Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harry Potter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harry Potter. Pokaż wszystkie posty

2019/07/01

Rozdział 60 „Istniejemy póki ktoś o nas pamięta”

8 komentarzy:
Hope
[w tym fragmencie znajduje się wiele dialogów i opisów z książki Harry Potter i Zakon Feniksa – zmodfikowanych na potrzebny opowiadania]

–– Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać nazwisko i powód wizyty.
–– Harry Potter, Ron Weasley, Hermiona Granger –– odpowiedział Harry bardzo szybko. –– Ginny Weasley, Neville Longbottom, Luna Lovegood, Hope… –– zatrzymał się na chwilę.
–– Meadowes-Black –– dodałam pewnie, a chłopak kiwnął głową.
–– Jesteśmy tu, żeby kogoś uratować, chyba że wasze Ministerstwo zrobi to pierwsze!
–– Dziękuję –– odparł chłodny damski głos. –– Gości prosimy o wzięcie plakietek i umieszczenie ich z przodu swojej szaty.
Siedem tabliczek wysunęło się z metalowej rynienki, którą zwykle wylatują niewykorzystane monety. Hermiona zebrała je i bez słowa podała mi oraz Harry'emu ponad głową Ginny. Spojrzałam na pierwszą z nich, Hope Meadowes-Black, Misja Ratunkowa.
–– Goście Ministerstwa są zobowiązani poddać się przeszukaniu i oddać swoje różdżki do rejestracji przy biurku ochrony, które znajduje się na przeciwległym końcu atrium.
–– Świetnie! –– powiedział głośno Harry, który trzymał się kurczowo za bliznę. Musiała znów dawać mu się we znaki. –– Czy możemy wreszcie ruszyć?
Podłoga budki zadygotała i chodnik pojechał w górę za jej szybami. Żerujące Śmiercioślady znikały z pola widzenia. Ciemność zamknęła się nad naszymi głowami i z głuchym, skrzypiącym dźwiękiem spłynęliśmy na dół w głębiny Ministerstwa Magii.          
Promień miękkiego złocistego światła dotknął ich stóp i, rosnąc, oświetlił z wolna ich całych. Harry ugiął kolana i uchwycił różdżkę tak mocno, jak tylko zdołał w takim ścisku i przylgnął do szyby, aby sprawdzić, czy w atrium ktoś na nas czeka, ale zdawało się ono całkiem puste. Światło było słabsze niż za dnia, w kominkach po obu stronach nie płonął żaden ogień.
–– Ministerstwo Magii życzy przyjemnego wieczoru –– oznajmił damski głos.
Pół godziny później udało nam się odnaleźć to miejsce: wysokie jak katedra i wypełnione wyłącznie piętrzącymi się półkami, na których stały małe, zakurzone szklane kule. Połyskiwały mętnie w świetle sączącym się z lichtarzy, umieszczonych na półkach w pewnych odstępach. Podobnie jak te w okrągłej sali, świece płonęły niebieskim płomieniem. W pomieszczeniu było bardzo zimno. Harry ruszył naprzód i podążył jednym z mrocznych przejść między dwoma rzędami półek. Poszłam od razu za nim, rozglądając się naokoło. W pomieszczeniu panowała cisza.
–– Mówiłeś, że to był rząd dziewięćdziesiąty siódmy –– wyszeptała Hermiona do Harry’ego.
–– Tak –– odszepnął Harry, spoglądając w górę na koniec najbliższego rzędu. Poniżej pęku płonących niebiesko świec, w świetle rzucanym przez nie lśniła srebrna liczba pięćdziesiąt trzy.
–– Myślę, że powinniśmy iść w prawo –– wyszeptała Hermiona, zezując w stronę następnego rzędu. –– Tak... tu jest pięćdziesiąt cztery...
–– Trzymajcie różdżki w pogotowiu –– powiedział cicho Harry, a my kiwnęliśmy głowami. Wypatrywałam mojego tatę, jednak niczego nie mogłam dostrzec.
–– Jest dokładnie na końcu –– powiedział Harry, któremu trochę zaschło w ustach. –– Stąd nie widać dokładnie. –– I poprowadził nas między wznoszącymi się rzędami szklanych kul. Niektóre błyskały delikatnie, kiedy przechodzili.
–– Powinien być blisko –– wyszeptałam, przekonana, że każdy następny krok ukaże mi  sylwetkę Syriusza na tle ciemnej posadzki. –– Gdzieś tu... naprawdę blisko...
–– Harry... –– odezwała się Hermiona nieśmiało, ale chłopak nie chciał jej odpowiedzieć.
–– Gdzieś zaraz... tutaj... –– dopowiedział. Dotarliśmy do końca rzędu i wkroczyliśmy w mętne światło świec. Nikogo tam nie było. Tylko dzwoniąca, zakurzona cisza dookoła. –– Może być... –– wyszeptał chrypliwie Harry, zaglądając w następną alejką. –– Albo może... –– w pośpiechu zajrzał w następną uliczkę.
–– Harry? –– odezwała się znowu Hermiona.
–– Co? –– prychnął.
–– Ja... ja myślę, że Syriusza tu nie ma.
–– Harry? –– zawołałam oddalając się od reszty. Ulżyło mi, że nie ma tutaj mojego taty. Prawdę mówiąc byłam przeszczęśliwa, że okazało się, że to fałszywy alarm. Miałam nadzieję, że nie cieszę się za wcześnie.
–– Co?
–– Widziałeś to? ––zapytałam.
–– Co? –– spytał Harry, ale tym razem skwapliwie. –– No co? –– powtórzył Harry ponuro.
–– Pod... pod tą jest twoje imię –– powiedziałam i spojrzałam na chłopaka, który zmarszczył brwi. Harry przysunął się trochę bliżej. Wskazywałam na jedną z małych kul, która świeciła słabym wewnętrznym światłem, chociaż była bardzo zakurzona i wydawała się nietknięta od wielu lat.
–– Moje imię? –– powtórzył tępo Harry.
Podszedł do półki i wyciągał szyję, aby odczytać żółtawą etykietkę, przytwierdzoną do półki dokładnie pod zakurzoną szklaną kulą. Cienkim i kanciastym pismem wypisano na niej datę sprzed jakichś szesnastu lat, a poniżej:

S.P.T. do A.P.W.B.D.
Czarny Pan
i (?) Harry Potter

Harry zapatrzył się na nią.
–– Co to jest? –– dopytywał się Ron, najwyraźniej wystraszony. –– Co tu robi twoje imię? –– Przyjrzał się pozostałym etykietkom na najbliższych półkach. –– Mnie tu nie ma –– zauważył zakłopotany. –– Nikogo z pozostałych nas tu nie ma.
–– Harry, sądzę, że nie powinieneś tego ruszać –– powiedziała Hermiona ostro, gdy wyciągnął rękę.
–– Dlaczego? –– zaprotestował. –– To ma coś wspólnego ze mną, prawda?
–– Nie, Harry! –– odezwał się nagle Neville. Harry spojrzał na niego. Okrągła twarz Neville'a lśniła lekko od potu. Wyglądał, jakby już nie był w stanie znieść dalszej niepewności.
–– Pod nią jest moje imię –– powiedział Harry. Zacisnął palce na pokrytej pyłem powierzchni kuli. Oczekując, a nawet mając nadzieję, że stanie się coś dramatycznego, coś ekscytującego, co nada w końcu sens ich długiej i niebezpiecznej podróży, Harry podniósł szklaną kulę z jej półki i spojrzał w nią. Absolutnie nic się nie stało. Stłoczyliśmy się wokół Harry'ego, przyglądając się kuli, którą przecierał z pokrywającego ją kurzu.
I wtedy, tuż za nami, rozległ się cedzący słowa głos:
–– Bardzo dobrze, Potter. A teraz odwróć się, grzecznie i powoli daj mi to.

*

Wbiegliśmy przez drzwi i w jednej chwili zaczęliśmy spadać w dół. Za pomocą magii wylądowaliśmy gładko na nawierzchni i zaczęliśmy się rozglądać, by oszacować, gdzie się znajdujemy. Usłyszałam krzyk, a żołądek podszedł mi do gardła. Kątem oka spojrzałam na Syriusza, który również skupił na mnie wzrok. Widziałam tą miłość, która bije od niego na kilometr. Musiałam wyglądać podobnie, ponieważ Moody przerwał naszą wymianę spojrzeń i rozkazał się skupić. Pobiegliśmy przed siebie, nasłuchując odgłosów walki, gdy nagle dostrzegliśmy mnóstwo szkła na podłodze. Zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć co się stało, gdy nagle dostrzegłam ciało na posadzce. Przerażona, zdałam sobie sprawę, że jest to nie kto inny jak Hermiona Granger. Tonks podbiegła do niej w ekspresowym tempie i sprawdziła puls.
–– Żyje! –– krzyknęła, a ja odetchnęłam z ulgą. Kobieta chwilę później ocuciła Hermionę, która rozglądała się, przerażona.
–– Co z Harrym? Hope żyje? –– dopytywała, a ja słysząc te dwa pytania o mało nie dostałam zawału. Modliłam się w duchu, by nic im nie było. Kochałam ich i chciałam, żeby byli cali i zdrowi. Ze mną.
–– Nie mamy czasu –– warknął Moody i wskazał laską na drzwi, znajdujące się na końcu korytarza. Podbiegliśmy do nich i otworzyliśmy, a naszym oczom ukazał się kamienny łuk, a wokół niego zgromadzeni byli Śmierciożercy oraz dzieciaki. Ginny, blondwłosa dziewczyna i brązowowłosy chłopak, których nie znałam, oraz Hope byli przetrzymywani przez Śmierciożerców z różdżkami przy skroniach. Ron leżał nieruchomo z mózgiem, a macki zostawiały coraz więcej śladów na skórze. Za to na krtani Harry’ego znajdowała się mocno zaciskająca się dłoń Bellatrix Lestrange. Gdy to dostrzegłam, zagotowało się we mnie i nie myśląc długo, zaatakowaliśmy, a masa zaklęć przelatywała nam nad głowami. Biegłam przed siebie, by jak najszybciej znaleźć się przy Hope.  Nagle na mojej drodze pojawił się Rudolf Lestrange. Wyciągnęłam daleko różdżkę przed siebie i wpatrywałam się zajadle w czarnowłosego.
–– Żałuję, że mieliśmy dla siebie tak mało czasu –– powiedział i uśmiechnął się niczym szaleniec. Nie odpowiedziałam na jego zaczepkę, tylko zaczęłam rzucać zaklęcia, by móc się przez niego przebić do mojej córki. Nasza walka stawała się coraz bardziej brutalna.
–– Protego! –– Bariera wytworzyła się wokół mnie w tym samym momencie, gdy czarnowłosy rzucił na mnie niebezpieczne zaklęcie.
–– Nie baw się ze mną w kotka i myszkę –– warknął, a ja widziałam, że staje się coraz bardziej zdenerwowany. Kątem oka spojrzałam w swoją prawą stronę, niepotrzebnie, ponieważ zobaczyłam, jak Bellatrix pojedynkuje się z Tonks która nagle upadła. Przeraziłam się i chciałam do niej podbiec, jednak czarnowłosy nie pozwalał mi na to.

*

Kingsley stał tuż blisko mnie i pojedynkował się z dwoma Śmierciożercami. Straciłem z oczu Dorcas, co nie napawało mnie optymizmem. Gdy dostrzegłem, że magiczne oko Moody'ego wiruje po podłodze, a jego właściciel leży na boku krwawiąc z głowy, poczułem niepohamowaną wściekłość. Spojrzałem na Dołohowa, który był odpowiedzialny za stan Szalonookiego i kierował różdżką w stronę Harry’ego i Nevilla, staranowałem mężczyznę i z całej siły uderzyłem go w bok. Nie myśląc długo zacząłem ataktować Śmierciożercę, który nie pozostawał mi dłużny. Z naszych różdżek tryskały iskry, a zaklęcia stawały się coraz bardziej potężne. Nagle upadłem na kolano i skierowałem głowę ku mężczyźnie, który już we mnie mierzył.
–– Petrificus Totalus! –– krzyknął Harry i pojawił się tuż przede mną. Dołohow upadł z łoskotem, a chłopak podał mi dłoń, na której się wsparłem.
–– Nieźle –– pochwaliłem go i chwilę później oboje zniżyliśmy głowy, chroniąc się przed zaklęciami lecącymi w naszą stronę. –– A teraz bierz resztę i wynoście się stąd –– dodałem i nagle zielony promień światła świsnął mi koło głowy. Spojrzeliśmy przez salę i w połowie schodów zobaczyliśmy upadającą Tonks. Jej bezwładne ciało zwalało się w dół po kamiennych ławach, a triumfująca Bellatrix biegła z powrotem w kierunku bitwy. Odwróciłem się ponownie w stronę czarnowłosego. –– Bierz przepowiednię i uciekajcie! –– powtórzyłem i popędziłem ku Bellatrix, którą miałem nadzieję, że zetrę w pył.
–– Tato! –– Ujrzałem Hope jak biegnie w moją stronę i przytuliłem ją do siebie z całej siły. –– Myślałam… –– zaczęła, a głos ugrzązł jej w gardle.
–– Nic mi nie jest, skarbie. –– Uspokoiłem ją. –– Uciekajcie, proszę. Nie wybaczę sobie, jeśli coś ci się stanie.
–– Zrobię dla ciebie wszystko –– wyszeptała, a ja ponownie utuliłem ją do siebie.
–– A ja dla ciebie, kocham cię, Hope. A teraz zmiatajcie stąd.

*

–– Confringo! –– krzyknęłam i wycelowałam w kamień tuż obok Lestrange. Nastąpiła eksplozja, a Rudolfa odrzuciło do tyłu. Pobiegłam przed siebie, próbując w tłumie znaleźć Hope, jednak bezskutecznie. Zaczęłam się bać, że nigdzie jej nie ma.
–– Mamo! –– Usłyszałam nagle i odwróciłam się w stronę krzyku. Brązowowłosa krwawiła z ramienia, a Remus podtrzymywał ją tak, by mogła iść. W ciągu kilku sekund przybiegłam do nich i sprawdziłam ranę córki.
–– Dorcas, nie mamy teraz na to czasu –– powiedział do mnie Lupin, a ja zacisnęłam zęby, zdając sobie sprawę, że ma rację.
–– Nic mi nie będzie –– powiedziała dziewczyna. –– Znajdźmy resztę i zbierajmy się st… –– Hope nie dokończyła, ponieważ przy naszej trójce nastąpiła ogromna eksplozja. Upadłam na zimną posadzkę, a głową uderzyłam w wystający kamień. Mimowolnie złapałam się za głowę, czując sączącą się krew.
–– Nie tak szybko, Meadowes –– warknął Lestrange i wymierzył we mnie różdżką. –– Myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? Diffindo! –– Siła zaklęcia zostawiła krwawiące przecięcie na moim policzku. Lestrange bawił się mną. Próbowałam wstać, jednak kręcenie w głowie, spowodowane przez upadek, dawało mi się we znaki. Nagle tuż obok Rudolfa pojawił się Lupin i uderzył go z całej siły pięścią w głowę. Mężczyźnie różdżka wypadła z ręki, a Remus wykorzystał moment i obezwładnił Śmierciożercę. Odetchnęłam z ulgą i powoli wstałam, chcąc znaleźć Hope.
–– Drętwota! –– Usłyszałam krzyk i odwróciłam się nagle, widząc jak czerwony snop światła mknie w moją stronę. Nie miałam szans, by zdążyć przed nim uciec, gdy niespodziewanie przede mną pojawiła się Hope i zasłoniła mnie własnym ciałem. Moja córka upadła na ziemię, a ja razem z nią, trzymając ją w ramionach. Leżała nieruchomo, oszołomiona i straciła przytomność. Warknęłam zła i skierowałam swój wzrok do mężczyzny, który był za to odpowiedzialny. Rockwood uśmiechał się głupkowato i ponownie skierował różdżkę w moją stronę.
–– Protego! –– Odbiłam atak i walcząc sama ze sobą, ponownie rzuciłam się w wir walki. Pobiegłam bliżej i dopiero teraz dostrzegłam, że Syriusz pojedynkuje się z Bellatrix.
–– Przepowiednia, Potter, daj mi przepowiednię! –– warknął głos Lucjusza Malfoya, a ja odwróciłam się w stronę Harry’ego i blondwłosego, który wręcz wbijał mu koniec różdżki w gardło.
–– Nie! Odwal się... Neville... łap ją! –– odwarknął Harry i rzucił przepowiednię po podłodze, a Neville przetoczył się na plecy i przygarnął kulę do piersi. Malfoy przeniósł różdżkę na Neville'a, ale Harry wytknął różdżkę przez ramię i wrzasnął. –– Impedimenta!  –– Malfoya odrzuciło i mężczyzna wpadł na podest, na którym Syriusz walczył z Bellatrix. Malfoy ponownie wycelował różdżką w Neville'a, ale zanim zdołał zebrać oddech, by zaatakować ponownie, wskoczyłam między nimi.
–– Harry, weź pozostałych i uciekajcie! Teraz! –– krzyknęłam, a Potter pokiwał głową i zabrał Nevilla pod pachę, jednak w tym samym momencie, gdy chłopak schodził, obok niego trafiło zaklęcie. Sturlał się po stopniach, rozbijając przepowiednie, lecz mimo to nie dawał za wygraną. Nagle chłopak zaczął się w coś wpatrywać, więc odwróciłam się w tamtą stronę i dostrzegłam, że w ramie drzwi prowadzących do Komnaty Mózgów z uniesioną w górę różdżką, z twarzą bladą i gniewną stał Albus Dumbledore.

*

Tonks leżała nieprzytomna, tak samo jak moja córka. Miałem ochotę zabić wszystkich Śmierciożerców, znajdujących się w tym pomieszczeniu i naprawdę bardzo musiałem się hamować, by tego nie zrobić. W tym momencie jednak nie to było dla mnie najważniejsze, ponieważ przede mną znajdowała się moja kuzynka, Bellatrix Lestrange, o której śmierci marzyłem jeszcze od czasów szkoły.
–– Co jest Black? Zapomniałeś już jak wyglądają pojedynki? Nie dziwie się, że ukrywałeś się tyle czasu, skoro jesteś taki beznadziejny –– mówiła, a krew we mnie zawrzała. Uniknąłem smugi czerwonego światła i ponownie zaatakowałem czarnowłosą.
–– Syriusz! –– Usłyszałem krzyk mojej żony i kątem oka spojrzałem na nią. Była poobijana, a z wielu jej ran sączyła się krew. Dostrzegłem również, że do Sali wkroczył Dumbledore. Odetchnąłem z ulgą, bo wiedziałem, że pojawienie się siwowłosego przyniesie nam wygraną. Miałem tylko nadzieję, że wszyscy obecni tutaj przeżyli i ich obrażenia nie będą długotrwałe. Odwróciłem ponownie głowę ku Bellatrix i uśmiechnąłem się do niej kpiąco.
–– Tylko na tyle cię stać? –– zironizowałem, a kobieta uśmiechnęła się zwycięsko, a ja pojąłem dopiero, że zielony snop światła leci prosto na mnie. Odwróciłem lekko głowę i zobaczyłem przerażone i załzawione oczy Dorcas. Nie miałem szans.
–– Kocham cię –– wyszeptałem.

*

Kocham cię.
Nie wiedziałam kiedy, ale zaczęłam biec. Biegłam z całych sił przed siebie, słysząc naokoło osoby, które krzyczały moje imię. Nie słuchałam ich, tylko nadal biegłam przed siebie. Gdy snop zielonego światła zbliżał się ku Syriuszowi, wpadłam w jego ramiona i poczułam silne uderzenie. Gdy otworzyłam oczy, nie wiedziałam gdzie jestem.


Od Autorki: Hej kochani! 60! Wow, wow, wow! Nigdy nie myślałam, że dojdę do takiej liczby. Co myślicie o końcówce? Przed nami został tylko i wyłącznie epilog – kolejne wow! Piszcie proszę co uważacie! Pozdrawiam i do zobaczenia ;*

2019/06/20

Rozdział 59 „Wizja”

8 komentarzy:
Hope

Harry mknął po schodach jak opętany, a my biegliśmy od razu za nim. W głowie miałam milion myśli na minutę i nie wiedziałam, co zrobić. Myślałam tylko i wyłącznie o tacie.
–– Harry, jesteś pewien? –– dopytywała Hermiona, nie do końca przekonana. –– Może On chciał, żebyś to zobaczył?
–– Hermiono, nie mamy na to czasu! –– warknął chłopak, kierując się przed siebie. –– Syriuszowi grozi niebezpieczeństwo! Widziałem to! Było tak, jak z panem Weasley’em –– tłumaczył, a ja zatrzymałam się raptownie, a dłoń zaciskałam w pięść. –– Od miesięcy śnią mi się jakieś drzwi, Syriusz mówił, że Voldemort szuka jakieś broni! To jest w Departamencie Tajemnic!
–– Musimy ruszać, natychmiast –– rzekłam twardo, a Ron spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
–– Jak niby dostaniemy się do Ministerstwa? W dodatku do Departamentu Tajemnic? Przecież to nierealne! –– zawołał rudowłosy, a ja posłałam mu miażdżące spojrzenie.
–– A jeżeli On zrobił to tylko po to, by się do ciebie dostać, Harry? –– Spojrzeliśmy na brązowowłosą, która wpatrywała się obawiająco w Harry’ego. Czarnowłosy zacisnął szczękę i spojrzał twardo na swoją przyjaciółkę.
–– Co z tego? Nie pozwolę, by coś mu się stało –– powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu.
–– Więc co robimy? –– zapytał Ron.
–– Harry, nadal mi się wydaje, że to jest nieprawdopodobne! Jest siedemnasta, w Ministerstwie jest jeszcze pełno osób. Jak Voldemort mógłby pojawić się tam niezauważony? Poza ty Syriusz jest poszukiwany na całym świecie… –– mówiła Granger, a ja miałam ochotę rzucić na nią zaklęcie. Po minie Pottera mogłam wywnioskować to samo.
–– Jeśli myślisz, że mam zachowywać się tak, jakbym nic nie zobaczył…. –– Harry tracił panowanie nad sobą, gdy nagle drzwi się otworzyły i do pomieszczenia, w którym przebywaliśmy, weszła Ginny i Luna. Luna jak zwykle wyglądała, jakby byłą w innym świecie.
–– Hej –– zaczęła rudowłosa i spojrzała prosto na Harry’ego. –– Usłyszałyśmy jak wrzeszczysz, co się stało?
–– Nie twoja sprawa –– warknął szorstko Potter, mierzwiąc sobie włosy.
–– Nie przesadzaj –– upomniał go Ron.
–– Nie musisz się do mnie odzywać takim tonem, chciałam tylko pomóc –– odpowiedziała Ginny ze skrzywioną miną.
–– Nie potrzebuje pomocy.
–– Harry! –– zawołała nagle Hermiona. –– Właśnie Ginny i Luna mogą ci pomóc! –– Czarnowłosy spojrzał na nią niezrozumiale, a ja zmarszczyłam brwi.  –– Musimy skorzystać z sieci Fiuu –– zaproponowała Hermiona. –– Umbridge kazała pilnować wszystkie kominki z wyjątkiem jej własnego. Jeśli upewnimy się, że Syriusza nie ma na Grimmauld Place, wyruszamy. Wywabimy różową landrynę z gabinetu, a Ginny i Luna staną na straży. –– Pokiwaliśmy głowami, zgadzając się z dziewczyną. Harry nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, ale ja pomyślałam, że może w ten sposób uda nam się porozmawiać z moją mamą i ostrzec ją. Popędziliśmy do gabinetu Umbridge, a po drodze obmyśleliśmy plan działania. Wszystko powinno się udać i miałam nadzieję, że właśnie tak będzie. Zgodnie z planem kobieta opuściła gabinet, a my w tym czasie wślizgnęliśmy się do niego, niezauważenie. Harry w mgnieniu oka wziął proszek i wsadził swoją głowę do kominka. Minuty mijały, a chłopak nadal tkwił w tym samym miejscu. Nagle drzwi się otworzyły, a w nich stanęła Brygada Inkwizycyjna, trzymając różdżki przy gardłach Ginny, Luny oraz naszemu zdziwieniu Nevilla. Umbridge wparowała do gabinetu, a reszta jej pomocników złapała nas w pułapkę. Warknęłam rozwścieczona, wierzgając się, ale bezskutecznie. Kobieta złapała ramię Harry’ego i z całej siły wypchnęła go z kominka. Potter przez chwilę nie wiedział co się dzieje, jednak w momencie, gdy czarownica posadziła go na krześle, celując w niego, zacisnął mocno szczęki.
–– Gdzie się wybierałeś, Potter? –– zapytała przesłodzonym tonem, aż chciało mi się wymiotować. Nie mamy na to czasu.
–– Nie pani interes –– warknął czarnowłosy, a ja czułam, że informacje, które pozyskał nie są dobre.
–– Cóż… Draco, sprowadź profesora Snape’a –– powiedziała do blondyna. Wtedy zaświtała mi myśl. Snape jest członkiem Zakonu Feniksa, może nam pomóc. Minęła chwila czasu zanim Malfoy wrócił z czarnowłosym. Snape wpatrywał się w Harry’ego bez cienia emocji, po czym zwrócił się do kobiety.
–– Pani dyrektor chciała mnie widzieć? –– zapytał, a Umbridge uśmiechnęła się do niego i grubymi palcami wskazała, by podszedł bliżej.
–– Tak, profesorze. Potrzebuję Veritaserum –– powiedziała twardo, a czarnowłosy wpatrywał się w nią przez chwilę.
–– Obawiam się, że nie będę mógł pomóc. Wszystkie zapasy zostały już przez panią wykorzystane –– odpowiedział gładko.
–– Ale można przyrządzić nowy eliksir, prawda?
–– Oczywiście. Będzie gotowy za miesiąc. –– Czarownica wybałuszyła oczy ze zdziwienia i zanim zdążyła coś powiedzieć, wtrącił się Harry.
–– On ma Łapę –– krzyknął do Snape, który spojrzał na niego wraz z Umbridge. –– Trzyma Łapę, tam, gdzie jest to ukryte –– dodał, szukając pomocy.
–– Łapę, Łapę… Jakiego Łapę? Wiesz Snape o co chodzi? –– dopytywała kobieta.
–– Niestety, ale nie mam pojęcia –– rzekł niewzruszony, a ja zaczęłam się wierzgać, wściekła. Nie minęła chwila, a czarnowłosy wyszedł z pomieszczenia. Umbridge skierowała różdżkę na Harry’ego.
–– W tej sytuacji nie pozostawiasz mi wyboru, Potter… Zaklęcie Cruciatus rozwiąże ci język…
–– Nie możesz! –– krzyknęła Hermiona.
–– Czego Korneliusz nie zobaczy… –– Ustawiła się, gotowa do ataku.
–– Harry, powiedz jej!
–– Co takiego? O czym mówisz dziewczyno?
–– O tajnej broni Dumbledore’a.
Dziesięć minut później Harry i Hermiona zniknęli wraz z Umbridge, a ja zastanawiałam się, co takiego Granger wymyśliła, jednak nie mielimy na to czasu. Kiwnęłam głową do Ginny, która wyłapała mój wzrok i w tym jednym momencie, uderzyłyśmy Ślizgonów, a ja z całej siły walnęłam jednego w nos, aż krew została na moich dłoniach. Ron nie pozostał obojętny i również szarpał się z Malfoy’em. Udało nam się odzyskać różdżki, a Neville skutecznie rzucił Petrificus Totalus na Malfoya i resztę jego bandy.
–– Dobra robota, Neville –– pochwaliła go Luna, a chłopak uśmiechnął się do niej szczerze.
–– Znajdźmy Harry’ego i Hermionę –– przerwałam, a reszta pokiwała głowami i zaczęliśmy biec w stronę Zakazanego Lasu. Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu.

*

Weszłam do mieszkania, spocona i zmęczona przez upał, który panował na zewnątrz. W torbach miałam zakupy i mimo że moje wyjścia powinnam ograniczyć do minimum, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wyjść chociaż na trochę z tego mieszkania. Zastanawiałam się jakim cudem Syriusz wytrzymuje tu tyle czasu i od razu współczułam mojemu mężowi.
–– Syriusz! –– zawołałam w korytarzu, jednak nie usłyszałam odpowiedzi. Zmarszczyłam brwi, udając się w głąb mieszkania, po czym zostawiłam zakupy na stole kuchennym. Blacka również tu nie było. –– Syriusz! –– krzyknęłam ponownie, ale odpowiedziała mi głucha cisza. Weszłam na piętro, sprawdzając po kolei pokoje, jednak nie udało mi się go odnaleźć. Przestraszyłam się lekko, po czym weszłam na samą górę, gdzie znajdował się strych. Uchyliłam lekko drzwi i ku mojej uldze, zobaczyłam czarnowłosego wraz z Hardodziobem. Uśmiechnęłam się do niego, a on odpowiedział mi tym samym. –– Wołałam cię dwa razy –– zarzuciłam i zmrużyłam oczy.
–– Kochanie, a gdzie mógłbym być? –– Czarnowłosy wywrócił oczami, a ja prychnęłam w odpowiedzi.
            –– Wytrzymaj jeszcze trochę –– poprosiłam, a mężczyzna się nie odezwał, tylko pogładził hipogryfa. Nagle z dołu usłyszałam krzyki i skonsternowana popędziłam na dół, a zaraz za mną znajdował się Black.
–– Syriusz! Dorcas! –– wołał Remus, a gdy zeszłam wraz z mężem na dół odetchnął z ogromną ulgą.
–– Jesteście! –– zawołała Tonks, podbiegając do mnie i uścisnęła mnie. –– Myśleliśmy…
–– Co takiego? –– zapytałam niezrozumiale.
–– Harry miał wizję –– zaczął Lupin, a ja z Syriuszem popatrzyliśmy się na siebie. –– Widział jak Voldemort cię torturuje, Syriuszu. W Departamencie Tajemnic –– powiedział, a ja zakryłam dłonią usta.
–– Skąd… –– zaczął Syriusz, ale Remus przerwał mu.
–– Snape. Harry, Hope i reszta użyli kominka Umbridge, by się z tobą skontaktować. Dziwne, bo skoro Harry tu był, a wy jesteście w domu…  –– Lunatyk podrapał się po głowie, a my w tym samym momencie usłyszeliśmy skrzekliwy śmiech dochodzący z piętra na górze.
Stworek.
W kilku krokach pokonaliśmy schody i znaleźliśmy się w salonie na górze, gdzie skrzat udawał, że sprząta.
–– Stworek! –– warknął Black i złapał skrzata za gardło. Podbiegłam do niego i złapałam go za dłoń, wiedząc, ze przesadza. Mimo to Syriusz nic sobie z tego nie zrobił i wpatrywał się gniewnie w skrzata. –– Co powiedziałeś Harry’emu? Gadaj!
–– Panie… –– zaskrzeczał, a mężczyzna wzmocnił uścisk. ––Stworek nic takiego nie powiedział…
–– O co się pytał Harry? –– zapytałam, mając nadzieję, że skrzat będzie ze mną współpracował.
–– Gdzie jest mój pan… Czy jest tutaj… –– mówił i nagle zawył. –– Pani Bellatrix była dla Stworka taka miła…
–– Przekazywałeś informację Bellatrix Lestrange?! –– krzyknął Syriusz, a ja odepchnęłam go od skrzata, widząc, że ten ledwo oddycha.
–– Nie, nie…
–– Ty cholerny skrzacie…!
–– Syriusz! –– krzyknęłam wściekła. –– Stworku, gdzie jest Harry?
–– Tam… W Ministerstwie… –– odpowiedział skrzat. Krew odpłynęła mi z twarzy i spojrzałam na towarzyszy.
–– Wezwijmy resztę. Ruszamy natychmiast –– powiedziałam, a reszta zgodziła się ze mną. Spojrzałam na wściekłego Blacka, po czym podeszłam do niego i ujęłam jego twarz w dłonie. –– Skarbie, spójrz na mnie –– poprosiłam, a mężczyzna niechętnie wypełnił moje polecenie. –– Uratujemy ich, rozumiesz? Nie mamy czasu do stracenia, ale potrzebuję cię uważnego.
–– Myślałem, że powiesz, żebym został –– odpowiedział zdziwiony.
–– Nie tym razem. Jesteś nam potrzebny –– powiedziałam, a mężczyzna pokiwał głową. Tonks wysłała wiadomość do Kingsley’a oraz Moody’ego, powiadamiając ich o całej sytuacji. Zbiegliśmy na dół, gdzie Remus i Tonks byli już gotowi do wyjścia.
–– Trzymajmy się razem –– powiedział Lupin i wyruszyliśmy, by jak najszybciej dostać się do Ministerstwa Magii i uratować nasze dzieci.

*

Stresowałem się i chciałem jak najszybciej być na miejscu. Byłem wściekły na samego siebie, że zamknąłem się sam na górze i nie słyszałem, że mój chrześniak tutaj był. Zastanawiałem się jakim cudem Voldemort pokazał mu tak realistyczną wizję, że chłopak uwierzył, że jest to prawda. Przeraziło mnie to, że ich więź jest tak głęboka i obiecałem sobie, że zrobię wszystko, by się jej pozbyć. Nie mogłem pozwolić, by Harry’emu, Hope i reszcie coś się stało. Nie mogłem również sobie wybaczyć, że Stworek znikał i rozmawiał z Bellatrix, a ja tego nie zauważyłem. Lestrange   musiała wiedzieć, że ja i Dorcas mamy córkę. W dodatku naraziłem na niebezpieczeństwo całą moją rodzinę i przyjaciół przez jednego, małego skrzata. Miałem ochotę coś rozwalić, jednak wiedziałem, że muszę się hamować. Moja żona dała mi wystarczającą reprymendę za moje zachowanie. Schowaliśmy się za winklem przed wejściem do Ministerstwa Magii. Remus spojrzał na mnie, a po chwili wyciągnął różdżkę w moją stronę.
–– Ktoś może cię zobaczyć –– usprawiedliwił swoje poczynania, widząc moją minę. ––Disillusionment Charm! –– wypowiedział. Nie poczułem znaczącej zmiany. Spojrzałem na swoją dłoń i wtedy pojąłem, że Lupin rzucił na mnie zaklęcie Kameleona.
–– Możemy iść –– powiedziała Tonks i weszliśmy wejściem dla pracowników, dzięki Dorcas i Tonks. Lupin zakrył się kapturem, nigdy nie będąc tutaj mile widziany, ponieważ miał wrażenie czarodzieje i czarownice łypią na niego złowrogo. Ci, którzy go znali, wiedzieli, że jest wilkołakiem, przez co ich spojrzenia wyrażały niechęć. Dostaliśmy się do środka, oglądając się za siebie. Ku naszemu zdziwieniu, Ministerstwo wydawało się dość puste jak na tą godzinę. Coś ewidentnie było nie w porządku.
–– Niemożliwe, by było tak mało osób –– zauważyła Tonks, myśląc o tym samym, co ja wcześniej.
–– Może to robota Śmierciożerców –– zaproponował Lupin.
–– Albo Voldemort ma więcej swoich ludzi tutaj niż myśleliśmy –– zauważyła Dorcas, unosząc różdżkę do góry. –– Bądźcie ostrożni. –– Dostaliśmy się do widy, naciskając na odpowiedni guzik. W tym samym momencie drzwi windy się zatrzymały, a do środka wszedł niespodziewanie Kingsley i Moody.
–– Dobre wyczucie czasu –– skomentowała Tonks.
–– Black, co ty tu robisz? –– warknął Moody w moją stronę.
–– Ratuje mojego chrześniaka –– odpowiedziałem i spojrzałem na mężczyznę z zaciętą miną.
–– Nie pora na kłótnie –– przerwał Kingsley. –– Musimy się spieszyć –– powiedział, a Moody westchnął i pokręcił głową.
–– Uważaj na siebie, Black –– poprosił łagodniej, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. Moody ukrywał swoje emocje za maską wrogości i ci którzy go dobrze poznali, mogli z czystym sercem stwierdzić, że wspaniały z niego czarodziej. Dojechaliśmy windą na sam dół i wyszliśmy na korytarz, kierując się w stronę drzwi. Zdziwiłem się, bo nie dostrzegłem żadnego strażnika, pilnującego wejścia. Jednak po chwili, gdy podeszliśmy bliżej, zobaczyliśmy mężczyznę, który leży na podłodze, nieprzytomny. Tonks podeszła do niego i sprawdziła tętno.
–– Oszołomiony –– powiedziała, a my stanęliśmy razem, z różdżkami w pogotowiu. Kingsley jedną dłonią otworzył drzwi i wkroczyliśmy do pomieszczenia, gdzie do wyboru mieliśmy kolejne drzwi.
–– Tędy –– zarządziła Dorcas, jakby czując, gdzie możemy odnaleźć dzieciaki. –– Jestem pewna –– dodała i otworzyła drzwi, a my jedno za drugim wpadliśmy w czarną otchłań, mając nadzieję, że przybyliśmy na czas.


Od Autorki: Hej kochani! Ale jestem podekscytowana! Został mi ostatni rozdział i epilog. Ciekawa jestem tego, jak typujecie zakończenia. Piszcie proszę! Pozdrawiam i do zobaczenia ;*

2019/06/16

Rozdział 58 „Ten dzień”

6 komentarzy:
Spieszyłam się, po tym jak otrzymałam wiadomość od Tonks z prośbą o spotkanie. Nie chciała spotkać się w Kwaterze Głównej, a ja miałam dziwne wrażenie, że to z powodu Remusa, który wrócił do nas jakiś czas temu i w ogóle się nie odzywał. Syriusz próbował go parę razy zagadać, ale było to na nic. Po kilkunastu minutach dotarłam do domu przyjaciółki i zapukałam do drzwi. Gdy Tonks pojawiła się w futrynie, od razu dostrzegłam, że płakała. Podpuchnięte oczy i blada, zmęczona cera od razu ją zdradzała. Weszłam do środka i nie myśląc długo, przytuliłam ją z całej siły i pozwoliłam, by uszły z niej wszystkie emocje. Kobieta ponownie zaczęła płakać, a ja głaskałam ją lekko po włosach, dodając otuchy.
–– Remus mnie zostawił –– wyszlochała w końcu i oderwała się ode mnie na moment. –– Przepraszam, że cię tu ściągnęłam –– dodała, a ja pokiwałam głową przecząco.
–– Jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Zawsze możesz na mnie liczyć –– powiedziałam i uśmiechnęłam się do brązowowłosej. –– Co się stało?
–– Ciężko stwierdzić. –– Tonks skrzywiła się i otarła łzy dłonią. –– Od jakiegoś czasu dziwnie się zachowywał. Nie miał czasu się ze mną spotkać. Znajdował miliony wymówek, ale tak naprawdę… Zdaje mi się, że on się po prostu boi. Boi się zobowiązań i zaangażowania z powodu swojego wilkołactwa. Myślałam, że ten temat mamy już za sobą, że Hope pomogła mu na tyle, by dostrzegł, że to nie jest coś złego. Jednak ostatnio spotkał Greybacka… Nie opowiedział mi jak to spotkanie się potoczyło, ale właśnie po tym zaczął się dziwnie zachowywać. –– Kobieta udała się do kuchni i wstawiła wodę na herbatę. Usiadłam na krzesełku barowym i westchnęłam głośno, zastanawiając się co takiego chodzi Lupinowi po głowie.
–– Jesteś pierwszą kobietą od śmierci mojej przyjaciółki Mary, której Remus pozwolił zbliżyć się do siebie –– zaczęłam. –– Zawsze taki był. Odmawiał sobie szczęścia, twierdząc, że jest inny. Martwi mnie jednak to spotkanie z Greybackiem. Nawet Syriusz nic nie wie. Powiedziałby mi –– stwierdziłam i wzięłam w dłonie kubek z gorącą herbatą, który postawiła przede mną Nimfadora.
–– Myślę, że powiedział mu coś, o czym wszyscy wiemy. –– Spojrzałam na nią niezrozumiale. –– Wojna się zaczęła. Wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie.
–– Wojna powinna łączyć, nie dzielić –– powiedziałam i złapałam kobietę za rękę. –– Spróbuję z nim porozmawiać. Jestem pewna, że nie była to dla niego łatwa decyzja. Na pierwszy rzut oka widać, jak na ciebie patrzy.
–– Czasem miłość to nie wszystko. –– Westchnęła.
–– Też tak kiedyś mówiłam. –– Uśmiechnęłam się. –– Teraz jestem żoną Syriusza Blacka.
–– Dziękuję, Dorcas. Jesteś najlepszą przyjaciółką, jaką można mieć.
Wróciłam do domu przed północą. Miałam nadzieję, że Syriusz jeszcze nie śpi i pomoże mi w sprawie Tonks i Remusa. Nie pomyliłam się, ponieważ czarnowłosy leżał w sypialni, przeglądając jakieś listy. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się promiennie, a ja nie pozostałam mu dłużna. Podeszłam do niego i dosłownie wskoczyłam na mężczyznę, całując go. Ręce czarnowłosego znalazły się na mojej talii i przyciągnął mnie jeszcze bliżej siebie. Momentalnie zrobiło mi się gorąco i musiałam złapać powietrze. Syriusz uśmiechnął się do mnie szelmowsko, a ja obróciłam się na bok i spojrzałam mu prosto w oczy.
–– Przeskrobał, co? –– zapytał mnie, a ja od razu załapałam o co mu chodzi.
–– Tonks jest w rozsypce –– przyznałam szczerze i skrzywiłam się. –– Czy nasz przyjaciel zawsze musi tak komplikować sobie życie?
–– Zawsze. Choć nie chciał ze mną za bardzo rozmawiać. Wymigiwał się i musiałem z niego wręcz wyciągać informacje. Łatwo nie było –– skomentował Syriusz.
–– Nie powiedział nam, że spotkał Greybacka.
–– Nie. Wkurzył mnie.
–– Greyback chce się pozbyć Magnusa i jego watahy. –– Otworzyłam szerzej oczy, przestraszona. Black widząc to położył dłoń na moim policzku. –– Spokojnie, kochanie. Magnus i reszta ukrywają się. Są potężną watahą, nie martw się o nich.
–– Nie wybaczyłabym sobie, jeśli coś by się im stało. Hope również by mi nie wybaczyła. –– Czarnowłosy uniósł mój podbródek do góry, tak bym na niego patrzyła.
–– Nic takiego się nie stanie. Zbyt bardzo was kocham, by pozwolić na coś takiego. –– Uśmiechnęłam się, słysząc wypowiedź swojego męża i ponownie pocałowałam go. Całowałam go wolno, zapamiętując każdą pieszczotę i pozwalając sobie na chwilę zapomnienia. Black łatwo mi uległ i nie minęła chwila, gdy pozbywał się moich ubrań. Nie pozostałam mu dłużna i również zaczęłam go rozbierać. Całowałam każdy skrawek jego skóry, a jego dotyk palił przyjemnie moją skórę. Syriusz zawsze był niezwykle zdecydowany, silny i pełny namiętności. 
Byłam rozgrzana do granic możliwości, gdy nagle usłyszeliśmy huk dochodzący z dołu. Oderwaliśmy się od siebie i czym prędzej nałożyłam coś na siebie, tak samo jak Syriusz, by pognać na dół. Czarnowłosy podniósł rękę do góry, zatrzymując mnie i poszedł pierwszy z wysoko uniesioną różdżką do góry. Ostrożnie zeszliśmy po schodach, by zaraz w korytarzu zobaczyć nikogo innego jak Severusa Snape’a. Wpatrywałam się w czarnowłosego, zdziwiona jego wizytą, tym bardziej, że prawie nigdy go tutaj nie było. Zawsze trzymał się na uboczu. Kątem oka spojrzałam na Syriusza, który miał wręcz ogniki w oczach. Widok Snape’a zawsze działał mu na nerwy.
–– To chyba nieodpowiednia pora na odwiedziny. Co ty tutaj robisz i dlaczego nie jesteś w Hogwarcie? –– zapytał Black, stając naprzeciw czarnowłosego.
–– Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć, Black –– odpowiedział grobowym tonem. –– Dumbledore mnie tu przysłał. Uwierz mi, jesteś ostatnią osobą, którą miałbym ochotę odwiedzić.
–– Nie to co koledzy Śmierciożercy, co?
–– Syriusz, wystarczy –– powiedziałam twardo, zwracając uwagę obu mężczyzn. Mój mąż rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie, jednak nic sobie z tego nie robiłam. –– Co się do nas sprowadza? –– zwróciłam się do Snape’a.
–– Jak pewnie wiecie, uczę Pottera oklumecji –– zaczął, nie patrząc na nas. –– Jest beznadziejny –– dodał, a Syriusz szykował się, by coś powiedzieć, ale powstrzymałam go, pozwalając by mężczyzna kontynuował. –– Dumbledore obawia się, że jeśli dalej tak będzie, Czarny Pan wedrze się do jego umysłu. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z więzi jaka ich łączy. Dopiero atak na Weasley’a i nasza wiedza o tym otworzyła mu oczy.
–– Dlaczego Dumbledore nie może go uczyć? –– wtrącił Syriusz. –– Na pewno zrobiłby to lepiej.
–– Dyrektor ma inne zadania do wykonania niż zajmowanie się Potterem. Jeśli jesteś taki mądry, Black, sam spróbuj. Dowiesz się, jaki jest słaby. –– Łapa niebezpiecznie zbliżył się do Severusa, a ja pokręciłam głową, czując się jak w szkole.
–– Severusie… –– powiedziałam, dziwiąc tym obu mężczyzn. –– Czego od nas oczekujecie? Ty i Dumbledore.
–– Najlepiej nie wychodźcie z domu. Do końca roku szkolnego zostało niewiele czasu –– zaproponował, a ja pokiwałam twierdząco głową. –– Black pozjadał wszystkie rozumy, ale mam nadzieję, że będziesz mądrzejsza –– dodał na odchodne, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł, nie żegnając się. Syriusz wpatrywał się jeszcze przez chwilę w miejsce, gdzie stał czarnowłosy, po czym minął mnie bez słowa, wchodząc na górę. Westchnęłam, kręcąc głową i myśląc o moim mężu, który czasem swoimi zrachowaniami wydawał się tak niedojrzały. Weszłam z powrotem do naszej sypialni i usłyszałam zza ścianą odkręconą wodę. Czarnowłosy poszedł się wykąpać, z czego się cieszyłam, bo może właśnie to pomoże my myśleć.
Snape nie chciał dla nas źle. Pomagał nam i jako jedna z niewielu osób naprawdę wierzyłam, że jest tym dobrym. Życie podwójnego agenta musiało być bardzo uciążliwe, dlatego byłam mu wdzięczna, że próbuje nam pomóc, w jakiś sposób. Miałam ku temu dystans, jednak coraz bardziej wierzę w to, że naprawdę się stara. Po swojemu.
Po kilkunastu minutach wrócił mój mąż, a ja zaspana, lekko otworzyłam powieki, gdy położył się po drugiej stronie łóżka.
–– Lepiej ci? –– mruknęłam, walcząc ze snem.
–– Lepiej –– odpowiedział cicho i wtulił się we mnie. –– Chociaż byłbym wdzięczny, gdybyś stała po mojej stronie.
–– Stoję, ale daj mu szansę. Stara się pomóc.
–– Sam nie wiem. Nie ufam mu.
–– Wiem, ale zaufaj mi. –– Pocałowałam go lekko i nie wiedząc kiedy, usnęłam, wtulona w mężczyznę, który mimo swoich wad, był największą miłością mojego życia.

*

Rano obudziłem się, przypominając sobie wczorajszą wizytę Smarkerusa i ponownie się zirytowałem. Nadal nie rozumiałem, dlaczego to właśnie on uczy Harry’ego zamiast Dumbledore’a. Miałem zamiar porozmawiać o tym z siwowłosym na następnym spotkaniu Zakonu Feniksa. Przetarłem oczy i spojrzałem w bok, gdzie spodziewałem się ujrzeć moją żonę, jednak łóżko było puste. Zaciekawiony odwróciłem się w tym samym momencie, gdy brązowowłosa wyszła z łazienki, odziana w sam ręcznik.
–– Hej, kochanie –– powiedziałem lubieżnie, a dziewczyna wywróciła oczami, podchodząc do szafy. Wstałem pośpiesznie podszedłem do niej, obejmując ją w pasie. Byłem nagi i od razu dostrzegłem, że to zadziałało na moją żonę. Objąłem ją, pozbywając się jej ręcznika, na co kobieta zaśmiała się, kręcąc głową, a ja w wykorzystałem sytuację i wpiłem się w jej usta. Całowałem ją namiętnie, pobudzony tym porankiem, jak i widokiem brązowowłosej.
Nagle usłyszeliśmy szmery na dole i krzyczącego Remusa. Chciałem mu odpowiedzieć, jednak kobieta zasłoniła mi dłonią usta, odwracając moją głowę w swoją stronę.
–– Niech myśli, że śpimy –– wyszeptała w moje rozchylone wargi, na co uśmiechnąłem się szelmowsko. Nie musiała mi dwa razy powtarzać.
Pół godziny później zeszliśmy na dół ubrani i zadowoleni, co Remus skomentował uśmiechem na ustach. Puściłem mu oko, zadowolony i skierowałem się do kuchni, by przyrządzić nam śniadanie.
–– Miałem nadzieję, że śniadanie będzie już na mnie czekać –– rzekł Lupin, a Dorcas w tym czasie parzyła nam kawę.
–– By jeść śniadanie, trzeba być grzecznym –– odpowiedziałem lekko i posłałem Lupinowi wymowne spojrzenie. Brązowowłosy westchnął i ponownie zagłębił się w Proroku Codziennym, nie mówiąc już nic. Wiedział, że razem z moją żoną nie odpuścimy mu tematu Tonks.
Brązowowłosa zaparzyła kawę, po czym usiadła przy stole, mówiąc, że sam świetnie poradzę sobie w kuchni. Zaśmiałem się z jej strachu przed gotowaniem i zacząłem smażyć naleśniki, które były moim daniem popisowym dzięki Emmelinie. Jej zawdzięczam umiejętność gotowania i zawsze będę ją wspominał. Kątem oka zauważyłem, że Dorcas wpatruje się we mnie z uśmiechem na ustach. Puściłem jej oko i chwilę po tym usiadłem z nią i Remusem przy stole, podając posiłek.
–– Jestem pod wrażeniem. Emma byłaby dumna –– skomentował Remus, a ja pokiwałem twierdząco głową i wziąłem do ust kawałek. Cholera, naprawdę jestem świetny.
–– Dzięki tobie nie umrzemy z głodu, kochanie –– dodała Dorcas, biorąc od Lupina gazetę. –– Pyszne.
–– Jestem świetny w wielu dziedzinach –– powiedziałem z błyskiem w oczach, na co Remus prychnął, a Dorcas spojrzała na mnie pobłażliwie. –– Nie musicie przyznawać mi racji. Sami doskonale to wiecie –– dodałem luźno i upiłem łyk kawy.
Po skończonym śniadaniu Remus nas przeprosił i poszedł spać, mając na sobą ciężką noc. Wraz z Dorcas zaczęliśmy sprzątać, gdy przypomniało mi się, że Molly zostawiła nam ostatnio coś jeszcze.
–– Mam coś jeszcze dla ciebie. –– Wziąłem z pudełeczka w szafce babeczkę czekoladową, które przygotowała rudowłosa. Brązowowłosa spojrzała, mrużąc oczy, a ja zbliżyłem się do niej, dając jej ugryźć ciasto. Ugryzła i zamknęła oczy, delektując się słodkością. Kawałek babeczki został jej na wargach, a ja zaśmiałem się cicho i starłem pozostałości ciasta.
–– Molly ma talent –– skomentowała i chwilę później, gdy sam chciałem skosztować babeczki, brązowowłosa wyrwała mi ją i uciekła, zjadając ją w pośpiechu.
–– Wracaj! –– krzyknąłem, uśmiechając się od ucha do ucha i zacząłem gonić kobietę. Śmiała się, ale nie na długo, bo gdy w końcu ją dogoniłem, pocałowałem ją zachłannie, a ona od razu oddała mi pocałunek. Moje ręce błądziły po jej talii, a kobieta zarzuciła mi ręce na szyję. Podniosłem ją do góry, sadzając na blacie kuchennym, a nasze pocałunki były coraz bardziej żarliwie. Kilka minut później oderwałem się od niej, z poczochranymi włosami.
–– Podoba mi się taka kara –– stwierdziła i cmoknęła mnie w policzek. –– A teraz pora posprzątać ten dom raz jeszcze, jeśli mamy nie wychodzić przez następne dwa tygodnie. –– Wywróciłem oczami słysząc słowa kobiety, ale bądź co bądź zgodziłem się na jej propozycję i razem zaczęliśmy ogarniać mieszkanie, które mogłem nazwać tymczasowo naszym.

Hope

Spojrzałam na zegarek, który wskazywał siedemnastą. Bębniłam palcami o parapet, znajdując się blisko Wielkiej Sali i czekając na Harry’ego i resztę, zastanawiając się jak im poszedł ostatni egzamin. SUMY czekały mnie w następnym roku, ale trzymałam kciuki za resztę moich przyjaciół. Miałam nadzieję, że świetnie sobie poradzą. Siedziałam na dziedzińcu, czytając książkę na temat magii obronnej i dostrzegłam, że wiele osób również wzięło ze mnie przykład i czekają na swoich przyjaciół, rozmawiając w grupkach. Ja byłam sama, skupiając się na czytaniu, dopóki nie przerwał mi brązowowłosy mężczyzna. Uśmiechnął się w moją stronę, a ja podniosłam wzrok znad książki, również się uśmiechając i czując, jak żołądek lekko mi się zaciska.
–– Chyba trochę za wcześnie na twoje egzaminy, Carter –– skomentował i usiadł blisko mnie. Uniosłam rozbawiona brwi do góry i zamknęłam książkę. Dziwnie było mi słyszeć to nazwisko, ale na prośbę mamy, nadal udawałam.
–– Powiesz mi, dlaczego nie jesteś na Wielkiej Sali? –– zainteresowałam się. Charles powinien pisać egzaminy, jak wszyscy.
–– Załóżmy, że jestem wysoce inteligentny i ten egzamin już mam zaliczony. Zresztą nie tylko ten. –– Puścił mi oko, a ja wywróciłam oczami i zaśmiałam się. –– Ostatnio widuje cię bardzo zadowoloną –– dodał, przyglądając mi się uważnie.
–– Ostatnio nie mam powodu, by być zołzą. –– Wzruszyłam ramionami, a brązowowłosy uśmiechnął się pod nosem.
–– Lubię tą zołzę –– powiedział z błyskiem w oku, a ja zaczerwieniłam się lekko. –– Muszę uciekać. Do zobaczenia, Hope. –– Przybliżył się do mnie i ni stąd ni zowąd pocałował mnie w policzek. Zawstydzona, schyliłam głowę w dół i uśmiechałam się jak głupia. Dostrzegłam, że paru uczniów przypatruje mi się, szepcząc na ucho, jednak nic sobie z tego nie robiłam.
Nie minęło pół godziny, gdy nagle usłyszałam harmider pod drzwiami Wielkiej Sali. Spojrzałam na godzinę i do końca egzaminu zostało pięć minut. Zaciekawiona pognałam w miejsce, gdzie zebrał się tłum i dostrzegłam Freda i George’a Weasley’ów, którzy siedzieli na miotłach, a w dłoniach trzymali jakieś petardy. Otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia i zanim krzyknęłam w stronę rudowłosych, drzwi do Wielkiej Sali się otworzyły i do środka wlecieli bracia, zapalając petardy, fajerwerki i inne różności. Całą salę zabarwiały jasne kolory, a wrzask uczniów zagłuszał gong, oznaczający koniec egzaminów. Śmiałam się, zakrywając usta dłonią na poczynania rudowłosych. Nagle w tłumie wychodzących z Sali dostrzegłam Harry’ego i pomachałam w jego stronę. Chłopak uśmiechnął się promiennie, ciągnąc za sobą Hermionę i Rona.
–– Nic mi nie powiedzieli! –– krzyknął Ron, wpatrując się w sufit i wskazując na Umbrige, która próbowała złapać chłopaków. –– Ale jazda!
–– Trochę to nieodpowiedzialne… –– powiedziała Hermiona, ale widząc wzrok Rona, skapitulowała. –– Należało się temu babsku.. –– dodała i uśmiechnęła się zwycięsko.
Wszyscy odwróciliśmy głowy i zobaczyliśmy, że Fred i George lecą w naszą stronę. Wraz z tłumem schyliliśmy głowy i pobiegliśmy z nimi na dziedziniec, gdzie kierowali się rudowłosi. Wszystkie dekrety, które wprowadziła Umbride, wiszące na ścianie, runęły, a uczniowie krzyczeli, podekscytowani.
–– Pamiętajcie o produktach Weasley’ów! –– krzyknęli, szybując w niebo, a tam pojawiła się ogromna litera W. Uczniowie klaskali zadowoleni i spoglądali, jak oboje oddalają się ku zachodzącemu słońcu. Uśmiechnięta, spojrzałam na Harry’ego, a uśmiech zszedł mi z twarzy. Chłopak nieobecnym wzrokiem, wpatrywał się w nicość, a chwilę potem osunął się na ziemię. Momentalnie uklęknęłam przy nim, obawiając się, że ktoś go staranuje.
–– Harry! –– krzyknęłam, jednak chłopak nie odpowiadał. –– HARRY!
–– Hope, co z nim? –– Obok mnie pojawiła się Hermiona, również przestraszona. –– Ron! Pomóż nam! –– Rudowłosy chciał go podnieść, ale w tym samym momencie Potter przebudził się i spojrzał na nas przerażony.
–– Syriusz. On ma Syriusza. –– Krew odpłynęła mi z policzków.
Tato.

Od Autorki: Hej, kochani! I co sądzicie? Ja czuję dreszczyk emocji ;) Pozdrawiam i do zobaczenia ;*
Witaj nieznajomy... ;)
Jeśli już tu jesteś, zostaw proszę ślad po sobie.
Będzie mi niezmiernie miło wiedzieć, co sądzisz o mojej twórczości.
Pozdrawiam i zachęcam do czytania,
Adaline