Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Meadowes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Meadowes. Pokaż wszystkie posty

2019/01/25

Rozdział 40 „Tak Cię straciłam”

15 komentarzy:
Stałam przy oknie, wpatrując się w obraz przed domem, gdzie wuj Robert, Alan i ciocia Mia kłócili się zażarcie. Ich podniesione krzyki po raz pierwszy od dłuższego czasu, zwlekły mnie z łóżka. Allie w mgnieniu sekundy pojawiła się przy mnie i zrobiła gorącą herbatę, owocową, taką jak lubię i taką, która kojarzy mi się z Lily.
–– Jest w ciąży z mordercą! –– Usłyszałam podniesiony głos Alana i zacisnęłam mocniej dłoń na kubku. Allie położyła dłonie na moich ramionach, przytulając mnie lekko.
–– Nie słuchaj tego –– poprosiła.
–– To. Nie. On –– wyszeptałam, nie tracąc nadzieję. Głowa mi pękała.
–– Wiem, że to co powiem w żaden sposób nie poprawi ci samopoczucia, ale musisz być silna, nie dla siebie. Dla dziecka –– powiedziała dotykając mojego brzucha. –– Będzie kochać się całym sercem. –– Łzy pociekły mi po policzkach, a po chwili wylądowałam w ramionach rudowłosej, która kołysała mnie lekko. Zostali mi tylko oni.
W tym samym momencie do pomieszczenia weszło starsze rodzeństwo Meadowes i spojrzeli na mnie przepraszającym wzrokiem.
–– Ja… –– Wuj Alan podrapał się po głowie. –– Przepraszam, że byłaś tego świadkiem –– rzekł skruszony. Podszedł do mnie i pogłaskał mnie po ramieniu. –– Nie jesteś sama. Wszyscy jesteśmy tu dla ciebie.
–– Dziękuję –– zdołałam wypowiedzieć. Przeniosłam się na kanapę w salonie, a Alaric rozpalał w kominku. Ten widok przypomniał mi mojego tatę, który zawsze to robił. Starszy brat odwrócił się w moją stronę, po czym przysiadł się do mnie.
–– Wyprowadzamy się stąd –– poinformował mnie, a ja zaczęłam machać przecząco głową. Nie chciałam się wyprowadzać. –– Sis, spokojnie… To dla naszego wspólnego dobra. Wszyscy dużo ostatnio przeszliśmy, a ty w szczególności. Potrzebujesz zmienić otoczenie… –– tłumaczył. Nie zgadzałam się z nim. To był mój dom, moje miejsce. –– Pamiętaj, że teraz nie jesteś odpowiedzialna tylko za siebie –– dodał, a moja ręka mimowolnie zjechała na brzuch. Dziecko potrzebowało matki, potrzebowało miłości i ja musiałam odnaleźć w sobie siłę, by zrobić to dla niego.
–– Dobrze, niech tak będzie –– zgodziłam się i oparłam głowę o ramię brata. Przytulił mnie do siebie, głaszcząc uspokajająco po włosach.
Nie byłam przekonana do tego pomysłu, ale wiedziałam, że Anglia przyniosła mi tak wiele bólu i cierpienia, że potrzebowałam chwili wytchnienia. Mimo to postanowiłam zrobić ostatnią rzecz, której wiem, że nie powinnam, ale chciałam.
Muszę napisać list do Syriusza. Nie wiem czy kiedykolwiek go zobaczy, ale w ten sposób chciała zakończyć pewien etap w moim życiu.
Poprosiłam Alarica, by podał mi pergamin i pióro. Siedziałam przed czystą kartką, zastanawiając się jak zacząć. Brat zostawił mnie samą, a reszta rodziny znajdowała się w kuchni. Allie i Mia przygotowywały obiad, Robert z Alanem omawiali naszą przeprowadzkę, a Will i Alaric rozmawiali o czymś przyciszonym głosem. Później dołączyli się do rozmowy z naszymi wujami. William poprosił o chwilę czasu, bo zastanawiał się, jak o wszystkim powiedzieć Emmelinie.
I wtedy właśnie zaczęłam. Słowa same ze mnie wypływały, a list, który miałam napisać, zamieniał się w coś bardziej… intymnego. Coś, co jest tylko i wyłącznie między mną a Syriuszem. Coś, co nie każdy jest w stanie pojąć, zrozumieć.

Chciałabym, chciałabym móc powiedzieć żegnaj
Powiedziałabym to co chciałam
Może nawet bym za Tobą zapłakała

Gdybym wiedziała że to będzie ostatni raz
Złamałabym moje serce na pół
Próbując ocalić część Ciebie

Nie chcę czuć innego dotyku
Nie chcę wzniecać innego ognia
Nie chcę znać innego pocałunku
Żadne inne imię nie wyjdzie z moich ust
Nie chcę oddawać mojego serca
innemu obcemu
Nie chcę aby kolejny dzień się zaczął
Nie wpuszczę nawet światła słonecznego
Nie, nigdy więcej nie pokocham
Nigdy więcej nie pokocham

Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy
Nie sądziłam że się zakocham
Nie sądziłam że odnajdę siebie leżąc w twoich ramionach
I chcę udawać, że to wszystko nieprawda kochanie, że Cię nie ma
Bo mój świat ciągle się kręci i kręci, i kręci,
a ja się nie ruszam

Nie chce znać tego uczucia, chyba, ze to Ty i ja
Nie chcę marnować ani chwili
Nie chce dać komuś innemu lepszej części mnie
Wolałabym poczekać na Ciebie

Nie chce czuć innego dotyku
Nie chcę wzniecać innego ognia
Nie chcę znać innego pocałunku
Chyba, że są to Twoje usta
Nie chcę oddawać mojego serca
innemu obcemu
Nie chcę aby kolejny dzień się zaczął
Nie wpuszczę nawet światła słonecznego
Nie, nigdy więcej nie pokocham
kochać ponowie
Nigdy więcej nie pokocham
Nigdy więcej nie będę kochać
Nigdy więcej nie pokocham

Nie zrobię tego, nie, przysięgam nie mogę
Chciałabym móc, ale po prostu nie
Już nigdy więcej nie pokocham
Nigdy więcej nie pokocham

Zdążyłam odłożyć pióro, gdy nagle usłyszałam niesamowity huk. Wstałam gwałtownie, tak samo jak reszta rodziny Meadowes.
–– Różdżki! –– krzyknął wuj Robert. Moja różdżka była na górze, nie miałam szans, by zdążyć po nią pobiec.
Wszystko stało się tak szybko, że nie zarejestrowałam co się dzieje naokoło mnie. W jednym momencie, przez szyby i drzwi wpadło tak wiele zamaskowanych twarzy, że dostałam oczopląsu. Śmierciożercy, jeden za drugim, wdzierali się do mojego domu, rzucając zaklęciami na prawo i lewo. Rozproszyliśmy się, by zmylić wrogów i próbować bronić się. Stawało się to coraz trudniejsze i mordercze, ponieważ widzieliśmy zbyt wiele zamaskowanych twarzy.
–– Gdzie on jest?! –– darł się jeden z nich. –– HARRY POTTER!!!
Stanęłam jak wryta i przebudziłam się na moment dopiero, gdy któryś z popleczników Voldemorta wycelował we mnie różdżką, z której wystrzelił snop zielonego światła. Nie miałam szansy na ucieczkę, a oczy zapiekły mnie łzami. Krzyknęłam na całe gardło, gdy między nami wpadł Alaric, zasłaniając mnie własnym ciałem.
–– NIEE! –– krzyknęłam i upadłam przy bracie, którego puste oczodoły, wpatrywały się w nicość. Usłyszałam krzyk Allie, a gdy odwróciłam się, dostrzegłam, że wuj Alan leży martwy na podłodze, trzymając za rękę swoją żonę. Zasłoniłam usta dłonią, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
–– Dorcas, UCIEKAJ! –– Usłyszałam krzyk wuja Roberta.
–– Dorcas!
–– Will, gdzie jesteś?!
Chciałam iść w tamtą stronę, ale ktoś mocno złapał mnie za ramię. Odwróciłam się gwałtownie, przerażona. Było mi niedobrze, a brzuch zabolał mnie mocno. Nie, nie, nie… to dziecko, to nadzieja, nie może…
Spojrzałam na zamaskowaną postać, u której tylko widziałam oczy.
Te oczy…

*

Kolejny dzień minął, a ja czułem się jeszcze bardziej nędznie, jeśli w ogóle można czuć się gorzej. Umierałem od środka i jedynie jedno słowo, którym była, niewinność, pozwalało mi pozostać przy zdrowych zmysłach. Dość zdrowych, bo prawdą jest to, że czułem jak dostaję obsesję w tym temacie.
–– Blaaack! Nudzi mi się –– wrzeszczał Crouch, a ja mocniej zacisnąłem szczęki. –– Mógłbyś w końcu się odezwać. –– Zaśmiał się histerycznie. Byłem z siebie dumny, bo ani razu nie dałem mu się jeszcze sprowokować. Wiedziałem, że jeśli to zrobię, dementorzy od razu złożą mi wizytę, a tego przecież nie chciałem. U Croucha bywali często, dlatego dalej zastanawiało mnie to, jakim cudem jest tak mocno pobudzony. –– O czym moglibyśmy porozmawiać… Opowiadałem ci, jak to Longbottomowie prosili mnie o litość? –– Zastanowił się. Zacisnąłem dłoń w pięść, nie chcąc słychać o tym, jak mężczyzna torturował moich przyjaciół. –– W sumie dobrze, że Bella kazała zostawić ich przy życiu. Kompletnie oszaleli! –– krzyknął, śmiejąc się. –– Tylko ten mój ojciec, jak zwykle musiał wszystko zepsuć…
Zamknąłem oczy i przetarłem ręką po czole.
Nie mogę tu oszaleć. Muszę zachować trzeźwość umysłu.

*

Miałam wrażenie, że głowa pęka mi na pół. Podniosłam się lekko, próbując zobaczyć cokolwiek. Gdzie byłam? Zamrugałam parę razy, przyzwyczajając się powoli do otoczenia.
–– Nareszcie się obudziłaś. –– Usłyszałam męski głos.
–– Reg? –– zapytałam, podnosząc się. Regulus wpatrywał się we mnie, a jego oczy wyglądały na mocno przygaszone. –– Co się stało? Gdzie jesteśmy?
–– Dorcas… –– Black przykucnął przy mnie i złapał za rękę. Zmarszczyłam brwi, gdy nagle przez głowę zaczęły przelatywać mi wspomnienia. Otworzyłam szczerzej oczy, a moje ciało zaczęło drżeć. –– Cii… –– Próbował mnie uspokoić, ale nie zdążył. Łkałam, nie mogąc złapać powietrza. Czarnowłosy przytulił mnie do siebie, ale odepchnęłam go szybko.
–– Musimy tam wrócić, TERAZ! –– krzyknęłam, wstając raptownie, przez co prawie upadłam, gdyby nie pomoc mężczyzny. –– Oni potrzebują pomocy…
–– Oni nie żyją, mała –– powiedział cicho. Zamarłam i ponownie wpadłam w histerię.
–– Dlaczego mi to mówisz? Przecież… przecież… nie, na pewno nie…
–– Pomogę ci, ale musisz się uspokoić –– poprosił. Trzymałam się kurczowo za brzuch, myśląc o dziecku. Głaskałam brzuch, a Black spojrzał na mnie niezrozumiale.
–– Jestem w ciąży –– wyjąkałam.
–– Czy ja…?
–– Nie.
–– On jest niewinny –– oświadczył. Zacisnęłam mocniej dłoń na jego ramieniu, oddychając szybciej. –– To Pettigrew był Strażnikiem Potterów. Dziś się o tym dowiedziałem.
–– Peter…?
–– Nikt w to nie uwierzy –– warknął zły, a ja zauważyłam, że po raz pierwszy młodszy Black tak bardzo przejmuje się losem starszego brata. –– Weź to –– powiedział i podał mi różdżkę.
–– Kogo to…
Usłyszałam pstryknięcie. Przeraziłam się, ale Reg uspokoił mnie gestem ręki. Podszedł do starego, metalowego wiadra i stanął naprzeciwko mnie. Nie rozumiałam o co mu chodzi, do czasu, gdy wiadro nie zaczęło lekko się świecić.
–– To świstoklik –– oznajmiłam bez namysłu. –– Chcesz nas stąd przenieść? Do innego kraju? –– dopytywałam.
–– Obiecaj mi coś. –– Wrócił do mnie i spojrzał prosto w oczy. –– Masz być szczęśliwa, Dorcas. Masz cieszyć się życiem, pracować, opiekować się swoim dzieckiem.
–– Reg, o czym ty mówisz…
–– Kocham cię –– przerwał. –– Nigdy nie przestanę. –– Wycelował we mnie różdżką. ––Obliviate!

*

Obudziły mnie dźwięki dochodzące z celi Croucha. Przetarłem oczy, a plecy bolały mnie niemiłosiernie. Rozejrzałem się po mojej celi, sądząc, że cokolwiek się tutaj zmieni.
–– Synku, trzymasz się? –– Usłyszałem głos kobiety i wywróciłem oczami.
Po raz kolejny w miesiącu przyszła matka Barty’ego. Crouch Sr nadal był Szefem Departamentu Przestrzegania Prawa, więc mógł robić co mu się żywnie podoba. Raz poprosiłem go o to, bym mógł napisać list, ale jedyne co otrzymałem, to jego lodowaty wzrok.
–– Mamusiu, tak mi źle, tak mi tu niedobrze –– skomlał. Warknąłem pod nosem, kręcąc głową i niedowierzając, jak ten człowiek potrafi manipulować ludźmi.
–– Kochanie.. –– Westchnęła kobieta. –– Przyniosłam ci coś dobrego na ząb i Proroka Codziennego, byś mógł trochę oderwać myśli –– powiedziała przyciszonym głosem. Sam bym chętnie coś przeczytał. Zrobiłbym cokolwiek innego, niż martwe wpatrywanie się w ścianę.
–– Dziękuję, mamusiu. –– Chwilę późnej starszy Crouch wrócił i zabrał swoją żonę. Nigdy nie odzywał się do swojego syna, traktował go jak powietrze. Zastanawiałem się, czemu tak naprawdę pozwala na te wizyty. Nie wydawał mi się człowiekiem, który jest miłosierny.
Nie minęło parę minut, gdy usłyszałem gromki śmiech mężczyzny. Myślałem, że to dementorzy będą moim największym zmartwieniem, ale grubo się pomyliłem. Bartemiusz Crouch Junior pokonywał ich w każdym aspekcie.
–– Black! Nie uwierzysz! –– krzyknął do mnie. Standardowo udawałem, że wcale mnie nie ma. –– Niee… nie powiem ci tego. Sam musisz to zobaczyć! –– Ponownie wybuchnął gromkim śmiechem. Usłyszałem jak obok mojej celi przywędrował świstek papieru. Nie miałem zamiaru go podnosić. –– Och, no nie bądź taki! Przecież chcesz wiedzieć co się dzieje z twoją ukochaną… –– Drgnąłem. –– Dlaczego nie pisze? Dlaczego nie próbowała cię odwiedzić? Na te wszystkie pytania podsunąłem ci odpowiedzi… Potrafię być naprawdę bardzo uczynny. –– Pękłem.
Wstałem z pryczy i spojrzałem poprzez dziurę w dole drewnianych drzwi. Wysunąłem palce, próbując dosięgnąć gazety. Kilka minut siłowałem się, a w międzyczasie Crouch pogwizdywał wesoło. W końcu udało mi się złapać Proroka i przekręciłem go na główną stronę.


ŚMIERCIOŻERCY ZNOWU ATAKUJĄ!

Ten kto myślał, że to koniec terroru jaki zafundował nam Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, jest w błędzie. Ci, którzy nazywają się sługami Czarnego Pana, ponownie zaatakowali.
Tym razem padła ofiarą stara i bardzo szanowana rodzina czystej krwii, Meadowes. Przypomnijmy, że jeszcze kilka lat temu, nasz były Szef Departamentu Prawa Czarodziejów, Colin Meadowes, zaginął w podejrzanych okolicznościach.
Dziś musimy zmierzyć się z tragedią, która dosięgnęła resztę jego rodziny.
Z naszych źródeł wynika, że Meadowes zginęli w Bristolu, w posiadłości, gdzie przebywały dzieci Colina.
Sami-Wiecie-Kogo już nie ma, jednak postarajmy się, by wszyscy, którzy mieli z nim do czynienia, ponieśli za to surową karę.

† Alan Meadowes (l.59) wraz z żoną i dziećmi
† Robert Meadowes (l. 53)
† Mia Meadowes (l. 47) wraz z mężem i dziećmi
† Alaric Meadowes (l. 34) wraz z żoną
† Dorcas Meadowes (l. 24)
† William Meadowes (l. 22)

Uroczysty pogrzeb rodziny odbędzie się na cmentarzu Arnos Vale, w Bristolu. Przyjaciele rodziny postanowili postawić tam kryptę, w której zostaną pochowani wszyscy członkowie rodziny.
Składamy najszczersze kondolencje.
Pamiętamy.


Cały drżałem. Nie kontrolowałem już co się ze mną dzieje. Uderzyłem z całej siły w drzwi, nie czując bólu dłoni. Zacząłem okładać pięściami drzwi, krzycząc na całe gardło. W uszach dzwonił mi tylko śmiech Croucha, a gdy zamykałem oczy, widziałem jedno.
† Dorcas Meadowes (l. 24)
Moja słodka Dorcas.
Nie mogłem stracić również jej. Miłość mojego życia została zamordowana, a ja siedzę tutaj i nie mogę nic z tym zrobić. Zabili ją.
Płakałem. Spojrzałem na moje poranione ręce i łkałem, myśląc o tym, że już nigdy nikogo nie pokocham. Straciłem wszystko. Straciłem przyjaciół, rodzinę, miłość.
Kim jestem bez nich?

*

Powoli zaczęłam otwierać oczy, ale szybko je zamknęłam. Jasność mnie obezwładniała. Próbowałam przyzwyczaić się do światła, jednak wcale nie było to takie proste. Minęło kilka minut, zanim otworzyłam oczy na dobre. Znajdowałam się w szpitalnym pomieszczeniu. Podniosłam się lekko, poprawiając poduszkę, w momencie, gdy do środka weszła pielęgniarka.
            –– Witam panno Carter, jak się pani czuje? –– Zapytała mnie. Zmarszczyłam brwi, zmieszana. –– Spokojnie. Zaraz przyjdzie do doktor –– dodała i uśmiechnęła się ciepło. Położyła obok mnie szklankę wody, sprawdziła coś na karcie pacjenta, po czym wyszła z pomieszczenia. Złapałam szybko za szklankę, wypijając całą zawartość. Na niczym nie mogłam się skupić. Nie minęło pięć minut, kiedy w progu moich drzwi pojawił się Uzdrowiciel.
–– Witaj, Eleno. –– Posłał mi uśmiech, wziął krzesełko i usiadł spoglądając na mnie. –– Pewnie czujesz się mocno zdezorientowana –– zaczął.
–– Mało powiedziane –– wtrąciłam i również się uśmiechnęłam. –– Czuję taką… pustkę w głowie –– zwierzyłam się.
–– Eleno, twoja pamięć została zmodyfikowana –– wyjaśnił. Zmarszczyłam brwi, czekając na dalsze wyjaśnienia. –– Powiedz mi proszę, co pamiętasz jako ostatnie? –– Spojrzał na mnie uważnie, a ja zastanowiłam się chwilę i pokręciłam głową zdezorientowana.
–– Panie doktorze… nic… nic nie pamiętam –– odpowiedziałam słabo. Nigdy w życiu nie spotkałam się z tak dziwnym uczuciem. –– Znaczy się… wiem, że jestem czarownicą… potrafię używać zaklęć, różnych zaklęć… znam książki, filmy, ale… nie mogę… nie mogę przypomnieć sobie ludzi. Nie pamiętam siebie.
–– Obszar modyfikacji pamięci jest bardzo rozległy… –– Skrzywił się. –– Obawiam się, że nie będę mógł ci pomóc.
–– Jak to? Przecież… musi być jakiś sposób. Ile mam lat? Gdzie jestem? Jestem sama…? –– Miliony pytań cisnęło mi się na usta.
–– Tak na oko ma pani dwadzieścia parę lat. Jesteśmy w Szpitalu pod Patronem naszej byłej Przewodniczącej,  Serafiny Picquery.
–– Stany Zjednoczone? –– Upewniłam się.
–– Coś w głowie jeszcze zostało. –– Zażartował, a ja posłałam mu karcące spojrzenie. Uśmiechnął się przepraszająco. –– Proszę nie tracić nadziei. Różdżka, która była schowana w szacie należy do Eleny Carter. Nie sądzę, by ją została skradziona, prawda? To dobry punkt zaczepienia –– tłumaczył. –– W przypadku tak silnych zaklęć wiele daje spędzenie czasu z osobami, które się zna. Wiem, że na tą chwilę w niczym to nie pomoże…
–– Jak się tu znalazłam?
–– Prawdopodobnie zasłabłaś, miałaś szczęście, że pewien czarodziej cię znalazł. Zapomniałem powiedzieć? Jesteś w ciąży, a ostatnio chyba o siebie nie dbałaś. –– Zamrugałam parę razy, próbując przyswoić tak wiele informacji naraz. –– Wypiszę zalecenia i bardzo proszę, byś jak najwięcej odpoczywała. Trzeci miesiąc jest zawsze przełomowy. Zdradzę, że nie mogłem powstrzymać się przed sprawdzeniem… to dziewczynka –– mówił lekarz. Przez głowę mi przemknęło skąd on się urwał, ale po chwili moje myśli ogarnęła tylko i wyłącznie wiadomość o tym, że będę miała córkę.
–– Hope…
W sercu nadzieja.
W głowie pustka.
Nie pamiętałam siebie.

           
KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ
[muzyczka] idealna na zakończenie.


Od Autorki,
Hej! Udało się, oficjalnie część druga zostaje zakończona. Na początku chciałam bardzo, ale to bardzo podziękować wszystkim, którzy mnie wspierali i czytali moją opowieść. Prawda jest taka, że bez was moja motywacja byłaby dużo mniejsza, by skończyć tą część. Myśląc całościowo, jestem z niej zadowolona, choć wiem, że dużo się działo. Bardzo dużo. Wydarzenia, które się zadziały, miały się zadziać. Od samego początku chciałam, by druga część skończyła się zgodnie z kanonem. Powiem szczerze, nie było mi łatwo uśmiercić tak wielu bohaterów, których naprawdę uwielbiałam. Potterowie jedno, ale rodzina Meadowes… uderzyło, mocno, ale tak jak pisałam wcześniej, od samego początku tak miało być. Przepraszam!
Na trzecią część również mam już plany. Mam nadzieję, że niedługo pojawią się pierwsze rozdziały, jednak przed tym chciałabym opublikować jeszcze parę miniaturek z bohaterami tej części. W planach jest Lily i James, Angus i Marlena oraz Regulus –– jeśli o nich chodzi, jestem wam winna parę wyjaśnień. Zdradzę, że na pierwszy ogień idą Angus i Marlena. Postaram się, by wszystko tam było, ale może wy nad czymś się zastanawiacie? Piszcie, proszę.
Reszta zobaczymy, czy wpadnie mi do głowy dobry pomysł.
SBlackLady, Dorcas-Meadowes-Black, Adrianna Wołtosz, Anonimowa…
I każdy, kto tutaj zagląda, lecz nie daje znaku.
Wielkie L O V E.
Widzimy się niebawem.
PS. Napiszcie proszę co sądzicie? Nad czym się zastanawiacie? Za kim będziecie tęsknić najbardziej? Czy Dorcas i Syriusz mają jeszcze dla siebie szansę? Piszcie śmiało, będę odpowiadała. Zapraszam zakładki część trzecia: bohaterowie. Macie już jakieś pomysły?

2019/01/22

Rozdział 39 „Jestem niewinny”

9 komentarzy:

Po raz pierwszy w życiu czułem tak ogromny strach. Przeszywał moje ciało, chcąc mnie obezwładnić, jednak nie dawałem za wygraną. Pędziłem, by pomóc moim przyjaciołom. Wcisnąłem mocniej pedał gazu. Wylądowałem tuż przed domem Potterów, a raczej pozostałościami, jaka z niego pozostała. Nie wierzyłem, w co to widzę. Wpadłem w szał i krzyknąłem na całe gardło. Chwilę później dostrzegłem jak ogromna postać wychodzi z walącego się domu i podbiegłem w ekspresowym tempie do przybysza.
–– Hagridzie… –– wychlipałem, czując jaki ciężar przygniata moje ciało i umysł.
–– Przeżył… on przeżył –– powtarzał Hagrid, a w swoich dłoniach trzymał Harry’ego. –– Lily i James… oni…
–– Pozwól mi się nim zająć… –– wyszeptałem, będąc nadal w amoku.
–– Nie mogę, Syriuszu… To rozkaz Dumbledore’a. Mam go przenieść do Little Whinging, do siostry Lily… –– Płakał, pociągając nosem. –– Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wypowiadać…  Udało się, zniknął… Nie wiem jak… To Harry… –– Pokiwałem głową, nie wiedząc co tak naprawdę robię i spojrzałem po raz ostatni na małego Pottera i na jego bliznę na czole.
Chłopiec-Który-Przeżył. Jego chrześniak dokonał czegoś, czego nie udało się nikomu.
–– Weź mój motocykl –– zaproponowałem i zacząłem oddalać się od tego miejsca, nie mogąc dłużej znieść widoku, który pozostawił po sobie Voldemort.
Dowiedział się, a dowiedzieć mógł się tylko i wyłącznie w jeden sposób.
Peter Pettigrew.
Nigdy nie czułem w swoim życiu tak ogromnej nienawiści. Byłem gotowy zrobić wszystko, by tylko odnaleźć tą nędzną kanalię, która udawała naszego przyjaciela. Wydał ich. Zdradził. Zasługiwał na śmierć.
 Musiałem go odnaleźć.

*

Nie spodziewałam się, że cała moja rodzina przybędzie do naszej posiadłości w Bristolu na wieść o tym, że prawdopodobnie mogę być w ciąży. Nikt poza nimi o tym nie wiedział, nawet moi najbliżsi przyjaciele. Musiałam się upewnić, a pojawienie się nagle w Mungu nie było dobrym pomysłem, dlatego wuj Robert ściągnął tutaj ciotkę Mię. Mia powiadomiła Alana i tym oto sposobem przyjechali ze swoimi rodzinami. W naszym domu był taki harmider, że myślałam, że wyjdę z siebie. Z drugiej strony cieszyłam się, że wszyscy są po to, by mnie wspierać. To było podbudowujące.
–– Zobaczymy, co mu tu mamy –– powiedziała Mia sama do siebie, trzymając w ręku dziwne urządzenie. Znajdowałyśmy się w mojej sypialni, ale miałam wrażenie, że wszyscy pod drzwiami nas podsłuchują. –– Gratulację, kochanie –– rzekła po chwili. –– To trzeci miesiąc. –– Uśmiechnęła się do mnie.
Nie dowierzałam w jej słowa i plułam sobie w brodę, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam. Przecież, nie ma co ukrywać, razem z Syriuszem nigdy nie próżnowali w tym temacie… Przez chwilę pomyślałam o Regulusie, jednak szybko odrzuciłam to. Trzeci miesiąc. W moim brzuchu rozwija się malutka istotka. Byłam w szoku i nie wiedziałam, czy tak naprawdę cieszę się, czy po prostu przyjmuje to do wiadomości. Pewnie jeszcze jakiś czas temu, gdy byłam w Syriuszem, od razu pobiegłabym do niego, skacząc z radości, bo przecież skoro zostanie ojcem, jak słodkie będzie to dziecko? Teraz było trochę inaczej.
Pierwsze co chciałam zrobić, to spotkać się z Lily, ale ciotka kategorycznie mi tego zabroniła, mówiąc, że ostatnio w ogóle o siebie nie dbałam, co jest bardzo szkodliwie dla dziecka. Przestraszyłam się, dlatego posłuchałam jej. Miałam zamiar napisać do niej list, choć z drugiej strony bałam się, że ktoś go przechwyci. Nie wiedząc kiedy, zasnęłam, a gdy się obudziłam, usłyszałam gwarne krzyki na dole. Zmarszczyłam brwi i po chwili wyszłam z pokoju, by dowiedzieć się, o co tyle zamieszania.
–– Od początku wam mówiłem, że to zwykły zdrajca! –– krzyczał wuj Alan. –– Nikt z was nie chciał mnie słuchać, do jasnej cholery!
–– Nie wyciągajmy tak pochopnych wniosków, bracie! –– próbował przemówić wuj Robert, jednak ten w odpowiedzi prychnął głośno, machając ręką.
–– Wnioski same się nasuwają, Robercie –– rzekł lodowato. –– Rodzina Blacków to same szumowiny, bez wyjątków.
–– Co się tutaj dzieje? –– Weszłam do pomieszczenia, nie rozumiejąc słów, które właśnie padają.
–– Dorcas… –– Allie podeszła do mnie, zapłakana. Dostrzegłam chwilę później Alarica i Willa, którzy również wyglądali źle. Bardzo źle.
–– Odpowiedzcie mi! Co się dzieje?! –– warknęłam, tracąc nad sobą panowanie.
–– Musi znać prawdę –– rzucił wuj Alan, oddalając się, by zapalić papierosa.
–– Lily i James nie żyją –– wyszeptała Allie, a ja poczułam jak świat zaczyna wirować. –– Zabił ich, Sam-Wiesz-Kto…
–– Nie, nie… –– zaczęłam szeptać gorączkowo, nie chcąc uwierzyć w słowa kobiety. –– Zaklęcie Fideliusa, przecież… –– Otworzyłam szczerzej oczy, nie mogąc oddychać.
–– Syriusz ich zdradził –– powiedział Alaric pustym głosem.
Zdradził ich.
Nie!
NIE!
–– To niemożliwe… to…
–– Dorcas! –– Nie słyszałam nic więcej, bo upadłam z łoskotem na ziemię, nie wiedząc co się dzieje. Zapanowała ciemność, której oddałam się bez najmniejszej walki.

*

Kopnąłem go w brzuch, czując, jak tracę panowanie nad sobą. Znalazłem tego szczura w jakiejś mugolskiej mieścinie i miałem dosłownie gdzieś, że możemy zostać zdemaskowani. Liczyło się dla mnie tylko i wyłącznie to, by spotkała go kara.
–– Jak mogłeś?! Ty parszywy zdrajco, tchórzu! To byli twoi przyjaciele! –– darłem się. Pettigrew skulił się bardziej, po czym przyturlał się do moich stóp, zachowując się niczym szczur, którym wprawdzie był.
–– Syriuszu… Ja musiałem! Czarny Pan jest potężny… –– skomlał u moich stóp, wywołując we mnie jeszcze większą furię.
Złapałem go za płaszcz i bez problemu uniosłem do góry. Wpatrywałem się nienawistnie w oczy człowieka, którego uważałem za przyjaciela. To był mój pomysł, by Peter został Strażnikiem Tajemnicy i mogę winić tylko i wyłącznie siebie, za swoją bezmyślność.
Byłem taki zaślepiony! Taki głupi!
–– Lord Voldemort zginął –– rzekłem lodowato, a oczy mężczyzny rozszerzyły się jak spodki. –– Twój Pan jest martwy –– powtórzyłem i rzuciłem nim do przodu. –– Nigdy ci tego nie wybaczę, Glizdogonie. –– Wycelowałem różdżką w swojego byłego przyjaciela, pewny tego, co chcę uczynić.
–– Syriuszu, nie… Nie rób tego… To ja, Peter… Twój przyjaciel! –– wołał, a ja warknąłem niczym pies. –– Spójrz na tych biednych mugoli… –– dodał. Odwróciłem się, nie zdając sobie wcześniej sprawy, jak wiele par oczu nas obserwuje. Zakląłem siarczyście pod nosem, wracając wzrokiem do Pettigrew, jednak nie było go w tym miejscu.
Do jasnej cholery, rozproszył mnie. Zrobił to specjalnie.
–– PETER! –– krzyknąłem obracając się wkoło własnej osi, aż go dostrzegłem. Stał między około dwunastoma mugolami i uśmiechał się głupkowatą w moją stronę.
–– Morsmordre! –– wypowiedział i uniósł swoją różdżkę do góry. Snop światła wystrzelił do nieba, a po chwili w tym samym miejscu pojawiła się czaszka z wężem. Mroczny Znak. –– Przykro mi Syriuszu, ale to koniec. –– W tym samym momencie mężczyzna odciął sobie palec, a ja wpatrywałem się w niego zszokowany. –– Żegnaj, przyjacielu. Bombarda Maxima! –– Ogromna eksplozja odrzuciła mnie do tyłu, mimo że nie stałem blisko. Pomyślałem o ludziach, którzy byli tuż obok Petera, jednak przez chmarę kurzu i pyłu, niczego nie mogłem dostrzec. Chwilę później usłyszałem odgłos przemiany, która towarzyszy przy transmutacji w zwierzę i kątem oka dostrzegłem szczura, chowającego się w kanałach. Wstałem, wykończony fizycznie jak i psychicznie, by pomóc ludziom poszkodowanym przez wybuch. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nikt z nich nie wstaje, ani się nie rusza. Otworzyłem szczerzej oczy, rozumiejąc, że Pettigrew chciał mnie wrobić nie tylko w zdradę Potterów, ale i śmierć tych bezbronnych ludzi.
Nagle usłyszałem trzaski, pojawiające się naokoło mnie. Zaniemówiłem. Sześć par różdżek wycelowanych było w moją stronę, a ja tylko podniosłem ręce do góry, wiedząc, że jestem na przegranej pozycji.
–– Syriuszu Black, jesteś aresztowany. Nie ruszaj się. –– Barty Crouch Sr stanął przede mną z zaciętą miną i domyślałem się, że powstrzymuje się, by mnie nie uderzyć. –– Zabrać go do Azkabanu. Tam będzie czekał na swój proces.
Dwóch potężnych czarodziejów złapało mnie z dwóch stron, po czym deportowaliśmy się do miejsca, które każdego czarodzieja prowadzi do obłędu.
Azkaban, więzienie czarodziejów, gdzie urzędują dementorzy, prawdopodobnie jedne, z najgorszych istot, jakie widział czarodziejski świat.
Co ja tu robię?
Jestem niewinny.
JESTEM NIEWINNY!!!

*

Leżałam w łóżku, nie mając siły się podnieść. Cierpiałam i nie potrafiłam myśleć o czymś innym, jak James, Lily, Harry.
Syriusz.
Gdzie jest Harry? Co się z nim stało? Jakim cudem przeżył? Jakim cudem zaledwie roczne dziecko pokonało Lorda Voldemorta?!
JAK?!?!
Załkałam. Nie umiałam się pozbierać.
Straciłam wszystko.
–– Sis… –– Do pokoju wszedł William. Odwróciłam się od niego, zakrywając twarz dłońmi. Naprawdę nie potrafiłam wstać. –– Kochana moja…
–– Will, ja nic z tego nie rozumiem. To nie jest prawda, On by tego nie zrobił –– szlochałam. –– Znam go. To nie on –– powtarzałam. Nie wiedziałam jakie jest racjonalne rozwiązanie tej sytuacji.
–– Ja też nie mogę w to uwierzyć –– szepnął i usiadł obok mnie. –– Jednak Zaklęcie Fideliusa…
–– Nie kończ, proszę. –– Ukryłam twarz w dłoniach i ponowie się rozpłakałam. Will położył mi rękę na ramieniu i głaskał.
Chciałam umrzeć.

*

Syriusz Black, lat dwadzieścia cztery, został skazany bez procesu na dożywocie w Azkabanie za zamordowanie Petera Pettigrew i dwunastu mugoli, za podanie informacji o miejscu, w którym znajdują się Potterowie, co przyczyniło się do ich śmierci oraz za usługiwanie Lordowi Voldemortowi. Dożywocie spędzi w izolatce, skazany na łaskę gwardii Azkabanu – dementorów.

Siedziałem w celi, wygłodzony, zmęczony i wymarznięty. Czułem obecność dementorów, jednak uparcie starałem się nie zawracać sobie tym głowy. Miałem w głowie tylko dwa cele. Dwa cele, które utrzymywały mnie przy zdrowych zmysłach.
Niewinność.
I Dorcas.
Nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Nie chciałem myśleć o niczym innym. Nieustannie zastanawiałem się, jakim cudem znalazłem się w Azkabanie? Miejscu, gdzie trafia najgorsza szumowina wśród czarodziejów. Miejscu, gdzie nie istnieje ludzkie traktowanie, gdzie wariujesz. Dostajesz kompletnego świra.
Jak się stało, że tu trafiłem? 
Zostałem oskarżony o zdradę. Zdradę mojego najlepszego przyjaciela.
Na głowę Merlina, kto w to uwierzył?
Wszyscy.
Wszyscy, bo od samego początku kłamaliśmy z Jamesem, na temat prawdziwego Strażnika Fideliusa.
Jednak mimo to…
Nie mogę w to uwierzyć. Dlaczego nikt nie chce się ze mną spotkać? Dlaczego jestem skazany za niewinność.
Ale czy na pewno niewinność?
To mój pomysł, by zataić przed wszystkimi, że wcale nie jestem strażnikiem tajemnicy. Okłamywałem przyjaciół, okłamywałem wszystkich. Gdyby nie mój pomysł… James by żył. Lily by żyła. A Harry…?
Co z Harrym?
Setki pytań przelatywały mi przez głowę, przez co nie mogłem zmrużyć oka. Dzień wydawał się nocą, a noc czarną dziurą. Nie dostrzegłem światła. Widziałem tylko ciemność, która mnie zabijała od środka. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.
Nie miałem pojęcia, jaki jest dzień, ani jaka jest pora dnia. Mogłem tylko przypuszczać, gdy dawano mi posiłki. Jednak były dni, gdzie nie dawano ich prawie wcale. Jadłem byle gówno, by przeżyć.
Dla zemsty. Dla Harrego. Dla Dorcas.
Co z Dorcas? Co ona czuje? Uwierzyła, że mogłem dopuścić się niewybaczalnego czynu? Doprowadzić Voldemorta do Jamesa i Lily? I zabić tego perfidnego zdrajcę Pettigrew…?
Modliłem się, by zechciała się choć raz ze mną zobaczyć, jednak dni mijały, a ona nadal się nie pojawiła. Czułem się obco sam w swoim ciele. Moja głowa domagała się odpowiedzi, a jedyne co mogłem jej zaserwować to zwiększona ilość pytań. Pytań bez odpowiedzi i bez znaczenia. Bez znaczenia, bo życie toczy się dalej, a ja siedzę sam.. w zatęchłej celi. Bez kontaktu z kimkolwiek.
Bez kontaktu, do chwili, gdy celę obok zajął nie kto inny, jak Barty Crouch Jr. Wpatrywałem się skupiony, gdy dementorzy wprowadzali nowego więźnia. Ku mojemu zdziwieniu, pojawił się również sam Barty Crouch Senior, a wzrok jaki kierował na syna, ukazywał czystą pogardę. Junior śmiał się przeraźliwie, wykrzykując obelgi na swojego ojca, jak i wychwalając Czarnego Pana. Nie widziałem go tak naprawdę wcale, bo otaczały mnie betonowe ściany i tylko mała kratka w drzwiach, pozwalała zobaczyć cokolwiek.
–– Zostawisz mnie tu ojcze?! –– krzyknął Crouch Jr, gdy cela zamknęła się, a starszy Crouch wycofał się z zamiarem odejścia.
–– Ja nie mam syna –– rzekł tonem wypranym z emocji i czym prędzej skierował się do wyjścia.
Dni mijały, a towarzystwo Croucha było coraz cięższe do zniesienia. Codziennie monologi na temat Voldemorta, które urządzał sobie z współwięźniami, którzy stopniowo zapełniali cele obok nas, trwał w najlepsze i doprowadzał mnie do szału. Crouch nie miał bladego pojęcia, że jestem obok, aż do dnia, gdy nowy więzień szepnął mu parę słów.
–– Doprawdy? Syriusz Black jest moim sąsiadem? ––zapytał na tyle głośno, że spokojnie mogłem to usłyszeć. –– Black! BLACK! –– wołał, a ja warknąłem zirytowany. Nie miałem zamiaru zniżać się do tego poziomu, by wpadać w dyskusję ze Śmierciożercą. –– No wiesz, ranisz moje serce. Choć z drugiej strony, chyba już nie masz serca, co? Być oskarżonym o zdradę, to ciężki orzech do zgryzienia. Tym bardziej, że wszyscy wiemy, jak było naprawdę –– mówił, a we mnie kipiała wściekłość. –– Taaak… Grubiutki przyjaciel nieźle to wymyślił, a wszyscy uważali, że jest głupszy od gumochłona. Przeliczyli się, co? –– dopytywał, jednak nadal nie odezwałem się. –– Widzę, że nie jesteś zbyt rozmowny, jednak nie martw się… to minie.
Puściłem to mimo uszu, jednak codziennie słyszałem komentarze Croucha w swoją stronę. Mężczyzna chciał mnie zniszczyć psychicznie, jednak nie poddawałem się, bo wiedziałem, że to nie koniec. Wiedziałem, że muszę się stąd wydostać – nie wiem jak, ale muszę.
Jestem niewinny.

Od Autorki: Będę musiała przepraszać?
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline