Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorcas Meadowes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorcas Meadowes. Pokaż wszystkie posty

2019/07/04

Epilog

15 komentarzy:
            [muzyczka]
polecam.

Powoli otworzyłem oczy. Nie wiedziałem gdzie się znajduje. Snop jasnego światła raził mnie w oczy, a naokoło panowała głucha cisza. Minęło kilka minut, gdy mój wzrok przyzwyczaił się do jaskrawego światła. Podniosłem się na równe nogi i rozejrzałem się. Zmarszczyłem brwi, gdy uświadomiłem sobie, że znajduje się na Grimmauld Place 12. Prawdę mówiąc to miejsce wyglądało całkowicie inaczej niż zapamiętałem. Było czysto. Jasno. Przyjemnie. Pokręciłem głową, nie rozumiejąc co się właściwie dzieje. Co się stało…? Nic nie mogłem sobie przypomnieć. Schodziłem w stronę kuchni, gdy usłyszałem szmery. Automatycznie złapałem się za kieszenie, jednak nigdzie nie miałem przy sobie różdżki. Ostrożnie otworzyłem drzwi i zamarłem, patrząc na mężczyznę, idącego w moją stronę.
–– Myślałem, że już nie wstaniesz. –– Zaśmiał się gardłowo. –– Długo kazałeś na siebie czekać, bracie –– dodał i podszedł do mnie bliżej. Wpatrywałem się w niego zszokowany i nie wiedząc czemu, chwilę później, wylądowaliśmy wspólnie w swoich ramionach, w braterskim uścisku.
–– Regulus… –– wyszeptałem i pokręciłem głową. –– Jak…?
–– Umarłeś, bracie –– powiedział, a ja cofnąłem się o krok. –– Tak samo jak ja.
–– Nic nie pamiętam… –– przyznałem szczerze, kręcąc głową.
–– To normalne. Z czasem wszystko wróci do normy –– odpowiedział, a ja złapałem się za głowę.
–– Co my tutaj robimy? Ten dom… –– Rozejrzałem się ponownie. –– Wygląda tak samo, a jednak całkowicie inaczej.
–– Ktoś na ciebie czeka –– poinformował mnie brat, a ja spojrzałem na niego niezrozumiale. Ni stąd ni zowąd nagle przeraziłem się, bo urywki zdarzeń zaczęły przelatywać mi przez głowę.
–– Dorcas… –– zacząłem, a Reg zmrużył oczy. –– Co z nią?
–– Chodź –– poprosił czarnowłosy i udał się w stronę drzwi. Stałem próbując przypomnieć sobie więcej, ale na marne. –– Chodź –– powtórzył mój brat, a ja zgodnie z prośbą poszedłem za nim. Wyszliśmy na zewnątrz, ale ku mojemu zdziwieniu, nie znaleźliśmy się przed budynkiem. Rozejrzałem się dookoła i rozpoznałem Dolinę Godryka. Otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia i spojrzałem na Regulusa.
–– Nic nie rozumiem –– przyznałem szczerze.
–– Zawsze miałeś z tym problem –– odpowiedział i zaśmiał się. Regulus był spokojny. Zrelaksowany. Szczęśliwy. –– Idź. Ja zostanę –– dodał i odwrócił się na pięcie, znikając. Podążyłem przed siebie w dobrze znanym mi kierunku. Nogi prowadziły mnie same. Zdążyłem dojść do drzwi, gdy owe otworzyły się, a w nich stanął mój najlepszy przyjaciel.
–– Syriusz –– powiedział i uśmiechnął się, wpatrując się we mnie.
–– Witaj, bracie –– odpowiedziałem automatycznie i przybliżyłem się do niego, zatapiając go w uścisku. James Potter poklepał mnie po plecach, a ja poczułem niesamowitą ulgę.
–– Już myślałem, że nie zobaczę twojej pięknej buźki. –– Zza pleców Jamesa wyszedł Angus, a ja pokręciłem głową, śmiejąc się na głos i również tuląc do siebie przyjaciela.
Będąc tutaj czułem się bezpiecznie. Byłem zrelaksowany. Szczęśliwy.
Wolny.

*

Obudziło mnie światło. Zmrużyłam oczy, otwierając je powoli i uniosłam się do pozycji siedzącej. Znajdowałam w lesie, który wydawał mi się niesamowicie znajomy, ale nie mogłam skojarzyć, dlaczego. Zaczęłam rozglądać się powoli, próbując pojąć, co się właściwie stało. Mój wzrok spoczął na kobiecie i uśmiechnęłam się mimowolnie. Nie zastanawiając się, podeszłam do niej bliżej i uścisnęłam ją z całej siły.
–– Och, Emmo. –– Spojrzałam na brązowowłosą, uśmiechniętą od ucha do ucha.
–– Chodź –– poprosiła i wzięła mnie za rękę. Spojrzałam na nią, marszcząc czoło.
–– Emmo… –– zaczęłam i pomaszerowałam z kobietą. –– Syriusz…
–– Chodź –– powtórzyła. Szłam za nią, rozglądając się naokoło i nie wiedząc kiedy, pojawiłyśmy się przed moim domem w Bristolu. Otworzyłam szerzej oczy i ponownie spojrzałam na kobietę, która kiwnęła zachęcająco głową. Szłam w stronę wejścia, gdy drzwi nagle się otworzyły, a w nich zaczęła wychodzić cała moja rodzina.
Alaric i Allie. Will. Robert. Mia. Alan.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem i zaczęłam szybciej łapać oddech.
Tata.
Biegłam, a widok mojego taty, wychodzącego jako ostatni podziałał na mnie podwójnie. Wpadłam w jego ramiona, czując się jakbym znowu miała dziesięć lat i czekała, aż tata wróci z pracy.
–– Moja córeczko –– zaczął i spojrzał mi prosto w oczy. –– Jestem z ciebie taki dumny.
–– Wszyscy jesteśmy –– dodał Alaric, obejmując Allie w talii. Roześmiałam się i przytuliłam ich oboje, by za chwilę wpaść w ramiona Willa.
–– Sis... –– Will spojrzał na mnie i pogładził mnie po głowie. –– Tęskniłem.
–– Ja też –– odpowiedziałam. Nie płakałam. Łzy nie były mi potrzebne.
Poczułam ulgę. Poczułam bezpieczeństwo. Poczułam szczęście.
–– Dorcas. –– Usłyszałam swoje imię i otworzyłam szerzej oczy. Odwróciłam się na pięcie i zobaczyłam maszerującą w moją stronę burzę rudych włosów.
–– Lily? –– wyszeptałam i zbliżyłam się w jej stronę. –– To naprawdę ty?
–– A któżby inny? –– Rudowłosa wywróciła oczami, a po chwili porwała mnie w objęcia. –– Moja najlepsza przyjaciółko… –– Lily oderwała się ode mnie, uśmiechając się. Dostrzegłam, że Emma podeszła do Willa i wtuliła się w niego. Ten widok radował moje serce. –– Złap mnie za rękę –– poprosiła, a ja tak uczyniłam. Weszłyśmy do domu, a ja rozglądałam się, stwierdzając, że nic się tutaj nie zmieniło. Wszystko było na swoim miejscu, tak jak zapamiętałam. 
Wyszliśmy z tyłu domu, a reszta poszła za nami. Wtedy dostrzegłam Marlenę i Mary. Uśmiechały się do mnie, szczęśliwe, a Lena zasłoniła usta, niedowierzając, że tutaj jestem. Jednak nagle się odwróciła, a ja zdziwiona zmarszczyłam brwi. Odsunęła się, a ja dostrzegłam nikogo innego jak mojego męża. Otworzyłam szczerzej oczy, a jego mina wyrażała takie samo zdziwienie. W ułamku sekundy pognałam ku niemu, a on zrobił to samo. Wpadłam w jego ramiona i odnalazłam jego usta, chcąc się upewnić, że to na pewno on.
–– Syriusz… –– Pokręciłam głową. –– Jesteś tutaj.
–– Ty również –– powiedział i oparł swoje czoło o moje. –– Walczyłaś o mnie.
–– A ty o mnie –– odpowiedziałam. Zza pleców Blacka wyłonił się James, puszczając mi oko, a zaraz za nim Angus. Ostatni wyszedł Regulus, który uśmiechnął się do mnie wesoło. Odpowiedziałam mu tym samym, a Syriusz odwrócił się w stronę Rega i złapał mnie w talii. Zobaczyłam, że patrzy na niego z tą braterską więzią, która od zawsze w nich była, głęboko schowana.
Spojrzałam po twarzach wszystkich zebranych, mojej rodziny, przyjaciół, mojego męża.
Jestem w domu. Jestem kochana. Jestem wolna.
           

Od Autorki,
Kochani…
Jest tak wiele rzeczy, które chciałabym powiedzieć, a tak mało. Nawet nie wiem od czego zacząć. Może zacznę od tego, że pisanie tego epilogu było dla mnie bardzo emocjonujące i powiem szczerze, łezki uroniłam. Cała ta historia, zakończenie żyło we mnie od… myślę, ze minimum siedmiu lat. Lata temu stwierdziłam, że chciałabym stworzyć alternatywną historię o Huncowtach, która skończy się właśnie w momencie Zakonu Feniksa i mimo, że na przestrzeni lat historia zmieniała swój tor, pierwotny zamysł pozostał i główne wątki potoczyły się tak, jak od początku chciałam. Nie bierzcie mnie za morderczynię. Wiem, że w tym opowiadaniu trochę tego było, ale tak być musiało. Dla mnie to również nie było łatwe, uśmiercenie tak wielu bohaterów, aż na końcu… głównych bohaterów. Bohaterów, którzy byli ze mną tak wiele lat i którzy przyzwyczaili mnie do siebie. Kończąc tą opowieść, czuję, że zakończyła się jakaś wewnętrzna część mnie, która lata układała to wszystko w całość, mimo że miałam swoje wzloty i upadki. Wdzięczna mogę być temu, że mój pisarski warsztat poprawił się przez ten czas, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Moi drodzy, chciałam również podziękować wielu osobom, dzięki którym jestem tu i teraz. Osobom, dzięki którym powracała moja wena na pisanie i które nie zapominały o mnie i mojej historii. Osobom, które wytrwale czekały, śledziły, komentowały. Dziękuje tym, który czytali. Tym, którzy komentowali. Tym, którzy nie pozostawili po sobie znaku obecności, ale byli. Obserwowali. Dziękuje z całego serca.
Nie będę sobą, jeśli nie wyróżnię tutaj paru osób, szczególnie dla mnie ważnych.
Dorcas Meadowes-Black i SBlackLady. Dziewczyny, byłyście ze mną od samego początku, czyli od grudnia 2016 roku. To niesamowite, że zostałyście. Nie zwątpiłyście. Zawsze mogłam na was liczyć, dziękuję.
Adrianna Wołtosz, Anonimowa, dziękuję za wasze zaangażowanie, pozytywizm. Pojawiłyście się i postanowiłyście zostać, a to dla mnie nagroda i lampka, że to co robię, pisanie, jest dobre. Bądź przeciętnie dobre, zależy od gustu. Dziękuję.
Wszyscy jesteście wspaniali. Nawet nie wyobrażałam sobie, że mogę znaleźć takie miejsce jak blogosfera, gdzie spotkam takich wspaniałych ludzi.
Nie byłabym również sobą, gdybym nie zostawiła dla was jakieś alternatywy. Pytaliście, czy będzie czwarta część – nie będzie, ale! Zastanawiałam się, czy dam radę poprowadzić to dalej i stwierdziłam, że warto spróbować, tym bardziej, że otworzyłam zbyt dużo wątków.
Miło mi was zaprosić na kontynuację tej opowieści, czyli Dziedzictwo Hope Meadowes-Black. Generalnie nie trzeba zbyt znać tego opowiadania, by zacząć czytać Dziedzictwo, ale jeżeli macie ochotę poznać dalsze losy Hope, Harry’ego i reszty to zapraszam. Będzie mi bardzo miło ponownie gościć was w moim świecie Harry’ego Pottera. Na blogu pojawił się już prolog oraz rozdział pierwszy, więc zapraszam serdecznie.
Kończąc już moje wywody, chciałam was zapytać o parę rzeczy. Co wam się najbardziej podobało? Jaka sytuacja, postać…? Czy potrzebujecie więcej wyjaśnień, jeśli chodzi o jakieś rzeczy? Na wszystkie pytania odpowiem w komentarzach. Pytajcie do woli. Moją ulubioną postacią był oczywiście Regulus Black. No i mimo, że nie było go dużo, to Colin Meadowes. 
Jeszcze raz wam dziękuję i do zobaczenia

2019/07/01

Rozdział 60 „Istniejemy póki ktoś o nas pamięta”

8 komentarzy:
Hope
[w tym fragmencie znajduje się wiele dialogów i opisów z książki Harry Potter i Zakon Feniksa – zmodfikowanych na potrzebny opowiadania]

–– Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać nazwisko i powód wizyty.
–– Harry Potter, Ron Weasley, Hermiona Granger –– odpowiedział Harry bardzo szybko. –– Ginny Weasley, Neville Longbottom, Luna Lovegood, Hope… –– zatrzymał się na chwilę.
–– Meadowes-Black –– dodałam pewnie, a chłopak kiwnął głową.
–– Jesteśmy tu, żeby kogoś uratować, chyba że wasze Ministerstwo zrobi to pierwsze!
–– Dziękuję –– odparł chłodny damski głos. –– Gości prosimy o wzięcie plakietek i umieszczenie ich z przodu swojej szaty.
Siedem tabliczek wysunęło się z metalowej rynienki, którą zwykle wylatują niewykorzystane monety. Hermiona zebrała je i bez słowa podała mi oraz Harry'emu ponad głową Ginny. Spojrzałam na pierwszą z nich, Hope Meadowes-Black, Misja Ratunkowa.
–– Goście Ministerstwa są zobowiązani poddać się przeszukaniu i oddać swoje różdżki do rejestracji przy biurku ochrony, które znajduje się na przeciwległym końcu atrium.
–– Świetnie! –– powiedział głośno Harry, który trzymał się kurczowo za bliznę. Musiała znów dawać mu się we znaki. –– Czy możemy wreszcie ruszyć?
Podłoga budki zadygotała i chodnik pojechał w górę za jej szybami. Żerujące Śmiercioślady znikały z pola widzenia. Ciemność zamknęła się nad naszymi głowami i z głuchym, skrzypiącym dźwiękiem spłynęliśmy na dół w głębiny Ministerstwa Magii.          
Promień miękkiego złocistego światła dotknął ich stóp i, rosnąc, oświetlił z wolna ich całych. Harry ugiął kolana i uchwycił różdżkę tak mocno, jak tylko zdołał w takim ścisku i przylgnął do szyby, aby sprawdzić, czy w atrium ktoś na nas czeka, ale zdawało się ono całkiem puste. Światło było słabsze niż za dnia, w kominkach po obu stronach nie płonął żaden ogień.
–– Ministerstwo Magii życzy przyjemnego wieczoru –– oznajmił damski głos.
Pół godziny później udało nam się odnaleźć to miejsce: wysokie jak katedra i wypełnione wyłącznie piętrzącymi się półkami, na których stały małe, zakurzone szklane kule. Połyskiwały mętnie w świetle sączącym się z lichtarzy, umieszczonych na półkach w pewnych odstępach. Podobnie jak te w okrągłej sali, świece płonęły niebieskim płomieniem. W pomieszczeniu było bardzo zimno. Harry ruszył naprzód i podążył jednym z mrocznych przejść między dwoma rzędami półek. Poszłam od razu za nim, rozglądając się naokoło. W pomieszczeniu panowała cisza.
–– Mówiłeś, że to był rząd dziewięćdziesiąty siódmy –– wyszeptała Hermiona do Harry’ego.
–– Tak –– odszepnął Harry, spoglądając w górę na koniec najbliższego rzędu. Poniżej pęku płonących niebiesko świec, w świetle rzucanym przez nie lśniła srebrna liczba pięćdziesiąt trzy.
–– Myślę, że powinniśmy iść w prawo –– wyszeptała Hermiona, zezując w stronę następnego rzędu. –– Tak... tu jest pięćdziesiąt cztery...
–– Trzymajcie różdżki w pogotowiu –– powiedział cicho Harry, a my kiwnęliśmy głowami. Wypatrywałam mojego tatę, jednak niczego nie mogłam dostrzec.
–– Jest dokładnie na końcu –– powiedział Harry, któremu trochę zaschło w ustach. –– Stąd nie widać dokładnie. –– I poprowadził nas między wznoszącymi się rzędami szklanych kul. Niektóre błyskały delikatnie, kiedy przechodzili.
–– Powinien być blisko –– wyszeptałam, przekonana, że każdy następny krok ukaże mi  sylwetkę Syriusza na tle ciemnej posadzki. –– Gdzieś tu... naprawdę blisko...
–– Harry... –– odezwała się Hermiona nieśmiało, ale chłopak nie chciał jej odpowiedzieć.
–– Gdzieś zaraz... tutaj... –– dopowiedział. Dotarliśmy do końca rzędu i wkroczyliśmy w mętne światło świec. Nikogo tam nie było. Tylko dzwoniąca, zakurzona cisza dookoła. –– Może być... –– wyszeptał chrypliwie Harry, zaglądając w następną alejką. –– Albo może... –– w pośpiechu zajrzał w następną uliczkę.
–– Harry? –– odezwała się znowu Hermiona.
–– Co? –– prychnął.
–– Ja... ja myślę, że Syriusza tu nie ma.
–– Harry? –– zawołałam oddalając się od reszty. Ulżyło mi, że nie ma tutaj mojego taty. Prawdę mówiąc byłam przeszczęśliwa, że okazało się, że to fałszywy alarm. Miałam nadzieję, że nie cieszę się za wcześnie.
–– Co?
–– Widziałeś to? ––zapytałam.
–– Co? –– spytał Harry, ale tym razem skwapliwie. –– No co? –– powtórzył Harry ponuro.
–– Pod... pod tą jest twoje imię –– powiedziałam i spojrzałam na chłopaka, który zmarszczył brwi. Harry przysunął się trochę bliżej. Wskazywałam na jedną z małych kul, która świeciła słabym wewnętrznym światłem, chociaż była bardzo zakurzona i wydawała się nietknięta od wielu lat.
–– Moje imię? –– powtórzył tępo Harry.
Podszedł do półki i wyciągał szyję, aby odczytać żółtawą etykietkę, przytwierdzoną do półki dokładnie pod zakurzoną szklaną kulą. Cienkim i kanciastym pismem wypisano na niej datę sprzed jakichś szesnastu lat, a poniżej:

S.P.T. do A.P.W.B.D.
Czarny Pan
i (?) Harry Potter

Harry zapatrzył się na nią.
–– Co to jest? –– dopytywał się Ron, najwyraźniej wystraszony. –– Co tu robi twoje imię? –– Przyjrzał się pozostałym etykietkom na najbliższych półkach. –– Mnie tu nie ma –– zauważył zakłopotany. –– Nikogo z pozostałych nas tu nie ma.
–– Harry, sądzę, że nie powinieneś tego ruszać –– powiedziała Hermiona ostro, gdy wyciągnął rękę.
–– Dlaczego? –– zaprotestował. –– To ma coś wspólnego ze mną, prawda?
–– Nie, Harry! –– odezwał się nagle Neville. Harry spojrzał na niego. Okrągła twarz Neville'a lśniła lekko od potu. Wyglądał, jakby już nie był w stanie znieść dalszej niepewności.
–– Pod nią jest moje imię –– powiedział Harry. Zacisnął palce na pokrytej pyłem powierzchni kuli. Oczekując, a nawet mając nadzieję, że stanie się coś dramatycznego, coś ekscytującego, co nada w końcu sens ich długiej i niebezpiecznej podróży, Harry podniósł szklaną kulę z jej półki i spojrzał w nią. Absolutnie nic się nie stało. Stłoczyliśmy się wokół Harry'ego, przyglądając się kuli, którą przecierał z pokrywającego ją kurzu.
I wtedy, tuż za nami, rozległ się cedzący słowa głos:
–– Bardzo dobrze, Potter. A teraz odwróć się, grzecznie i powoli daj mi to.

*

Wbiegliśmy przez drzwi i w jednej chwili zaczęliśmy spadać w dół. Za pomocą magii wylądowaliśmy gładko na nawierzchni i zaczęliśmy się rozglądać, by oszacować, gdzie się znajdujemy. Usłyszałam krzyk, a żołądek podszedł mi do gardła. Kątem oka spojrzałam na Syriusza, który również skupił na mnie wzrok. Widziałam tą miłość, która bije od niego na kilometr. Musiałam wyglądać podobnie, ponieważ Moody przerwał naszą wymianę spojrzeń i rozkazał się skupić. Pobiegliśmy przed siebie, nasłuchując odgłosów walki, gdy nagle dostrzegliśmy mnóstwo szkła na podłodze. Zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć co się stało, gdy nagle dostrzegłam ciało na posadzce. Przerażona, zdałam sobie sprawę, że jest to nie kto inny jak Hermiona Granger. Tonks podbiegła do niej w ekspresowym tempie i sprawdziła puls.
–– Żyje! –– krzyknęła, a ja odetchnęłam z ulgą. Kobieta chwilę później ocuciła Hermionę, która rozglądała się, przerażona.
–– Co z Harrym? Hope żyje? –– dopytywała, a ja słysząc te dwa pytania o mało nie dostałam zawału. Modliłam się w duchu, by nic im nie było. Kochałam ich i chciałam, żeby byli cali i zdrowi. Ze mną.
–– Nie mamy czasu –– warknął Moody i wskazał laską na drzwi, znajdujące się na końcu korytarza. Podbiegliśmy do nich i otworzyliśmy, a naszym oczom ukazał się kamienny łuk, a wokół niego zgromadzeni byli Śmierciożercy oraz dzieciaki. Ginny, blondwłosa dziewczyna i brązowowłosy chłopak, których nie znałam, oraz Hope byli przetrzymywani przez Śmierciożerców z różdżkami przy skroniach. Ron leżał nieruchomo z mózgiem, a macki zostawiały coraz więcej śladów na skórze. Za to na krtani Harry’ego znajdowała się mocno zaciskająca się dłoń Bellatrix Lestrange. Gdy to dostrzegłam, zagotowało się we mnie i nie myśląc długo, zaatakowaliśmy, a masa zaklęć przelatywała nam nad głowami. Biegłam przed siebie, by jak najszybciej znaleźć się przy Hope.  Nagle na mojej drodze pojawił się Rudolf Lestrange. Wyciągnęłam daleko różdżkę przed siebie i wpatrywałam się zajadle w czarnowłosego.
–– Żałuję, że mieliśmy dla siebie tak mało czasu –– powiedział i uśmiechnął się niczym szaleniec. Nie odpowiedziałam na jego zaczepkę, tylko zaczęłam rzucać zaklęcia, by móc się przez niego przebić do mojej córki. Nasza walka stawała się coraz bardziej brutalna.
–– Protego! –– Bariera wytworzyła się wokół mnie w tym samym momencie, gdy czarnowłosy rzucił na mnie niebezpieczne zaklęcie.
–– Nie baw się ze mną w kotka i myszkę –– warknął, a ja widziałam, że staje się coraz bardziej zdenerwowany. Kątem oka spojrzałam w swoją prawą stronę, niepotrzebnie, ponieważ zobaczyłam, jak Bellatrix pojedynkuje się z Tonks która nagle upadła. Przeraziłam się i chciałam do niej podbiec, jednak czarnowłosy nie pozwalał mi na to.

*

Kingsley stał tuż blisko mnie i pojedynkował się z dwoma Śmierciożercami. Straciłem z oczu Dorcas, co nie napawało mnie optymizmem. Gdy dostrzegłem, że magiczne oko Moody'ego wiruje po podłodze, a jego właściciel leży na boku krwawiąc z głowy, poczułem niepohamowaną wściekłość. Spojrzałem na Dołohowa, który był odpowiedzialny za stan Szalonookiego i kierował różdżką w stronę Harry’ego i Nevilla, staranowałem mężczyznę i z całej siły uderzyłem go w bok. Nie myśląc długo zacząłem ataktować Śmierciożercę, który nie pozostawał mi dłużny. Z naszych różdżek tryskały iskry, a zaklęcia stawały się coraz bardziej potężne. Nagle upadłem na kolano i skierowałem głowę ku mężczyźnie, który już we mnie mierzył.
–– Petrificus Totalus! –– krzyknął Harry i pojawił się tuż przede mną. Dołohow upadł z łoskotem, a chłopak podał mi dłoń, na której się wsparłem.
–– Nieźle –– pochwaliłem go i chwilę później oboje zniżyliśmy głowy, chroniąc się przed zaklęciami lecącymi w naszą stronę. –– A teraz bierz resztę i wynoście się stąd –– dodałem i nagle zielony promień światła świsnął mi koło głowy. Spojrzeliśmy przez salę i w połowie schodów zobaczyliśmy upadającą Tonks. Jej bezwładne ciało zwalało się w dół po kamiennych ławach, a triumfująca Bellatrix biegła z powrotem w kierunku bitwy. Odwróciłem się ponownie w stronę czarnowłosego. –– Bierz przepowiednię i uciekajcie! –– powtórzyłem i popędziłem ku Bellatrix, którą miałem nadzieję, że zetrę w pył.
–– Tato! –– Ujrzałem Hope jak biegnie w moją stronę i przytuliłem ją do siebie z całej siły. –– Myślałam… –– zaczęła, a głos ugrzązł jej w gardle.
–– Nic mi nie jest, skarbie. –– Uspokoiłem ją. –– Uciekajcie, proszę. Nie wybaczę sobie, jeśli coś ci się stanie.
–– Zrobię dla ciebie wszystko –– wyszeptała, a ja ponownie utuliłem ją do siebie.
–– A ja dla ciebie, kocham cię, Hope. A teraz zmiatajcie stąd.

*

–– Confringo! –– krzyknęłam i wycelowałam w kamień tuż obok Lestrange. Nastąpiła eksplozja, a Rudolfa odrzuciło do tyłu. Pobiegłam przed siebie, próbując w tłumie znaleźć Hope, jednak bezskutecznie. Zaczęłam się bać, że nigdzie jej nie ma.
–– Mamo! –– Usłyszałam nagle i odwróciłam się w stronę krzyku. Brązowowłosa krwawiła z ramienia, a Remus podtrzymywał ją tak, by mogła iść. W ciągu kilku sekund przybiegłam do nich i sprawdziłam ranę córki.
–– Dorcas, nie mamy teraz na to czasu –– powiedział do mnie Lupin, a ja zacisnęłam zęby, zdając sobie sprawę, że ma rację.
–– Nic mi nie będzie –– powiedziała dziewczyna. –– Znajdźmy resztę i zbierajmy się st… –– Hope nie dokończyła, ponieważ przy naszej trójce nastąpiła ogromna eksplozja. Upadłam na zimną posadzkę, a głową uderzyłam w wystający kamień. Mimowolnie złapałam się za głowę, czując sączącą się krew.
–– Nie tak szybko, Meadowes –– warknął Lestrange i wymierzył we mnie różdżką. –– Myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? Diffindo! –– Siła zaklęcia zostawiła krwawiące przecięcie na moim policzku. Lestrange bawił się mną. Próbowałam wstać, jednak kręcenie w głowie, spowodowane przez upadek, dawało mi się we znaki. Nagle tuż obok Rudolfa pojawił się Lupin i uderzył go z całej siły pięścią w głowę. Mężczyźnie różdżka wypadła z ręki, a Remus wykorzystał moment i obezwładnił Śmierciożercę. Odetchnęłam z ulgą i powoli wstałam, chcąc znaleźć Hope.
–– Drętwota! –– Usłyszałam krzyk i odwróciłam się nagle, widząc jak czerwony snop światła mknie w moją stronę. Nie miałam szans, by zdążyć przed nim uciec, gdy niespodziewanie przede mną pojawiła się Hope i zasłoniła mnie własnym ciałem. Moja córka upadła na ziemię, a ja razem z nią, trzymając ją w ramionach. Leżała nieruchomo, oszołomiona i straciła przytomność. Warknęłam zła i skierowałam swój wzrok do mężczyzny, który był za to odpowiedzialny. Rockwood uśmiechał się głupkowato i ponownie skierował różdżkę w moją stronę.
–– Protego! –– Odbiłam atak i walcząc sama ze sobą, ponownie rzuciłam się w wir walki. Pobiegłam bliżej i dopiero teraz dostrzegłam, że Syriusz pojedynkuje się z Bellatrix.
–– Przepowiednia, Potter, daj mi przepowiednię! –– warknął głos Lucjusza Malfoya, a ja odwróciłam się w stronę Harry’ego i blondwłosego, który wręcz wbijał mu koniec różdżki w gardło.
–– Nie! Odwal się... Neville... łap ją! –– odwarknął Harry i rzucił przepowiednię po podłodze, a Neville przetoczył się na plecy i przygarnął kulę do piersi. Malfoy przeniósł różdżkę na Neville'a, ale Harry wytknął różdżkę przez ramię i wrzasnął. –– Impedimenta!  –– Malfoya odrzuciło i mężczyzna wpadł na podest, na którym Syriusz walczył z Bellatrix. Malfoy ponownie wycelował różdżką w Neville'a, ale zanim zdołał zebrać oddech, by zaatakować ponownie, wskoczyłam między nimi.
–– Harry, weź pozostałych i uciekajcie! Teraz! –– krzyknęłam, a Potter pokiwał głową i zabrał Nevilla pod pachę, jednak w tym samym momencie, gdy chłopak schodził, obok niego trafiło zaklęcie. Sturlał się po stopniach, rozbijając przepowiednie, lecz mimo to nie dawał za wygraną. Nagle chłopak zaczął się w coś wpatrywać, więc odwróciłam się w tamtą stronę i dostrzegłam, że w ramie drzwi prowadzących do Komnaty Mózgów z uniesioną w górę różdżką, z twarzą bladą i gniewną stał Albus Dumbledore.

*

Tonks leżała nieprzytomna, tak samo jak moja córka. Miałem ochotę zabić wszystkich Śmierciożerców, znajdujących się w tym pomieszczeniu i naprawdę bardzo musiałem się hamować, by tego nie zrobić. W tym momencie jednak nie to było dla mnie najważniejsze, ponieważ przede mną znajdowała się moja kuzynka, Bellatrix Lestrange, o której śmierci marzyłem jeszcze od czasów szkoły.
–– Co jest Black? Zapomniałeś już jak wyglądają pojedynki? Nie dziwie się, że ukrywałeś się tyle czasu, skoro jesteś taki beznadziejny –– mówiła, a krew we mnie zawrzała. Uniknąłem smugi czerwonego światła i ponownie zaatakowałem czarnowłosą.
–– Syriusz! –– Usłyszałem krzyk mojej żony i kątem oka spojrzałem na nią. Była poobijana, a z wielu jej ran sączyła się krew. Dostrzegłem również, że do Sali wkroczył Dumbledore. Odetchnąłem z ulgą, bo wiedziałem, że pojawienie się siwowłosego przyniesie nam wygraną. Miałem tylko nadzieję, że wszyscy obecni tutaj przeżyli i ich obrażenia nie będą długotrwałe. Odwróciłem ponownie głowę ku Bellatrix i uśmiechnąłem się do niej kpiąco.
–– Tylko na tyle cię stać? –– zironizowałem, a kobieta uśmiechnęła się zwycięsko, a ja pojąłem dopiero, że zielony snop światła leci prosto na mnie. Odwróciłem lekko głowę i zobaczyłem przerażone i załzawione oczy Dorcas. Nie miałem szans.
–– Kocham cię –– wyszeptałem.

*

Kocham cię.
Nie wiedziałam kiedy, ale zaczęłam biec. Biegłam z całych sił przed siebie, słysząc naokoło osoby, które krzyczały moje imię. Nie słuchałam ich, tylko nadal biegłam przed siebie. Gdy snop zielonego światła zbliżał się ku Syriuszowi, wpadłam w jego ramiona i poczułam silne uderzenie. Gdy otworzyłam oczy, nie wiedziałam gdzie jestem.


Od Autorki: Hej kochani! 60! Wow, wow, wow! Nigdy nie myślałam, że dojdę do takiej liczby. Co myślicie o końcówce? Przed nami został tylko i wyłącznie epilog – kolejne wow! Piszcie proszę co uważacie! Pozdrawiam i do zobaczenia ;*

2019/06/20

Rozdział 59 „Wizja”

8 komentarzy:
Hope

Harry mknął po schodach jak opętany, a my biegliśmy od razu za nim. W głowie miałam milion myśli na minutę i nie wiedziałam, co zrobić. Myślałam tylko i wyłącznie o tacie.
–– Harry, jesteś pewien? –– dopytywała Hermiona, nie do końca przekonana. –– Może On chciał, żebyś to zobaczył?
–– Hermiono, nie mamy na to czasu! –– warknął chłopak, kierując się przed siebie. –– Syriuszowi grozi niebezpieczeństwo! Widziałem to! Było tak, jak z panem Weasley’em –– tłumaczył, a ja zatrzymałam się raptownie, a dłoń zaciskałam w pięść. –– Od miesięcy śnią mi się jakieś drzwi, Syriusz mówił, że Voldemort szuka jakieś broni! To jest w Departamencie Tajemnic!
–– Musimy ruszać, natychmiast –– rzekłam twardo, a Ron spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
–– Jak niby dostaniemy się do Ministerstwa? W dodatku do Departamentu Tajemnic? Przecież to nierealne! –– zawołał rudowłosy, a ja posłałam mu miażdżące spojrzenie.
–– A jeżeli On zrobił to tylko po to, by się do ciebie dostać, Harry? –– Spojrzeliśmy na brązowowłosą, która wpatrywała się obawiająco w Harry’ego. Czarnowłosy zacisnął szczękę i spojrzał twardo na swoją przyjaciółkę.
–– Co z tego? Nie pozwolę, by coś mu się stało –– powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu.
–– Więc co robimy? –– zapytał Ron.
–– Harry, nadal mi się wydaje, że to jest nieprawdopodobne! Jest siedemnasta, w Ministerstwie jest jeszcze pełno osób. Jak Voldemort mógłby pojawić się tam niezauważony? Poza ty Syriusz jest poszukiwany na całym świecie… –– mówiła Granger, a ja miałam ochotę rzucić na nią zaklęcie. Po minie Pottera mogłam wywnioskować to samo.
–– Jeśli myślisz, że mam zachowywać się tak, jakbym nic nie zobaczył…. –– Harry tracił panowanie nad sobą, gdy nagle drzwi się otworzyły i do pomieszczenia, w którym przebywaliśmy, weszła Ginny i Luna. Luna jak zwykle wyglądała, jakby byłą w innym świecie.
–– Hej –– zaczęła rudowłosa i spojrzała prosto na Harry’ego. –– Usłyszałyśmy jak wrzeszczysz, co się stało?
–– Nie twoja sprawa –– warknął szorstko Potter, mierzwiąc sobie włosy.
–– Nie przesadzaj –– upomniał go Ron.
–– Nie musisz się do mnie odzywać takim tonem, chciałam tylko pomóc –– odpowiedziała Ginny ze skrzywioną miną.
–– Nie potrzebuje pomocy.
–– Harry! –– zawołała nagle Hermiona. –– Właśnie Ginny i Luna mogą ci pomóc! –– Czarnowłosy spojrzał na nią niezrozumiale, a ja zmarszczyłam brwi.  –– Musimy skorzystać z sieci Fiuu –– zaproponowała Hermiona. –– Umbridge kazała pilnować wszystkie kominki z wyjątkiem jej własnego. Jeśli upewnimy się, że Syriusza nie ma na Grimmauld Place, wyruszamy. Wywabimy różową landrynę z gabinetu, a Ginny i Luna staną na straży. –– Pokiwaliśmy głowami, zgadzając się z dziewczyną. Harry nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, ale ja pomyślałam, że może w ten sposób uda nam się porozmawiać z moją mamą i ostrzec ją. Popędziliśmy do gabinetu Umbridge, a po drodze obmyśleliśmy plan działania. Wszystko powinno się udać i miałam nadzieję, że właśnie tak będzie. Zgodnie z planem kobieta opuściła gabinet, a my w tym czasie wślizgnęliśmy się do niego, niezauważenie. Harry w mgnieniu oka wziął proszek i wsadził swoją głowę do kominka. Minuty mijały, a chłopak nadal tkwił w tym samym miejscu. Nagle drzwi się otworzyły, a w nich stanęła Brygada Inkwizycyjna, trzymając różdżki przy gardłach Ginny, Luny oraz naszemu zdziwieniu Nevilla. Umbridge wparowała do gabinetu, a reszta jej pomocników złapała nas w pułapkę. Warknęłam rozwścieczona, wierzgając się, ale bezskutecznie. Kobieta złapała ramię Harry’ego i z całej siły wypchnęła go z kominka. Potter przez chwilę nie wiedział co się dzieje, jednak w momencie, gdy czarownica posadziła go na krześle, celując w niego, zacisnął mocno szczęki.
–– Gdzie się wybierałeś, Potter? –– zapytała przesłodzonym tonem, aż chciało mi się wymiotować. Nie mamy na to czasu.
–– Nie pani interes –– warknął czarnowłosy, a ja czułam, że informacje, które pozyskał nie są dobre.
–– Cóż… Draco, sprowadź profesora Snape’a –– powiedziała do blondyna. Wtedy zaświtała mi myśl. Snape jest członkiem Zakonu Feniksa, może nam pomóc. Minęła chwila czasu zanim Malfoy wrócił z czarnowłosym. Snape wpatrywał się w Harry’ego bez cienia emocji, po czym zwrócił się do kobiety.
–– Pani dyrektor chciała mnie widzieć? –– zapytał, a Umbridge uśmiechnęła się do niego i grubymi palcami wskazała, by podszedł bliżej.
–– Tak, profesorze. Potrzebuję Veritaserum –– powiedziała twardo, a czarnowłosy wpatrywał się w nią przez chwilę.
–– Obawiam się, że nie będę mógł pomóc. Wszystkie zapasy zostały już przez panią wykorzystane –– odpowiedział gładko.
–– Ale można przyrządzić nowy eliksir, prawda?
–– Oczywiście. Będzie gotowy za miesiąc. –– Czarownica wybałuszyła oczy ze zdziwienia i zanim zdążyła coś powiedzieć, wtrącił się Harry.
–– On ma Łapę –– krzyknął do Snape, który spojrzał na niego wraz z Umbridge. –– Trzyma Łapę, tam, gdzie jest to ukryte –– dodał, szukając pomocy.
–– Łapę, Łapę… Jakiego Łapę? Wiesz Snape o co chodzi? –– dopytywała kobieta.
–– Niestety, ale nie mam pojęcia –– rzekł niewzruszony, a ja zaczęłam się wierzgać, wściekła. Nie minęła chwila, a czarnowłosy wyszedł z pomieszczenia. Umbridge skierowała różdżkę na Harry’ego.
–– W tej sytuacji nie pozostawiasz mi wyboru, Potter… Zaklęcie Cruciatus rozwiąże ci język…
–– Nie możesz! –– krzyknęła Hermiona.
–– Czego Korneliusz nie zobaczy… –– Ustawiła się, gotowa do ataku.
–– Harry, powiedz jej!
–– Co takiego? O czym mówisz dziewczyno?
–– O tajnej broni Dumbledore’a.
Dziesięć minut później Harry i Hermiona zniknęli wraz z Umbridge, a ja zastanawiałam się, co takiego Granger wymyśliła, jednak nie mielimy na to czasu. Kiwnęłam głową do Ginny, która wyłapała mój wzrok i w tym jednym momencie, uderzyłyśmy Ślizgonów, a ja z całej siły walnęłam jednego w nos, aż krew została na moich dłoniach. Ron nie pozostał obojętny i również szarpał się z Malfoy’em. Udało nam się odzyskać różdżki, a Neville skutecznie rzucił Petrificus Totalus na Malfoya i resztę jego bandy.
–– Dobra robota, Neville –– pochwaliła go Luna, a chłopak uśmiechnął się do niej szczerze.
–– Znajdźmy Harry’ego i Hermionę –– przerwałam, a reszta pokiwała głowami i zaczęliśmy biec w stronę Zakazanego Lasu. Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu.

*

Weszłam do mieszkania, spocona i zmęczona przez upał, który panował na zewnątrz. W torbach miałam zakupy i mimo że moje wyjścia powinnam ograniczyć do minimum, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wyjść chociaż na trochę z tego mieszkania. Zastanawiałam się jakim cudem Syriusz wytrzymuje tu tyle czasu i od razu współczułam mojemu mężowi.
–– Syriusz! –– zawołałam w korytarzu, jednak nie usłyszałam odpowiedzi. Zmarszczyłam brwi, udając się w głąb mieszkania, po czym zostawiłam zakupy na stole kuchennym. Blacka również tu nie było. –– Syriusz! –– krzyknęłam ponownie, ale odpowiedziała mi głucha cisza. Weszłam na piętro, sprawdzając po kolei pokoje, jednak nie udało mi się go odnaleźć. Przestraszyłam się lekko, po czym weszłam na samą górę, gdzie znajdował się strych. Uchyliłam lekko drzwi i ku mojej uldze, zobaczyłam czarnowłosego wraz z Hardodziobem. Uśmiechnęłam się do niego, a on odpowiedział mi tym samym. –– Wołałam cię dwa razy –– zarzuciłam i zmrużyłam oczy.
–– Kochanie, a gdzie mógłbym być? –– Czarnowłosy wywrócił oczami, a ja prychnęłam w odpowiedzi.
            –– Wytrzymaj jeszcze trochę –– poprosiłam, a mężczyzna się nie odezwał, tylko pogładził hipogryfa. Nagle z dołu usłyszałam krzyki i skonsternowana popędziłam na dół, a zaraz za mną znajdował się Black.
–– Syriusz! Dorcas! –– wołał Remus, a gdy zeszłam wraz z mężem na dół odetchnął z ogromną ulgą.
–– Jesteście! –– zawołała Tonks, podbiegając do mnie i uścisnęła mnie. –– Myśleliśmy…
–– Co takiego? –– zapytałam niezrozumiale.
–– Harry miał wizję –– zaczął Lupin, a ja z Syriuszem popatrzyliśmy się na siebie. –– Widział jak Voldemort cię torturuje, Syriuszu. W Departamencie Tajemnic –– powiedział, a ja zakryłam dłonią usta.
–– Skąd… –– zaczął Syriusz, ale Remus przerwał mu.
–– Snape. Harry, Hope i reszta użyli kominka Umbridge, by się z tobą skontaktować. Dziwne, bo skoro Harry tu był, a wy jesteście w domu…  –– Lunatyk podrapał się po głowie, a my w tym samym momencie usłyszeliśmy skrzekliwy śmiech dochodzący z piętra na górze.
Stworek.
W kilku krokach pokonaliśmy schody i znaleźliśmy się w salonie na górze, gdzie skrzat udawał, że sprząta.
–– Stworek! –– warknął Black i złapał skrzata za gardło. Podbiegłam do niego i złapałam go za dłoń, wiedząc, ze przesadza. Mimo to Syriusz nic sobie z tego nie zrobił i wpatrywał się gniewnie w skrzata. –– Co powiedziałeś Harry’emu? Gadaj!
–– Panie… –– zaskrzeczał, a mężczyzna wzmocnił uścisk. ––Stworek nic takiego nie powiedział…
–– O co się pytał Harry? –– zapytałam, mając nadzieję, że skrzat będzie ze mną współpracował.
–– Gdzie jest mój pan… Czy jest tutaj… –– mówił i nagle zawył. –– Pani Bellatrix była dla Stworka taka miła…
–– Przekazywałeś informację Bellatrix Lestrange?! –– krzyknął Syriusz, a ja odepchnęłam go od skrzata, widząc, że ten ledwo oddycha.
–– Nie, nie…
–– Ty cholerny skrzacie…!
–– Syriusz! –– krzyknęłam wściekła. –– Stworku, gdzie jest Harry?
–– Tam… W Ministerstwie… –– odpowiedział skrzat. Krew odpłynęła mi z twarzy i spojrzałam na towarzyszy.
–– Wezwijmy resztę. Ruszamy natychmiast –– powiedziałam, a reszta zgodziła się ze mną. Spojrzałam na wściekłego Blacka, po czym podeszłam do niego i ujęłam jego twarz w dłonie. –– Skarbie, spójrz na mnie –– poprosiłam, a mężczyzna niechętnie wypełnił moje polecenie. –– Uratujemy ich, rozumiesz? Nie mamy czasu do stracenia, ale potrzebuję cię uważnego.
–– Myślałem, że powiesz, żebym został –– odpowiedział zdziwiony.
–– Nie tym razem. Jesteś nam potrzebny –– powiedziałam, a mężczyzna pokiwał głową. Tonks wysłała wiadomość do Kingsley’a oraz Moody’ego, powiadamiając ich o całej sytuacji. Zbiegliśmy na dół, gdzie Remus i Tonks byli już gotowi do wyjścia.
–– Trzymajmy się razem –– powiedział Lupin i wyruszyliśmy, by jak najszybciej dostać się do Ministerstwa Magii i uratować nasze dzieci.

*

Stresowałem się i chciałem jak najszybciej być na miejscu. Byłem wściekły na samego siebie, że zamknąłem się sam na górze i nie słyszałem, że mój chrześniak tutaj był. Zastanawiałem się jakim cudem Voldemort pokazał mu tak realistyczną wizję, że chłopak uwierzył, że jest to prawda. Przeraziło mnie to, że ich więź jest tak głęboka i obiecałem sobie, że zrobię wszystko, by się jej pozbyć. Nie mogłem pozwolić, by Harry’emu, Hope i reszcie coś się stało. Nie mogłem również sobie wybaczyć, że Stworek znikał i rozmawiał z Bellatrix, a ja tego nie zauważyłem. Lestrange   musiała wiedzieć, że ja i Dorcas mamy córkę. W dodatku naraziłem na niebezpieczeństwo całą moją rodzinę i przyjaciół przez jednego, małego skrzata. Miałem ochotę coś rozwalić, jednak wiedziałem, że muszę się hamować. Moja żona dała mi wystarczającą reprymendę za moje zachowanie. Schowaliśmy się za winklem przed wejściem do Ministerstwa Magii. Remus spojrzał na mnie, a po chwili wyciągnął różdżkę w moją stronę.
–– Ktoś może cię zobaczyć –– usprawiedliwił swoje poczynania, widząc moją minę. ––Disillusionment Charm! –– wypowiedział. Nie poczułem znaczącej zmiany. Spojrzałem na swoją dłoń i wtedy pojąłem, że Lupin rzucił na mnie zaklęcie Kameleona.
–– Możemy iść –– powiedziała Tonks i weszliśmy wejściem dla pracowników, dzięki Dorcas i Tonks. Lupin zakrył się kapturem, nigdy nie będąc tutaj mile widziany, ponieważ miał wrażenie czarodzieje i czarownice łypią na niego złowrogo. Ci, którzy go znali, wiedzieli, że jest wilkołakiem, przez co ich spojrzenia wyrażały niechęć. Dostaliśmy się do środka, oglądając się za siebie. Ku naszemu zdziwieniu, Ministerstwo wydawało się dość puste jak na tą godzinę. Coś ewidentnie było nie w porządku.
–– Niemożliwe, by było tak mało osób –– zauważyła Tonks, myśląc o tym samym, co ja wcześniej.
–– Może to robota Śmierciożerców –– zaproponował Lupin.
–– Albo Voldemort ma więcej swoich ludzi tutaj niż myśleliśmy –– zauważyła Dorcas, unosząc różdżkę do góry. –– Bądźcie ostrożni. –– Dostaliśmy się do widy, naciskając na odpowiedni guzik. W tym samym momencie drzwi windy się zatrzymały, a do środka wszedł niespodziewanie Kingsley i Moody.
–– Dobre wyczucie czasu –– skomentowała Tonks.
–– Black, co ty tu robisz? –– warknął Moody w moją stronę.
–– Ratuje mojego chrześniaka –– odpowiedziałem i spojrzałem na mężczyznę z zaciętą miną.
–– Nie pora na kłótnie –– przerwał Kingsley. –– Musimy się spieszyć –– powiedział, a Moody westchnął i pokręcił głową.
–– Uważaj na siebie, Black –– poprosił łagodniej, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. Moody ukrywał swoje emocje za maską wrogości i ci którzy go dobrze poznali, mogli z czystym sercem stwierdzić, że wspaniały z niego czarodziej. Dojechaliśmy windą na sam dół i wyszliśmy na korytarz, kierując się w stronę drzwi. Zdziwiłem się, bo nie dostrzegłem żadnego strażnika, pilnującego wejścia. Jednak po chwili, gdy podeszliśmy bliżej, zobaczyliśmy mężczyznę, który leży na podłodze, nieprzytomny. Tonks podeszła do niego i sprawdziła tętno.
–– Oszołomiony –– powiedziała, a my stanęliśmy razem, z różdżkami w pogotowiu. Kingsley jedną dłonią otworzył drzwi i wkroczyliśmy do pomieszczenia, gdzie do wyboru mieliśmy kolejne drzwi.
–– Tędy –– zarządziła Dorcas, jakby czując, gdzie możemy odnaleźć dzieciaki. –– Jestem pewna –– dodała i otworzyła drzwi, a my jedno za drugim wpadliśmy w czarną otchłań, mając nadzieję, że przybyliśmy na czas.


Od Autorki: Hej kochani! Ale jestem podekscytowana! Został mi ostatni rozdział i epilog. Ciekawa jestem tego, jak typujecie zakończenia. Piszcie proszę! Pozdrawiam i do zobaczenia ;*
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline