Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rubeus Hagrid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rubeus Hagrid. Pokaż wszystkie posty

2019/01/22

Rozdział 39 „Jestem niewinny”

9 komentarzy:

Po raz pierwszy w życiu czułem tak ogromny strach. Przeszywał moje ciało, chcąc mnie obezwładnić, jednak nie dawałem za wygraną. Pędziłem, by pomóc moim przyjaciołom. Wcisnąłem mocniej pedał gazu. Wylądowałem tuż przed domem Potterów, a raczej pozostałościami, jaka z niego pozostała. Nie wierzyłem, w co to widzę. Wpadłem w szał i krzyknąłem na całe gardło. Chwilę później dostrzegłem jak ogromna postać wychodzi z walącego się domu i podbiegłem w ekspresowym tempie do przybysza.
–– Hagridzie… –– wychlipałem, czując jaki ciężar przygniata moje ciało i umysł.
–– Przeżył… on przeżył –– powtarzał Hagrid, a w swoich dłoniach trzymał Harry’ego. –– Lily i James… oni…
–– Pozwól mi się nim zająć… –– wyszeptałem, będąc nadal w amoku.
–– Nie mogę, Syriuszu… To rozkaz Dumbledore’a. Mam go przenieść do Little Whinging, do siostry Lily… –– Płakał, pociągając nosem. –– Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wypowiadać…  Udało się, zniknął… Nie wiem jak… To Harry… –– Pokiwałem głową, nie wiedząc co tak naprawdę robię i spojrzałem po raz ostatni na małego Pottera i na jego bliznę na czole.
Chłopiec-Który-Przeżył. Jego chrześniak dokonał czegoś, czego nie udało się nikomu.
–– Weź mój motocykl –– zaproponowałem i zacząłem oddalać się od tego miejsca, nie mogąc dłużej znieść widoku, który pozostawił po sobie Voldemort.
Dowiedział się, a dowiedzieć mógł się tylko i wyłącznie w jeden sposób.
Peter Pettigrew.
Nigdy nie czułem w swoim życiu tak ogromnej nienawiści. Byłem gotowy zrobić wszystko, by tylko odnaleźć tą nędzną kanalię, która udawała naszego przyjaciela. Wydał ich. Zdradził. Zasługiwał na śmierć.
 Musiałem go odnaleźć.

*

Nie spodziewałam się, że cała moja rodzina przybędzie do naszej posiadłości w Bristolu na wieść o tym, że prawdopodobnie mogę być w ciąży. Nikt poza nimi o tym nie wiedział, nawet moi najbliżsi przyjaciele. Musiałam się upewnić, a pojawienie się nagle w Mungu nie było dobrym pomysłem, dlatego wuj Robert ściągnął tutaj ciotkę Mię. Mia powiadomiła Alana i tym oto sposobem przyjechali ze swoimi rodzinami. W naszym domu był taki harmider, że myślałam, że wyjdę z siebie. Z drugiej strony cieszyłam się, że wszyscy są po to, by mnie wspierać. To było podbudowujące.
–– Zobaczymy, co mu tu mamy –– powiedziała Mia sama do siebie, trzymając w ręku dziwne urządzenie. Znajdowałyśmy się w mojej sypialni, ale miałam wrażenie, że wszyscy pod drzwiami nas podsłuchują. –– Gratulację, kochanie –– rzekła po chwili. –– To trzeci miesiąc. –– Uśmiechnęła się do mnie.
Nie dowierzałam w jej słowa i plułam sobie w brodę, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam. Przecież, nie ma co ukrywać, razem z Syriuszem nigdy nie próżnowali w tym temacie… Przez chwilę pomyślałam o Regulusie, jednak szybko odrzuciłam to. Trzeci miesiąc. W moim brzuchu rozwija się malutka istotka. Byłam w szoku i nie wiedziałam, czy tak naprawdę cieszę się, czy po prostu przyjmuje to do wiadomości. Pewnie jeszcze jakiś czas temu, gdy byłam w Syriuszem, od razu pobiegłabym do niego, skacząc z radości, bo przecież skoro zostanie ojcem, jak słodkie będzie to dziecko? Teraz było trochę inaczej.
Pierwsze co chciałam zrobić, to spotkać się z Lily, ale ciotka kategorycznie mi tego zabroniła, mówiąc, że ostatnio w ogóle o siebie nie dbałam, co jest bardzo szkodliwie dla dziecka. Przestraszyłam się, dlatego posłuchałam jej. Miałam zamiar napisać do niej list, choć z drugiej strony bałam się, że ktoś go przechwyci. Nie wiedząc kiedy, zasnęłam, a gdy się obudziłam, usłyszałam gwarne krzyki na dole. Zmarszczyłam brwi i po chwili wyszłam z pokoju, by dowiedzieć się, o co tyle zamieszania.
–– Od początku wam mówiłem, że to zwykły zdrajca! –– krzyczał wuj Alan. –– Nikt z was nie chciał mnie słuchać, do jasnej cholery!
–– Nie wyciągajmy tak pochopnych wniosków, bracie! –– próbował przemówić wuj Robert, jednak ten w odpowiedzi prychnął głośno, machając ręką.
–– Wnioski same się nasuwają, Robercie –– rzekł lodowato. –– Rodzina Blacków to same szumowiny, bez wyjątków.
–– Co się tutaj dzieje? –– Weszłam do pomieszczenia, nie rozumiejąc słów, które właśnie padają.
–– Dorcas… –– Allie podeszła do mnie, zapłakana. Dostrzegłam chwilę później Alarica i Willa, którzy również wyglądali źle. Bardzo źle.
–– Odpowiedzcie mi! Co się dzieje?! –– warknęłam, tracąc nad sobą panowanie.
–– Musi znać prawdę –– rzucił wuj Alan, oddalając się, by zapalić papierosa.
–– Lily i James nie żyją –– wyszeptała Allie, a ja poczułam jak świat zaczyna wirować. –– Zabił ich, Sam-Wiesz-Kto…
–– Nie, nie… –– zaczęłam szeptać gorączkowo, nie chcąc uwierzyć w słowa kobiety. –– Zaklęcie Fideliusa, przecież… –– Otworzyłam szczerzej oczy, nie mogąc oddychać.
–– Syriusz ich zdradził –– powiedział Alaric pustym głosem.
Zdradził ich.
Nie!
NIE!
–– To niemożliwe… to…
–– Dorcas! –– Nie słyszałam nic więcej, bo upadłam z łoskotem na ziemię, nie wiedząc co się dzieje. Zapanowała ciemność, której oddałam się bez najmniejszej walki.

*

Kopnąłem go w brzuch, czując, jak tracę panowanie nad sobą. Znalazłem tego szczura w jakiejś mugolskiej mieścinie i miałem dosłownie gdzieś, że możemy zostać zdemaskowani. Liczyło się dla mnie tylko i wyłącznie to, by spotkała go kara.
–– Jak mogłeś?! Ty parszywy zdrajco, tchórzu! To byli twoi przyjaciele! –– darłem się. Pettigrew skulił się bardziej, po czym przyturlał się do moich stóp, zachowując się niczym szczur, którym wprawdzie był.
–– Syriuszu… Ja musiałem! Czarny Pan jest potężny… –– skomlał u moich stóp, wywołując we mnie jeszcze większą furię.
Złapałem go za płaszcz i bez problemu uniosłem do góry. Wpatrywałem się nienawistnie w oczy człowieka, którego uważałem za przyjaciela. To był mój pomysł, by Peter został Strażnikiem Tajemnicy i mogę winić tylko i wyłącznie siebie, za swoją bezmyślność.
Byłem taki zaślepiony! Taki głupi!
–– Lord Voldemort zginął –– rzekłem lodowato, a oczy mężczyzny rozszerzyły się jak spodki. –– Twój Pan jest martwy –– powtórzyłem i rzuciłem nim do przodu. –– Nigdy ci tego nie wybaczę, Glizdogonie. –– Wycelowałem różdżką w swojego byłego przyjaciela, pewny tego, co chcę uczynić.
–– Syriuszu, nie… Nie rób tego… To ja, Peter… Twój przyjaciel! –– wołał, a ja warknąłem niczym pies. –– Spójrz na tych biednych mugoli… –– dodał. Odwróciłem się, nie zdając sobie wcześniej sprawy, jak wiele par oczu nas obserwuje. Zakląłem siarczyście pod nosem, wracając wzrokiem do Pettigrew, jednak nie było go w tym miejscu.
Do jasnej cholery, rozproszył mnie. Zrobił to specjalnie.
–– PETER! –– krzyknąłem obracając się wkoło własnej osi, aż go dostrzegłem. Stał między około dwunastoma mugolami i uśmiechał się głupkowatą w moją stronę.
–– Morsmordre! –– wypowiedział i uniósł swoją różdżkę do góry. Snop światła wystrzelił do nieba, a po chwili w tym samym miejscu pojawiła się czaszka z wężem. Mroczny Znak. –– Przykro mi Syriuszu, ale to koniec. –– W tym samym momencie mężczyzna odciął sobie palec, a ja wpatrywałem się w niego zszokowany. –– Żegnaj, przyjacielu. Bombarda Maxima! –– Ogromna eksplozja odrzuciła mnie do tyłu, mimo że nie stałem blisko. Pomyślałem o ludziach, którzy byli tuż obok Petera, jednak przez chmarę kurzu i pyłu, niczego nie mogłem dostrzec. Chwilę później usłyszałem odgłos przemiany, która towarzyszy przy transmutacji w zwierzę i kątem oka dostrzegłem szczura, chowającego się w kanałach. Wstałem, wykończony fizycznie jak i psychicznie, by pomóc ludziom poszkodowanym przez wybuch. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nikt z nich nie wstaje, ani się nie rusza. Otworzyłem szczerzej oczy, rozumiejąc, że Pettigrew chciał mnie wrobić nie tylko w zdradę Potterów, ale i śmierć tych bezbronnych ludzi.
Nagle usłyszałem trzaski, pojawiające się naokoło mnie. Zaniemówiłem. Sześć par różdżek wycelowanych było w moją stronę, a ja tylko podniosłem ręce do góry, wiedząc, że jestem na przegranej pozycji.
–– Syriuszu Black, jesteś aresztowany. Nie ruszaj się. –– Barty Crouch Sr stanął przede mną z zaciętą miną i domyślałem się, że powstrzymuje się, by mnie nie uderzyć. –– Zabrać go do Azkabanu. Tam będzie czekał na swój proces.
Dwóch potężnych czarodziejów złapało mnie z dwóch stron, po czym deportowaliśmy się do miejsca, które każdego czarodzieja prowadzi do obłędu.
Azkaban, więzienie czarodziejów, gdzie urzędują dementorzy, prawdopodobnie jedne, z najgorszych istot, jakie widział czarodziejski świat.
Co ja tu robię?
Jestem niewinny.
JESTEM NIEWINNY!!!

*

Leżałam w łóżku, nie mając siły się podnieść. Cierpiałam i nie potrafiłam myśleć o czymś innym, jak James, Lily, Harry.
Syriusz.
Gdzie jest Harry? Co się z nim stało? Jakim cudem przeżył? Jakim cudem zaledwie roczne dziecko pokonało Lorda Voldemorta?!
JAK?!?!
Załkałam. Nie umiałam się pozbierać.
Straciłam wszystko.
–– Sis… –– Do pokoju wszedł William. Odwróciłam się od niego, zakrywając twarz dłońmi. Naprawdę nie potrafiłam wstać. –– Kochana moja…
–– Will, ja nic z tego nie rozumiem. To nie jest prawda, On by tego nie zrobił –– szlochałam. –– Znam go. To nie on –– powtarzałam. Nie wiedziałam jakie jest racjonalne rozwiązanie tej sytuacji.
–– Ja też nie mogę w to uwierzyć –– szepnął i usiadł obok mnie. –– Jednak Zaklęcie Fideliusa…
–– Nie kończ, proszę. –– Ukryłam twarz w dłoniach i ponowie się rozpłakałam. Will położył mi rękę na ramieniu i głaskał.
Chciałam umrzeć.

*

Syriusz Black, lat dwadzieścia cztery, został skazany bez procesu na dożywocie w Azkabanie za zamordowanie Petera Pettigrew i dwunastu mugoli, za podanie informacji o miejscu, w którym znajdują się Potterowie, co przyczyniło się do ich śmierci oraz za usługiwanie Lordowi Voldemortowi. Dożywocie spędzi w izolatce, skazany na łaskę gwardii Azkabanu – dementorów.

Siedziałem w celi, wygłodzony, zmęczony i wymarznięty. Czułem obecność dementorów, jednak uparcie starałem się nie zawracać sobie tym głowy. Miałem w głowie tylko dwa cele. Dwa cele, które utrzymywały mnie przy zdrowych zmysłach.
Niewinność.
I Dorcas.
Nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Nie chciałem myśleć o niczym innym. Nieustannie zastanawiałem się, jakim cudem znalazłem się w Azkabanie? Miejscu, gdzie trafia najgorsza szumowina wśród czarodziejów. Miejscu, gdzie nie istnieje ludzkie traktowanie, gdzie wariujesz. Dostajesz kompletnego świra.
Jak się stało, że tu trafiłem? 
Zostałem oskarżony o zdradę. Zdradę mojego najlepszego przyjaciela.
Na głowę Merlina, kto w to uwierzył?
Wszyscy.
Wszyscy, bo od samego początku kłamaliśmy z Jamesem, na temat prawdziwego Strażnika Fideliusa.
Jednak mimo to…
Nie mogę w to uwierzyć. Dlaczego nikt nie chce się ze mną spotkać? Dlaczego jestem skazany za niewinność.
Ale czy na pewno niewinność?
To mój pomysł, by zataić przed wszystkimi, że wcale nie jestem strażnikiem tajemnicy. Okłamywałem przyjaciół, okłamywałem wszystkich. Gdyby nie mój pomysł… James by żył. Lily by żyła. A Harry…?
Co z Harrym?
Setki pytań przelatywały mi przez głowę, przez co nie mogłem zmrużyć oka. Dzień wydawał się nocą, a noc czarną dziurą. Nie dostrzegłem światła. Widziałem tylko ciemność, która mnie zabijała od środka. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.
Nie miałem pojęcia, jaki jest dzień, ani jaka jest pora dnia. Mogłem tylko przypuszczać, gdy dawano mi posiłki. Jednak były dni, gdzie nie dawano ich prawie wcale. Jadłem byle gówno, by przeżyć.
Dla zemsty. Dla Harrego. Dla Dorcas.
Co z Dorcas? Co ona czuje? Uwierzyła, że mogłem dopuścić się niewybaczalnego czynu? Doprowadzić Voldemorta do Jamesa i Lily? I zabić tego perfidnego zdrajcę Pettigrew…?
Modliłem się, by zechciała się choć raz ze mną zobaczyć, jednak dni mijały, a ona nadal się nie pojawiła. Czułem się obco sam w swoim ciele. Moja głowa domagała się odpowiedzi, a jedyne co mogłem jej zaserwować to zwiększona ilość pytań. Pytań bez odpowiedzi i bez znaczenia. Bez znaczenia, bo życie toczy się dalej, a ja siedzę sam.. w zatęchłej celi. Bez kontaktu z kimkolwiek.
Bez kontaktu, do chwili, gdy celę obok zajął nie kto inny, jak Barty Crouch Jr. Wpatrywałem się skupiony, gdy dementorzy wprowadzali nowego więźnia. Ku mojemu zdziwieniu, pojawił się również sam Barty Crouch Senior, a wzrok jaki kierował na syna, ukazywał czystą pogardę. Junior śmiał się przeraźliwie, wykrzykując obelgi na swojego ojca, jak i wychwalając Czarnego Pana. Nie widziałem go tak naprawdę wcale, bo otaczały mnie betonowe ściany i tylko mała kratka w drzwiach, pozwalała zobaczyć cokolwiek.
–– Zostawisz mnie tu ojcze?! –– krzyknął Crouch Jr, gdy cela zamknęła się, a starszy Crouch wycofał się z zamiarem odejścia.
–– Ja nie mam syna –– rzekł tonem wypranym z emocji i czym prędzej skierował się do wyjścia.
Dni mijały, a towarzystwo Croucha było coraz cięższe do zniesienia. Codziennie monologi na temat Voldemorta, które urządzał sobie z współwięźniami, którzy stopniowo zapełniali cele obok nas, trwał w najlepsze i doprowadzał mnie do szału. Crouch nie miał bladego pojęcia, że jestem obok, aż do dnia, gdy nowy więzień szepnął mu parę słów.
–– Doprawdy? Syriusz Black jest moim sąsiadem? ––zapytał na tyle głośno, że spokojnie mogłem to usłyszeć. –– Black! BLACK! –– wołał, a ja warknąłem zirytowany. Nie miałem zamiaru zniżać się do tego poziomu, by wpadać w dyskusję ze Śmierciożercą. –– No wiesz, ranisz moje serce. Choć z drugiej strony, chyba już nie masz serca, co? Być oskarżonym o zdradę, to ciężki orzech do zgryzienia. Tym bardziej, że wszyscy wiemy, jak było naprawdę –– mówił, a we mnie kipiała wściekłość. –– Taaak… Grubiutki przyjaciel nieźle to wymyślił, a wszyscy uważali, że jest głupszy od gumochłona. Przeliczyli się, co? –– dopytywał, jednak nadal nie odezwałem się. –– Widzę, że nie jesteś zbyt rozmowny, jednak nie martw się… to minie.
Puściłem to mimo uszu, jednak codziennie słyszałem komentarze Croucha w swoją stronę. Mężczyzna chciał mnie zniszczyć psychicznie, jednak nie poddawałem się, bo wiedziałem, że to nie koniec. Wiedziałem, że muszę się stąd wydostać – nie wiem jak, ale muszę.
Jestem niewinny.

Od Autorki: Będę musiała przepraszać?

2017/01/04

Rozdział 8 "Związani"

13 komentarzy:

Syriusz


Wracaliśmy przez Zakazany Las do naszego dormitorium. Byłem taki zły. Ta noc potoczyła się gorzej niż zwykle. Remus był niespokojny, zestresowany. Nawet nasze towarzystwo animagów mało w tym pomagało. James został ranny. 
– Do jasnej cholery, jest prawie szósta. James.. spieprzyliśmy sprawę.
– Zdaje sobie z tego sprawę, stary. Jestem wykończony – odburknął i zmierzwił sobie włosy.
– Gdzie Angus i Peter? – zapytałem, a oczy mimowolnie zamykały mi się.
– Pewnie już wrócili. Co my powiemy dziewczynom?
– Nie mam kurwa bladego pojęcia, przyjacielu. – Weszliśmy do dormitorium, a ja zdąrzyłem tylko zdjąć z siebie brudne rzeczy i położyłem się do łóżka. 
To była naprawdę ciężka noc.
Ciężko jest mi cokolwiek powiedzieć. Miesiąc w miesiąc boli mnie, gdy muszę patrzeć na to jak mój przyjaciel cierpi. Jak z tygodnia na tydzień wygląda coraz mizerniej i mizerniej. Próbuję mu pomóc jak mogę, ale to nie jest wcale takie łatwe. Czasem jego niekontrolowane wybuchy mogą naprawdę doprowadzić do tragedii. James miał dużo szczęścia tej nocy. Już wyobrażam sobię jutrzejszą wojnę z Lupinem. Powie nam, że to co się wydarzyło nie powinno mieć miejsca i że to ostatni raz kiedy mu towarzyszymy podczas przemiany. Głupi. Nigdy go nie zostawimy, na tym właśnie polega przyjaźń. Panowie Łapa, Rogacz, Foks i Glizdogon nie zostawiają przyjaciół w potrzebie.
Nie wiem ile godzin minęło. Poczułem ciężar obok siebie, ale byłem zbyt zmęczony, żeby otworzyć oczy.
– Csiii.. - szepnęła moja ukochana. – Śpij skarbie. – Dorcas Meadowes, najprawdopodobniej jesteś najlepszą rzeczą jaka mogła mi się trafić w życiu.
Po jakimś czasie otworzyłem oczy i wpatrywałem się w śpiącą ukochaną. Za oknem było już ciemno. Pogłaskałem ją po policzku, a w tym samym czasie jej powieki uniosły się.
– Długo tu jesteś? – zapytałem nie odrywając wzroku z jej twarzy.
– Jakiś czas – szepnęła i przybliżyła się do mnie, by złożyć pocałunek na moich ustach. 
– Przepraszam – szepnąłem i przytuliłem ją do siebie.
– Za co?
– Nie jest łatwo ze mną żyć.
– Nie, ale podjęłam to ryzyko. I zrobiłabym to znowu. – Uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłem ten uśmiech.
– Zdążymy jeszcze na kolację? – zapytałem z nadzieją.
– Ubierz się i chodźmy.
– Wolałbym rozbierz, złotko.
– Wstawaj ogierze, już! – krzyknęła i lekko pocałowała mnie w nos. Zaśmiałem się i zrobiłem o co prosiła moja ukochana. Rozejrzałem się po dormitorium. Nikogo w nim nie było prócz nas. Wstałem i spojrzałem na Dorcas.
– Gdzie Rogacz? – Dziewczyna spojrzała na mnie od stóp do głów, a ja zauważyłem jak jej policzki pąsowieją.
– Ma szlaban - odpowiedziała po chwili patrząc mi w oczy. – Od Lily – dodała, a na jej twarzy zagościł uśmiech.
– Żartujesz? – Zaśmiałem się tak głośno, że Dorcas spojrzała na mnie jak na wariata. – Za co?
– Ubzdurał sobie, że Adrian, ten z Klubu Ślimaka, się w niej podkochuje – mruknęła brązowowłosa i wzruszyła ramionami.
– Dużo mnie ominęło. – Znów się zaśmiałem i pokręciłem głową.
Wiedziałem, że mój przyjaciel kocha się w Evans, ale nie przypuszczałem, że posunie się do takich kroków. Chociaż prawda jest taka, że ja zrobiłbym to samo. Niech tylko jakiś facet zacznie kręcić się wokół Dorcas, a zabiłbym go samym spojrzeniem. Za bardzo mi na niej zależy, żeby ją stracić. Ubrałem się i razem ruszyliśmy do Wielkiej Sali. Zauważyłem, że przy stole siedzieli wszyscy prócz Jamesa.
No i Remusa..
Na myśl o przyjacielu przeszła mnie fala bólu. Będzie miał wyrzuty sumienia za Jamesa, odsunie się od Macdonald i stwierdzi, że powinien być s a m.
Zauważyłem też, że Marlena i Angus nie siedzą obok siebie jak zawsze. Spojrzałem na przyjaciela, ale tylko pokręcił głową. 
Rozumiałem. Musieli się pokłócić.
Usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy swobodnie rozmawiać. Do czasu kiedy Lily zaczęła narzekała na mojego przyjaciela, że wciska nosa w nie swoje sprawy. Powiedziała, że jeśli nie porozmawiamy z nim i go nie powstrzymamy od robienia z siebie pajaca i psucia jej humoru to ostatni raz z nami rozmawia. 
Chciałem jej dogryźć. James Potter to mój najlepszy przyjaciel i najbardziej prawa osoba jaką znam w życiu. Nie będę pozwalał, żeby mówiła o nim w taki sposób, tym bardziej, że jedyne czego chciałby Rogacz to randki z nią.
Co on w niej takiego widzi? Wnerwia mnie tą swoją upartością.
Otwierałem już usta, kiedy spojrzałem na Dorcas. Widziałem w jej oczach, jak błagała bym odpuścił.  Od kiedy to stałem się taki uległy?
– Za dwa tygodnie jest wyjście do Hogsmeade – zagadnęła mnie ukochana.
– Zapraszasz mnie na randkę, złotko? – zapytałem i wzniosłem brwi ku górze. Brązowowłosa spojrzała na mnie i zaśmiała się.
 
– Idiota.
– Twój idiota. – Mrugnąłem do niej porozumiewawczo, a ona tylko wywróciła na to oczami.
Siedzieliśmy w Pokoju Wspólnym i odrabialiśmy lekcję. W sumie tylko ja z Jamesem i Angusem to robiliśmy, bo dziewczyny zajęły się już tym wcześniej.
– Patrzcie, co za świetny artykuł! – krzyknęła nagle Marlena, która zaczytana była w czasopiśmie Czarownica. McKinnon podstawiła nam pod nos czasopismo i wskazała palcem na rubrykę nijakiej Sarah Bradshow.

Zastanawiam się nad definicją miłości wśród ludzi z mojego otoczenia. Każdy pragnie miłości, ale większość nie wie tak naprawdę co to oznacza. Miłość to przede wszystkim poświęcenie. Jesteśmy gotowi zrobić wszystko dla drugiej osoby, uwielbiamy swoje towarzystwo i chcemy ze sobą przebywać jak najdłużej, ale czy rzeczywiście tak jest?
Kobiety narzekają na życie bez partnera, a mężczyźni na życie bez partnerki. Tęskni im się za bliskością. Dlaczego tak wiele osób żyje bez miłości i nie mogą trafić na odpowiednią osobę? Wydaje mi się, że najlepszym określeniem jest c z e k a n i e. Kiedy ktoś zapyta Cię czy jesteś w związku, odpowiadasz - wciąż na kogoś c z e k a m. Niektórzy szukają miłości, a przecież miłość odnajduje się sama. Przez przypadek spotykasz kogoś, patrzysz na niego i mówisz "Interesująca osoba".
Kolejną kwestią jest  z a b a w a. Dlaczego mężczyźni są inaczej postrzegani niż kobiety? Dlaczego mogą więcej? Czemu mężczyzna, który ma codziennie inną kobietę w łóżku, jest postrzegany n o r m a l n i e,  a kobieta jest od razu uważana za pannę lekkich obyczajów? Wszystkie pytania brzmią bardzo feministycznie, ale taka jest prawda. Mówi się, że kobiecie nie wypada się tak zachowywać, ciągle krąży nad nami stereotypowa opinia d a m y, którą powinnyśmy przestrzegać. Oczywiście każda z nas jest panem swojego losu i to ona decyduje o swoim życiu.. 
Często kobiety idealizują mężczyzn i czekają na swojego Księcia z bajki, który może nigdy się nie pojawić. Tak samo jest z mężczyznami, chcą dziewczyny z nienaganną figurą i rysami twarzy. 
Błąd, który popełniają mężczyźni. Dlaczego zapominają o takich błahostkach jak dawanie kwiatów? Przyznajmy to same przed sobą, ile razy w roku będąc w związku kobieta dostaje od swojego partnera kwiaty? Raz? Dwa? Trzy? Nie więcej. Faceci zapomnieli jaką rażącą siłę ma zwykły bukiecik i ile daje to radości. Sami też mogliby na tym bardzo skorzystać...

– Mógłbyś się czegoś nauczyć – blondwłosa warknęła w stronę swojego chłopaka i założyła ręce na piersi.
– A Ty mogłabyś już dać spokój.. – westchnął Angus. Blondynka spojrzała na niego i lekko się podniosła.
– Tak? To proszę bardzo. Właśnie to robię. – Wstała i skierowała swoje kroki do dormitorium. Campbell patrzył jak odchodzi, a po chwili zastanowienia wstał i poszedł za nią. 
To musi być miłość.

Dorcas

Już tylko dwa tygodnie zostały do Bożego Narodzenia. Uwielbiałam ten okres, szał przedświąteczny, śnieg i aurę, którą powiewał Hogwart. Nie mogę się już doczekać powrotu do domu. Święta w rodzinie Meadowes to najbardziej wyjątkowe święto w roku. Odwiedzamy dziś Hogsmeade, więc to wspaniała okazja na kupienie ostatnich prezentów. Ciągle miałam w głowie jeden problem. 
Co kupić Syriuszowi? 
Mam coraz mniej czasu, a w głowie pustkę.
– Sama przebierz się za prezent. Będzie zachwycony! – poradziła mi Marlena, gdy szykowałyśmy się z zamiarem pójścia do Hagrida.
Pokręciłam głową rozbawiona. Dobra rada, nie ma co. Doskonale wiem, że byłby zadowolony.
Poszłyśmy po chłopaków, a potem przechadzaliśmy się przez potężne zaspy aż pod sam domek naszego gajowego. Zapukałyśmy parę razy, aż w drzwiach pojawił się Hagrid.
– Dzieciaki, cholibka jaka niespodzianka! Wchodźcie, wchodźcie! – Gestem ręki zaprosił nas do środka, a my ochoczo skorzystaliśmy z zaproszenia. – Chcecie może trochę Krajanki z Melasy? Dziś robiłem, jeszcze świeża.. – zachęcał, ale wszyscy grzecznie odmówiliśmy i powiedzieliśmy, że my tylko na chwilkę wpadliśmy przed samymi odwiedzinami w Hogsmeade.
– Co u Ciebie Hagridzie? – zapytał Remus patrząc na
– W porząsiu, w porząsiu. Może chociaż herbatki wam zrobię? – zapytał z nadzieją w głośnie. Przytaknęliśmy, a Hagrid zadowolony od razu wziął się za parzenie herbaty.
Posiedzieliśmy u niego dłuższą chwilę po czym pożegnaliśmy się i swoje kroki skierowaliśmy do magicznej wioski. Na skraju rozstałyśmy się z chłopakami i razem z przyjaciółkami i Emmeliną zaczęłyśmy przechadzać się po zaśnieżonych uliczkach Hogsmeade i szukałyśmy prezentów dla naszych bliskich. Miałam jeszcze godzinę na spotkanie z Syriuszem, więc intensywnie pobudzałam moją głowę do pracy.
– Wiem! – krzyknęłam nagle na co moje przyjaciółki popatrzyły zdziwione. – Zegarek.
– Dor, to świetny pomysł! To najlepszy i najbardziej praktyczny prezent jaki mogłaś wymyślić – pochwaliła mnie Mary i uśmiechnęła się.
– Och szkoda, że ja na to wcześniej nie wpadłam! Will ciągle się spóźnia.. – mruknęła Emmelina. Zatrzymałyśmy się obok Pubu Pod Trzema Miotłami z którego w tym samym momencie wychodzili Huncwoci z Willem.
– Liluś, szukasz prezentu dla mnie? Nie trzeba, wystarczy mi Twoje towarzystwo, kochanie - mruknął zachęcająco James i przybliżył się do rudowłosej.
– Oszalałeś Potter? Przestań mówić do mnie...
– Patrzcie jaka piękna z nich para! – westchnęła Marlena do mnie i Emmeliny. Zaśmiałyśmy się i popatrzyłyśmy na tą dwójkę. Byliby świetną parą. Gdyby nie Jack, z którym Lily się umawiała od jakiegoś czasu.
– Chodź złotko, porywam Cię. – Syriusz podszedł do mnie i objął mnie w pasie. – Z tego co pamiętam, zaprosiłaś mnie na randkę - prychnęłam w odpowiedzi, ale w głębi serca chciało mi się śmiać. Odłączyliśmy się od przyjaciół i kroki skierowaliśmy do Herbaciarni u Pani Puddifoot. Zauważyliśmy jak wiele znajomych osób znajdowało się w tym miejscu. Szukaliśmy też miejsca, ale okazało się, że wszystkie stoliki są zajęte. Mieliśmy już wychodzić, kiedy z przeciwległego kąta ktoś zaczął do nas machać. Był to Frank Longbottom i Alicja Brown. 
– Hej Dor, Syriusz! Siadajcie z nami! – zawołał Frank i uśmiechnął się życzliwie.
– Nie chcemy wam przeszkadzać.. – zaczęłam, ale Alicja szybko uciszyła mnie ręką.
– Dajcie spokój. Będzie nam bardzo miło – odpowiedziała i przesunęli się tak, żeby zrobić nam miejsce obok siebie.
– Zresztą mamy dla was pewną wiadomość – dodał Frank i uśmiechnął się szczerze.
– A więc zamieniamy się w słuch – powiedział Syriusz.
– Chcielibyśmy oficjalnie zaprosić was na nasz ślub i wesele, które organizujemy w czerwcu, prawie od razu po ukończeniu przez nas szkoły – zakomunikowała radośnie Alicja.
– Ojej Frank, Alicja! Gratuluję! – zapiszczałam. – Oczywiście, że z wielką chęcią się pojawimy.
– Prawdę mówiąc jesteście pierwszymi zaproszonymi gośćmi! Przed nami jeszcze masa obowiązków związanych ze ślubem, nie mam pojęcia kiedy uda nam się to ogarnąć, a jeszcze Owutemy.. – westchnęła Alicja.
Spędziliśmy z nimi parę godzin i rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Bardzo lubiłam ich towarzystwo, a jeszcze teraz, dodatkowo kiedy są ze sobą tak szczęśliwi i pobierają się to aż miło się ich słucha.
Wróciliśmy razem do zamku, a potem jeszcze udaliśmy się na trening, który zarządził szanowny pan Potter, ponieważ przed świętami rozgrywamy ostatni mecz w tym roku z Puchonami. Trening w wydaniu Jamesa Pottera to katorga. Nic a nic nam nie odpuszcza. W dodatku wydawał się być dziś nie w humorze. A może..?
– Dor, kiedy zamierzałaś mi powiedzieć, że Lily się z kimś spotyka? – zapytał James, kiedy w szatni zostałam tylko ja i Syriusz.
– Myślałam, że sama Ci powie – mruknęłam i spuściłam głowę zażenowana. 
– Powiedziała. Dzisiaj. Dodała, że to już się ciągnie od jakiegoś czasu – westchnął. Jego oczy zdradzały smutek. 
– Evans się z kimś spotyka? – zapytał zdziwiony Syriusz i spojrzał na mnie. – Dlaczego mi nie powiedziałaś? 
– To nic pewnego – zaoponowałam. – Po prostu umówili się parę razy, tylko tyle.
– Więc jeszcze mam szansę? – Oczy Jamesa niebezpiecznie się zaiskrzyły. Uśmiechnęłam się tylko drętwo i nie odpowiedziałam. Nie chciałam niepotrzebnie dawać mu nadziei, ale z drugiej strony zauważyłam zmianę zachowania Lily w stosunku do Rogacza. 
Jest dla niego.. milsza. Mimo ich kłótni i dogryzania.
Ostatnio nawet jej o tym wspomniałam. Nawet mi nie odpowiedziała, tylko popatrzyła jak na kretynkę.
Nie wiem czemu, ale ciągle mam cichą nadzieję, że Ruda przekona się do Pottera. Wiem, że byłaby z nim szczęśliwa. Jack Bloom do miły chłopak, ale nie pasuje do niej. Jest za sztywny, nudny i nie potrafi okazywać emocji.
Wraz z Syriuszem skierowaliśmy się do dormitorium, by pobyć trochę sami. Rozmawialiśmy o Lily i Jamesie i zastanawialiśmy się jak im pomóc, a przede wszystkim co zrobić, żeby James nie robił z siebie półgłówka na każdym kroku, kiedy obok jest rudowłosa.
Jednak długość naszej rozmowy była mocno ograniczona.
Syriusz Black jak zawsze zniecierpliwiony i rządny fizyczności. Nie miałam mu tego za złe.
Sama byłam podobna.

No i mamy nowy rozdział! Mam nadzieję, że spędziliście niesamowitego Sylwestra! Pozdrawiam kochani i do usłyszenia! Zapraszam też na nowy rozdział na bloga o Alfardzie Blacku! ! ! KLIK ! !
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline