ostatnią wolę pana Regulusa.

Od Autorki: Hej! Kochani, wiem, że na końcówkę rozdziału od dawna czekacie i mogę obiecać, że już w następnych wszystko będzie się wyjaśniać… Wróci nasza Dorcas :) Pozdrawiam ;*
            
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline